Akceptowalne – o bezpieczeństwie w relacjach BDSM cz. 3

bezpieczeństwo bdsmAkceptowalne ryzyko – Vallarr – o ryzyku w BDSM

Dizzklajmer – tekst inspirowany, jak łatwo się domyślić. Pisany z bezsenności – może potem usiądę i poprawię. Poglądy wyrażone w tym tekście są moje, nie będą ogólnie obowiązujące i każdy ma prawo się nie zgadzać. Polecam gorąco.

Od początku mojej obecności na FetLife* toczą się burzliwie dyskusje o bezpieczeństwie. Uważam je za fascynujące, warte czasu i nerwów, a często nawet klawiatury – do wielu dołożyłem swoje zbędne trzy grosze, ale mam nieodparte wrażenie, że jednego do tej pory nie udało mi się jasno i dobitnie przekazać.

Nie ma, nie było i nie będzie czegoś takiego, jak całkowite bezpieczeństwo w BDSM. Jest ono ideałem, do którego można dążyć, tak jak ideałem paladynów są smoki, ale minimalizowanie bywa niebezpiecznie mylone z eliminacją ryzyka.

Nie ma czegoś takiego jak całkowita eliminacja ryzyka. Zwłaszcza w BDSM.

Jestem wielkim fanem minimalizowania ryzyka i błędów do minimum, tak bardzo i wszędzie, gdzie się da, a życia nie utrudnia. Do momentu, w którym owo ryzyko staje się dla mnie akceptowalne, a dalsze minimalizowanie zbyt utrudnia życie i psuje zabawę. Akceptuję ryzyko i biorę odpowiedzialność za problemy, które wynikną z pecha.

Gdyby to była dyskusja, a nie felieton, to w tym momencie potężny chór oburzonych rozwaliłby mi bębenki, dlatego gorąco proszę – zanim się dopieprzycie do powyższego fragmentu – przeczytajcie poniższy.

Akceptacja ryzyka i odpowiedzialność za nie – nie ma nic wspólnego z odpowiedzialnością za cudze czyny. To nie jest victim blaming. Jeśli ktoś tak uważa, to znaczy, że nie rozumie bardzo prostego rozróżnienia i nie powinien się wypowiadać na tematy, które go przerastają.

Tak, zgoda, jestem nadętym bucem. Nawet zilustruję to najbardziej oklepanym przykładem, który od lat oburza wszystkich już wcześniej oburzonych – wsiadając do samochodu godzę się na ryzyko wynikające z prowadzenia samochodu. Mam świadomość, że może we mnie wjechać pijak, mogę przecenić swoje możliwości na szklance o świcie i owinąć się dookoła drzewa, może celowo we mnie wjechać kutas szukający stłuczki pod odszkodowanie, mogę w końcu sam popełnić głupi błąd, którego popełnić nie chcę i zrobić komuś krzywdę. Wsiadam do samochodu godząc się na te wszystkie scenariusze i ufam w swoje umiejętności, i liczę na odrobinę szczęścia, która pozwoli mi uniknąć pecha, który nie zależy ode mnie.
Nie oznacza to, że zgadzam się na to, by pijak wsadził mnie na wózek inwalidzki, albo ponoszę odpowiedzialność za cudze błędy. Oceniam ryzyko i akceptuję je, bo niewsiadanie do samochodu jest gorszą opcją.

Tak, właśnie porównałem ofiarę gwałtu do ofiary wypadku. Oburzonych proszę o niezwłoczne zablokowanie mnie przed zabraniem głosu.

Dyskusje o bezpieczeństwie są przez to tak gorące, bo bezpieczeństwo jest nieosiągalne. Mimo to niektórym się wydaje, że bezpieczeństwo im się należy, jeśli zrobią wszystko poprawnie, jak FL przykazał. Że to kwestia umiejętności, przygotowania i… cokolwiek.
Nie, nie należy wam się. Nie to, żebym nie chciał, po prostu tak świat nie działa.

Od zawsze powtarzam, że człowieka (mastera, uległą, kierowcę, każdego) najlepiej oceniać nie wtedy, kiedy wszystko się udaje, a po reakcji na problemy. Skupienie się na kwestiach bezpieczeństwa i minimalizowania ryzyka bez akceptacji go, bez przemyślenia i przygotowania na problemy jest szkodliwe. W BDSM każda osoba powinna choć raz na spokojnie i zimno przemyśleć możliwe konsekwencje, własne reakcje i rozwiązania, przygotować się na to.

Powtórzę – to nie oznacza, że gdy bottom (uległy) idzie na spotkanie z Topem (dominujący) i akceptuje ryzyko, to ów Top jest w jakikolwiek sposób mniej winny, a ryzyko bottom czyni współodpowiedzialnym. Nie, nie oznacza i nie czyni.

Tylko nie udawajmy, że tego ryzyka nie ma, że owo ryzyko nie jest wyborem, nie jest często elementem gry, że Top też nie ryzykuje, że świat jest kolorowym i radosnym miejscem, gdzie zło, pech i spierdolone Topy nie istnieją. To jest znacznie gorsze, niż świadome ryzyko, jego minimalizacja, świadoma decyzja i kontrola nad poziomem ryzyka.

Jeśli ktoś oceni ryzyko, zaufa, odda kontrolę i wtedy zdarzy się cokolwiek złego i niechcianego – nie oznacza to winy. Jestem pewny, że każdy kiedyś zaufał w jakiejś kwestii nieodpowiedniej osobie, podjął złą decyzję i musiał radzić sobie z konsekwencjami.
Udawanie, że w BDSM tego elementu nie ma jest niedojrzałe i niepoważne. Udawanie, że własne decyzje nie mają wpływu – jest idiotyczne i szkodliwe.

Niesamowicie drażni mnie mieszanie tych dwóch pojęć – świadomego ryzyka i odpowiedzialności za czyny. Mam prawo ryzykować, mam prawo podejmować decyzje, które mogą być dla mnie szkodliwe i rozumieć negatywne skutki tych decyzji, ale to nie oznacza odpowiedzialności za cudze czyny i błędy. Nie oznacza victim blamingu. Ba, pierwszy rzucę kamieniem w każdego gnoja, który łamie ustalenia i nadal będę twierdził, że najbardziej masterowaty master ma pieprzony obowiązek przerwać zabawę, kiedy bottom tego zażąda.

W niczym to nie zmienia prostego faktu, że ryzyko jest i kto nie potrafi zminimalizować, albo konsekwencje błędu, w tym cudzego, są za duże – nie powinien w ogóle zaczynać. Naczelna zasada Eve Online brzmi „don’t fly what you can’t afford to lose”. Idealnie pasuje też do BDSM. Zaspokajaj te potrzeby inaczej, zaspokojenie tych potrzeb nie jest niezbędne do życia, ani nie należy się każdemu.

Na koniec – najbardziej chyba w tych dyskusjach wkurwia mnie mieszanie całkowicie obcego tematu – niezawinionej krzywdy, beż wyboru, bez decyzji i bez kontroli. Przypadków molestowania niepełnoletnich, przypadków gwałtów i krzywdzenia, wykorzystywania sytuacji… tam, gdzie nie ma akceptacji ryzyka, gdzie nie ma odpowiedzialności za decyzje, gdzie konsekwencje były rażąco niewspółmierne do błędu. To jest szkodliwe rozmywanie problemu i całkowite wykoślawienie dyskusji o bezpieczeństwie, konsensualnym seksie, akceptowalnym ryzyku i konsekwencjach.

Jeśli nie ktoś nie umie radzić sobie z potencjalnymi konsekwencjami własnych i cudzych błędów, nie mówiąc już o własnym i cudzym popierdoleniu – niech zwyczajnie w takie sytuacje się nie pakuje – albo tylko w takie, których konsekwencje zniesie.
Dla konsekwencji nie ma wielkiego znaczenia czyja wina i dobre rady po fakcie.

.

autor: Vallarr

*FetLife FL – portal społecznościowy dla osób o nienormatywnych zachowaniach seksualnych


Przeczytaj również:

Merz: Jestem całkiem spokojną wariatką

Kobiety Brodziaka

Never more opowiadanie erotyczne 

Public relations opowiadanie erotyczne 

Safeword po mojemu – o bezpieczeństwie w relacjach BDSM cz. 1

Consent musi być – o bezpieczeństwie w relacjach BDSM cz. 2

Akceptowalne – o bezpieczeństwie w relacjach BDSM cz. 3


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zaobserwujesz nasz funpage, żeby być ze wszystkim na bieżąco.

 

5 myśli na temat “Akceptowalne – o bezpieczeństwie w relacjach BDSM cz. 3

  1. Przejrzałam twoje dwie poprzednie publikacje i widząc trzecią pomyślałam: „Do trzech razy sztuka”. Tym razem odpadłam po przeczytaniu kilku pierwszych akapitów, bo nijak nie mogę się zgodzić z: „Akceptacja ryzyka i odpowiedzialność za nie – nie ma nic wspólnego z odpowiedzialnością za cudze czyny. To nie jest victim blaming. Jeśli ktoś tak uważa, to znaczy, że nie rozumie bardzo prostego rozróżnienia i nie powinien się wypowiadać na tematy, które go przerastają”.
    Mówisz, że się nie znam, skoro mój umysł nie jest wystarczająco światły, aby pojąć to rozróżnienie…

    Ty podałeś przykład z pijanym kierowcą, ja podam przykład z zakresu prawa pracy w sprawie odpowiedzialności materialnej pracowników.
    Art. 117 ust. 1 Kodeksu pracy: „Pracownik nie ponosi odpowiedzialności za szkodę w takim
    zakresie, w jakim pracodawca lub inna osoba przyczyniły się do jej powstania albo
    zwiększenia”. No i dobra, niby wszystko jasne, niby potwierdza to, co napisałeś.
    Ale. Teoria swoje a praktyka swoje. Chociażby odwołując się do orzecznictwa Sądu Najwyższego z dnia 28 kwietnia 1997 r., I PKN 114/97

    Zarys sytuacji: kobieta pracowała w banku, miała pieniądz pod opieką, ale ktoś go ukradł, bo była za duża przerwa między ladą a okienkiem.
    No i dobra. Osoba trzecia przyczyniła się do powstania szkody, kobieta jest niewinna, nie? Nie.
    Uzasadnienie sądu: „W ocenie Sądu Najwyższego do pozwanej powinny mieć zastosowanie ogólne reguły odpowiedzialności materialnej (zwykły reżym odpowiedzialności pracownika za szkodę wyrządzoną pracodawcy). W łańcuchu przyczyn i skutków prowadzących do powstania szkody bez wątpienia najbardziej wyraźny jest jego fragment dotyczący osoby (osób), która dokonała kradzieży i stąd – w tym znaczeniu – należy stwierdzić, że główną przyczyną uszczerbku poniesionego przez stronę powodową jest działanie złodzieja (złodziei). Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że sprawcą szkody jest osoba (osoby), która dokonała kradzieży, natomiast pozwana jedynie przyczyniła się do powstania szkody, gdyż zaniechała działań zabezpieczających pieniądze przed kradzieżą, do których była zobowiązana”.
    Czyli: winny jest złodziej, ale kobieta też miała w tym swój udział, a zatem jest współodpowiedzialna za powstałą szkodę. Tyle tylko, że jej odpowiedzialność powinna być rozpatrzona według łagodniejszych przepisów.

    Przyjmując twoją napuszoną pozę zapytam: I kto teraz nie powinien się wypowiadać na tematy, które go przerastają, hę?

    1. Cóż za bufonada J… i brak zrozumienia treści artykułu.
      Vallarr mówi o kinku, który nie jest przekładalny na język prawniczy. Bo co z tego, że ktoś post factum zasądzi winę?
      Wchodząc do świata bdsm trzeba mieć świadomość, że ryzyko istnieje – i im bardziej hardcorowe akcje wyczyniasz tym ryzyko jest większe. Ale nawet przy lightowym policzkowaniu może się zdarzyć nieszczęście.
      Ktoś/coś (np. zderzenie pociągów za oknem) odwróci uwagę (czy dominującego czy uległego), ręka nie trafi tak jak powinna i tracisz oko.
      Winne są pociągi, maszyniści czy dominujący, czy uległy?
      Nie ważne. Po prostu nie ważne. Szkoda się stała.
      I jeśli mówimy o „definicjach” bdsm to najkrótszą jest RACK to skrót od „Risk-aware consensual kink”.
      Nie jesteś gotowa na ryzyko albo co gorsza nie masz jego świadomości – trzymaj się z dala od BDSM.

      1. Bufonada? Ja tylko naśladowałam styl pisania autora. I jak widzę, chyba się mi udało. ;)

        Nie jest przekładany na język prawniczy. Czyli na jaki jest przekładany? Na język o pijanym kierowcy?
        Zdaję sobie sprawę z tego, że ryzyko istnieje. Co nie jest równoznaczne z tym, że się na nie godzę. Nie po to robiłam duży odsiew podczas poszukiwań, żeby teraz się obawiać, że zostanę uduszona, bo dominujący zapatrzył się na ładny widok za oknem, że będę mieć amputowaną rękę, bo krew zbyt długo nie dopływała, że zostanę zgwałcona podczas zabaw w większym gronie.
        Zaufałam, wręcz bezgranicznie, więc w zamian niejako oczekuję całkowitej minimalizacji ryzyka. I nie mówię tutaj o sytuacji, w której zostanę uchroniona przed spadającą z nieba cegłą, tylko o takiej, gdzie nie zostanę gwiazdą internetu, bo dominujący podczas zabawy w miejscu publicznym nie był wystarczająco czujny.

        Kolejna (kolejny?) mówiąca mi jak mam żyć. Nie będę się trzymać z dala, bo ja w swojej definicji jestem szczęśliwa. I czuję się bezpieczna. I druga strona też raczej nie narzeka.
        Podobno każdy tworzy swój światek dominacji/uległości, więc może warto przestać pisać w tonie „moja racja jest najmojsza, a twoja jest do dupy i idź się bawić gdzieś indziej”.

        1. Vallarr sam mówi o sobie że jest pryncypialny i sam przyznaje: „Tak, zgoda, jestem nadętym bucem.”
          W sprawach bezpieczeństwa albo się mówi pryncypialnie albo się pieprzy głupoty. Tertium non datur.
          To raz.
          Dwa – felieton rządzi się swoimi prawami.

          Wracając do tematu: piszesz „Zdaję sobie sprawę z tego, że ryzyko istnieje. Co nie jest równoznaczne z tym, że się na nie godzę. ”
          Robiąc selekcję postąpiłaś dokładnie według „przepisu” Vallarra.
          Ograniczyłaś maksymalnie ryzyko.
          Zaufanie to nic innego niż akceptacja tego, że 100% ryzyka nie da się wyeliminować.
          Kolejny raz zastosowałaś „przepis”. To, że będziesz się upierać, że nie „zgadzasz się” niczego nie zmienia.

          „Kolejna (kolejny?) mówiąca mi jak mam żyć.”
          Czasem warto posłuchać mądrych ludzi. Również po to, by nie popełniać (powtarzać) błędów.

          Zabawne, kiedy słyszę/czytam o zasadach bezpieczeństwa zawsze trafi się jakiś idiota/oszust/tru-bdsm’owiec, który wyciąga zasadę „każdy ma swoje bdsm” i „dopóki nie robię sobie ani partnerce krzywdy – goń się drogi rozmówco”.

Dodaj komentarz