Dwoistości jarzmo

kochanek opowiadanie erotyczneDwoistości jarzmo – Obsesja – opowiadanie erotyczne

Ostatnie tygodnie przyniosły zapowiedź zmian, wraz z którą pojawił się chłód i powiew świeżości. Tliły się we mnie nie wygaszone do końca emocje, tym silniejsze teraz, kiedy gardziłam jego bliskością. Przez ostatnie dni z premedytacją taplałam się w myślach, które przywoływały schizofreniczne obrazy aktów z pożądanym i znienawidzonym jednocześnie facetem. We śnie pieściłam i sprawiałam mu ból. To gładziłam, to uderzałam jego policzek. Rytmicznie. Magicznie. Energicznie.

Umówiliśmy czas i miejsce. Spotkamy się więc. Poczułam to, jakże znajome ukłucie w dolnych partiach brzucha. Znajome uczucie, znajomy niepokój, doskonale znane mi podniecenie. Być może będę gotowa, ale teraz jestem naznaczona dumą i buntem, jak przeciw nikomu innemu. Przeciwko temu, który pojawił się tak nagle. Można by rzec znikąd. Drażniący, zuchwały, niewygodnie szczery, obłędnie grający. Z jednej strony dał się zwieść, z drugiej zaś, podarował to samo mnie. Poczęstował mnie moją własną grą. Doceniony partner dla mojej próżności.

W mojej głowie myśli toczyły spór. Siłowały się we mnie przeciwstawne potrzeby. Oddania się jego woli i owładnięcia go swoją, nie cierpiącą sprzeciwu, naturą. Zdawałoby się, że to jest ta relacja, której szukałam, a do której nie chciałabym się przyznać nawet samą przed sobą. Taka, która wciąga, uzależnia, odpycha i drażni zarazem. Która karmi się naszą energią. Która czerpie z naszych umysłów. Która wyprzedza oswojenie.

Ciepły wieczór końcówki lata. Nowy świat i starówka pomimo piątkowego wieczoru, niespieszna, wyciszona, przerzedzona. Ciepłe powietrze i gdzieniegdzie chłód wiatru. Gorzki smak piwa, delikatna lepkość soku malinowego i posmak orzeźwiającej mięty w ustach.
Nastrój nie sprzyjał rozmowom. Nie pojawił się żaden temat, wart naszej uwagi, chociaż mówiliśmy wiele, nie słuchając siebie nawzajem. Zdałoby się, że tkwiliśmy w martwym punkcie wspólnych rozczarowań i wyrzutów. Wszystko, co było warte tu i teraz, to świadomość, a raczej zapowiedź niewiadomej, dlatego opuściliśmy to martwe emocjonalnie miejsce i szliśmy przed siebie, jakoby bez celu, choć cel był jasny i wyraźny. Spotkać się, bądź odejść w sobie właściwą stronę. Byle uczynić to jak najszybciej.

Porozumienie milczenia i zamyślony tyleż, co poważny wyraz twarzy. I spokój. Niczym nie zmącony spokój, jak cisza przed burzą. Łagodność. Zaróżowiona skóra ramion obsypana „gęsią skórką” podniecenia. I cisza.
Piąte piętro hotelowego budynku. Krępująca ograniczeniem winda, puste, długie korytarze. Mały, przytulny pokoik. Całkiem bez zapachu. Bez charakteru. Bez wyrazu. A w nim szerokie łóżko, szafa, zasłona w plastikowym oknie.

Wciąż nie dowierzałam temu, że bez większego sprzeciwu podjęłam zaproszenie. Właściwie skąd niedowierzanie? Od dawna szukam tego pierwiastka, który sprawi, że popłynę w zatraceniu mego oddaniu. Więc byłam tam razem z nim.
Zdawałoby się najpiękniejsze chwile pierwszego dotyku pojawiły się tak nagle, że nie zdołałam ich docenić. Pełne skrępowania i przyjemnego onieśmielenia, które podsycałam całą swoją świadomością. Bez słów, bez wyrazu, bez poruszenia. Pojawiły się jego dłonie. Powolne, delikatne, pewne, zdecydowane. Poddałam się im tylko na moment, by po chwili zabrać im jakąkolwiek pewność. Krach! Pierwsza rysa pękniętej całości. Bunt tak silny, a w odpowiedzi na jego delikatność spadła moja agresja. Przemoc. Gwałtowny, zaskakujący mnie samą policzek wymierzony przeciwko obiektowi moich obsesyjnych myśli. To nie ja. To tryumf mojego sprzeciwu.

A on? Zaskoczył mnie. Nie odpuścił. Nie odszedł. Był bliżej. Czułam go mocniej, gwałtowniej, a jednak wciąż daleko.
Są szanse, że się przeciwstawi. Że się nie zawaha. Sięgnął, ale zabrałam. Mógłby spróbować jeszcze raz. Jedna mała próba.
Silniejsza swoją pewnością, uciekłam od niego. Chwila pławienia się we własnym tryumfie. Uśmiech. Niezmącony makijaż. Zadziorne, skrywające niepewność spojrzenie. Zadufana, zepsuta, dumna. Niepewna. Oczekująca.

Chwilę patrzył. Widziałam zastanowienie, zachwyt i czułam, że wiedział, że jeśli tylko zobaczę zawahanie, nie odnajdzie dla siebie szansy. Patrzył. Chwilę. Bacznie.
Nie długo, by za chwilę być ze mną w jeszcze większej bliskości. Tak blisko, że nasze twarze spotkały się gładkością policzków, walcząc przez chwilę, którą ustąpi miejsca. Która ustąpi.
Jego dłoń sięgnęła mego karku. Ciepła, odpychająco wilgotna dłoń samca, który nie opanowuje pożądania. Tego, nad którym miałam niewidzialną władzę. Palce jego wsunięte pomiędzy upięte kosmyki loków, sięgnęły nasady głowy, powoli, coraz mocniej, zaciskając się na mej skórze. Moja niechęć do niego rosła i choć tłumiłam w sobie tę pierwotną chęć uderzania go, zadawania mu bólu, to było to tylko na chwilę. Na chwilę. Na moment.

Nieoczekiwanie na mój policzek spadło silne, mocne uderzenie. Odpychające i podniecające jednocześnie.
Kurwa, dlaczego tak mocno? Czy on oszalał? Nie ma umiaru. A może nie gra? Nie, to nie on. Takiego go nie znam.

– Oddasz mi? Na tyle Cię stać? – zapytałam.
– Nie. Chcę Ciebie całej – odpowiedział.

Jest szansa. Poświęcę więc mu chwilę, podaruję nam ten moment. Głowa moja, jak na sznurkach marionetka, wiedziona za chwytem placów. Na wpół otwarte usta i oczekiwanie. Zachłanne, urywanym oddechem zachęcające, zamkniętymi powiekami proszącej.
Podniecenie było coraz silniejsze, a wraz z nim coraz chętniej poddawałam się wilgoci języka, podmuchowi wydychanego powietrza.

Rozedrganą i pragnącą więcej przyciągnął do ust swoich, nie ruszywszy się z miejsca. Poderwał mnie całą, jakbym lżejszą była, niż jestem w rzeczywistości. Nagłość tak piękna, że aż nie do przyjęcia. W reakcji chwyciłam w silnym uścisku jego brodę, wymuszając rozwarcie ust. Zmieniłam jego wyraz twarzy, wymusiłam grymas bezszelestnego bólu i sięgnęłam po niego wzrokiem. Drapieżnym tak samo, jak zalotnym. Całowałam i gryzłam jednocześnie, nie wiedząc, czego pragnę bardziej, ale nadal nie było w nim tego, na co czekałam. Nie było w nim złości, nie było zniecierpliwienia.

Były momenty, w których czułam swoją przewagę. Przez moment mi na to pozwolił. Po chwili jednak próbował mnie przyciągnąć, sięgnąć, ale siła mojego, wyprostowanego ramienia udaremniła jego zamiary. Chwila szarpania i próba sił. Szamotanie. Jest szansa. Niech sięgnie. Niech nie widzę zawahania, bo we mnie nie ma dla niego wyrozumiałości.
Jest natomiast pożądanie, pragnienie poddania i bunt. Zero we mnie uległości. Nie noszę w sobie takiego prezentu. Taniec naszych ciał, sparing naszej siły, turniej podniecenia, arena dla wyuzdania. Pragnęłam jego skowytu i bólu. Pragnęłam jego sinej skóry i krwi. To pragnienie mieszało się z chęcią mojego krzyku tym silniej, im mniej odnajdywałam oczekiwanego efektu.

Chwilę byłam na nim. Przez krótki moment liczyłam, że odpuści, ale nie odpuścił. Jednym, sprawnym ruchem zrzucił mnie z siebie, jak gdyby giętkość mojego ciała była pod dyktando jego palców. Bez umiaru, bez zastanowienia. A gdyby zrobił mi krzywdę? Dupek. Skurwiel. Nie pozwalam sobie na swobodę słowa nawet w myślach, a te tutaj sprawiają mi samą rozkosz. Jestem wulgarna dla siebie i swojej przyjemności. Słowa wypowiedziane w myślach przynoszą ulgę. Dają upust. Podniecają.
Łzy były już tak blisko, że czułam ich słony posmak, a jednak opływałam podnieceniem. Kropla spływająca po skórze ud tak samo drażniła, jak podniecała. Nakręcona do granic, wiłam się krągłościami, między jego ramionami, nie dając przyzwolenia na jego scenariusz. Jego podniecenie czułam w każdym uścisku, w szybkim oddechu, w podniesionym tonie.

Moje uderzenia kilkakrotnie spadały na jego policzek, a ja w pierwszym odruchu chowałam twarz, z obawy na odwet. Ale ten nie pojawiał się. Kochanek siedział nade mną spokojnie, uspokajając tym samym mój wstręt i wściekłość.
– Tak bardzo mnie wkurwiasz! Tak bardzo, że chcę, by Cię bolało – powiedziałam uspokojona.
– Ja też chcę Ciebie całej – odpowiedział. Całkiem ignorująca mnie odpowiedź. A może on nie rozumie? Może do niego nie dociera dlaczego jestem zła? Skąd we mnie tyle do niego nienawiści? Ale nie chciał wiedzieć.

Moje szarpane myśli przerwał silny, siarczysty policzek. Tak bolesny, że jedyną adekwatną odpowiedzią, która przyszła mi do głowy, było wypowiedziane przez zęby zdanie:
– Ty draniu? To moja taktyka!!
Uderzeniem wzniecił we mnie tak silny bunt i opór, że bez trudu pozbyłam się jego ciała, które przez ostatnie minuty dawało unieruchomienie. Rzuciłam się na niego z siłą, której w sobie nie jestem w stanie wyobrazić przy wyciszonych emocjach.

Pierwszy moment jedności fizycznej, wyzwolił silne emocje, a ból mieszał się z ekstazą. Pojawiła się rozkosz, będąca źródłem niewygody. Chciałam uciekać i poddać się mu jednocześnie. Nigdy wcześniej nie miałam tak sprzecznych uczuć. Kochanek był gwałtowny i zdecydowany, zdawało by się, zadawał mi ból świadomie i bezprecedensowo. Pławił się w tym. A ja mu na to pozwalałam, chociaż było to nie do zniesienia. Przywierał do mnie całym ciałem, a ja fizycznie nie mogłam stawić oporu jego naciskowi. Przywierałam całą długością ramion do pościeli i szarpałam palcami materiał, by ulżyć sobie. Byliśmy nie do zatrzymania. Przyznawaliśmy właśnie sobie to, czego sami się pozbawiliśmy chwilę temu. Jedność, ukojenie, mimo rozdrażnienia.

Kochanek przywarł do mnie plecami. Napierał głową, wciskał się we włosy, do uszu. Całym nachalnym sobą.
– Pieprzę Cię z pełną świadomością kochanie. Moja dziewczynko do rżnięcia. – usłyszałam szept.
Nie zareagowałam na to, co usłyszałam, choć wiedziałam, że mówi to z premedytacją. „Nie mów do mnie kochanie”, poprosiłam kilka dni temu. Próbował. Naigrywał się. Żartował, ale nie śmiał nadużywać, a teraz? Teraz jawnie i prowokacyjnie pieprzy mnie od tyłu, jak dziwkę i nazywa kochaniem. Sprawdza. Pogrywa. Jestem ponad to. Jestem nastawiona na branie. I tylko to, czego mi brakowało, to lustro, bym mogła delektować się odbiciem spazmatycznych grymasów twarzy i wyginanego w łuk ciała. Bym mogła brać więcej, bym mogła widzieć.
– Wypnij się dziwko, bądź moją małą suką, bądź tanią kurwą – padały prośby tak ciche i tak delikatne, jakoby się do nich nie przyznawał przede mną i sam przed sobą.

Z każdym jego ruchem, im mocniejszym, im bardziej gwałtownym, uchodziły moje negatywne emocje.
– Uwielbiam Cię pieprzyć, ależ za tym tęskniłem – szeptał mi do ucha, ale to były moje słowa!! One były w mojej głowie. Zostały mi skradzione!! Cytował moje myśli.
Moja agresja ustępowała miejsca smutkowi. Tak właśnie. Rodził się smutek i tęsknota za czymś, co właśnie rodziło się na nowo. Bolały mnie nadgarstki, bolały piersi. Pośladki piekły, a moje wargi nie dawały nawet na chwilę o sobie zapomnieć.

Teraz zapragnęłam go tulić. Wraz z potrzebą przytulania wróciła potrzeba zadawania bólu. Byłam więc gwałtowna. Chwytałam jego rzadkie włosy i ciągnęłam bez umiaru. Oddawałam mu pięknym na nadobne. Bólem za ból. Siłą za siłę. Ciosem za cios. Z każdą moją silną reakcją, kochał mnie mocniej i głębiej, a przy tym wciąż był opanowany, nie spieszny. Byliśmy tak gwałtownie, że dla siebie nawzajem niemal niebezpieczni.

Z pierwszym orgazmem przyszły moje łzy. Były tak samo krępujące, co uwalniające. Nienawidzę ich, choć przynoszą ulgę. Uwalniające od napięcia.
– Ja też za Tobą tęskniłam.
Czułam spazmy rozkoszy w bólu. Nie fizycznym, to byłoby zbyt proste, ale czułam ów ból zdecydowanie głębiej. Jest szansa. Jakże to wszystko przebiega na wskroś. Ma moją głowę, a nie ma fizycznej uległości. Nie ma zgody. A przecież o tę fizyczną znacznie prościej. Łatwiej oddać, dać, szastać, sprawić.

Leżałam spokojna i wytrącona z gwałtownych emocji. Moje mięśnie odpuszczały napięciu. On otarł moje łzy, nakrył ciało kołdrą. Pozwolił mi zasnąć, ale chwilę błogiego snu przerwała świadomość powinności powrotu do domu i potrzeba odszukania wiarygodnego alibi, dla nocy i poranka spędzonego z kochankiem .
Jeszcze kwadrans, jeszcze ciepłej pościeli niezmącony spokój. Mogę jeszcze na chwilę zachować go dla siebie. Przeciągam się na łóżku, jak kotka. Myślami wybiegam poza hotelowe ściany, odtwarzam w pamięci listę zaplanowanych jeszcze dla nas przyjemności, zachcianek, wyuzdania, perwersji. Ależ ich pragnę właśnie z nim.

Taksówka odwiozła mnie do domu. Wychłodzona zimnym prysznicem, wsunęłam się pod kołdrę, nie budząc domowników, jak gdyby nigdy nic. I tylko ból całego ciała przypominał o nocnym pojednaniu zagubionych kochanków. We śnie przeżywałam go jeszcze raz. Z boku. Z perspektywy. Brnąca ku nieuniknionemu utraceniu.

.

autor: Obsesja


To może być również interesujące:

Never more opowiadanie erotyczne 

Public relations opowiadanie erotyczne 

Pocałunek w górach – opowiadanie erotyczne

They cannot see me naked – opowiadanie erotyczne

Giles Vranckx i jego kobiety – galeria na Odcienie Czerwieni

Inkuby, koszmary i „Nocna mara” Füssliego

Kobiety Brodziaka – galeria na Odcienie Czerwieni

Dodaj komentarz