Misericordia

dziwka w burdelu opowiadanie erotyczneMisericordia – Aeshtir – Opowiadanie Erotyczne

I.

Skowyt wiatru, posępny niczym cmentarne requiem, towarzyszył mi bezustannie, gdy tak sunąłem przez szare, brukowane wstęgi tej najgorszej z najgorszych dzielnic Miasta.
Jeden dobry Bóg wyjaśni, w jaki sposób dotarłem nietknięty na miejsce. Obskurne, cuchnące najtańszą gorzałką męty; opasłe kurwy, szczerzące ku mnie pożółkłe pieńki zębów czy w końcu ukryci w cieniu złodziejaszkowie dziwnym trafem zdawali się nie zauważać ojej obecności na ich pokrytym moczem i wymiocinami terenie. Kto wie, może Andrzejowi udało się poinformować zamieszkujące tą padlinę plugastwo o mojej obecności?

A może, po prostu, dostrzegali we mnie bratnią duszę?

Andrzej Rybiński, jedyna osoba, która była w stanie zdobyć dla mnie remedium na umęczonego ducha, stał spokojnie, na poły ukryty w nieprzeniknionym cieniu, rozświetlanym od czasu do czasu żarzącym się punkcikiem papierosa. Kiedy podszedłem bliżej, wykonując ręką ustalony wcześniej znak, jego ospowata, wychudzona amfetaminą twarz wyszczerzyła się w parodii uśmiechu.

– No, no… – wychrypiał tym swoim nieludzkim głosem – …więc jednak? Obawiałem się, że nie mamy już co czekać na szanownego gościa. Jak podróż? – zapytał. Chyba z kurtuazji (choć wątpię, by taki wyraz gościł w jego słowniku), gdyż szczerze wątpię, aby intencja pytania w ogóle go interesowała. Boże, czy wszyscy na tym świecie muszą udawać takich uprzejmych skurwysynów, siląc się na gówno wartą troskę o bliźniego?

– W porządku – burknąłem przez zęby. Starałem się nie patrzeć w rozbiegane oczy mojego rozmówcy. Brzydziłem się nimi i bałem jednocześnie, tych przeklętych, nieczułych kul węża. – Gdzie ona jest? – zapytałem.

– Nie tak szybko, kochany – zarechotał. Moja starcza pięść zawędrowała do kieszeni płaszcza, by nie zdradzić tym samym chęci szybkiego zbliżenia z tą napawającą mnie odrazą faces. – Pieniądze – wypowiedział te słowa z czcią należną sacrum. Dla tych męt była to jedyna świętość, jedyny relikt. Bóg, świątynia i Biblia w jednym, szeleszczącym papierku. Pokazałem mu plik pierdolonej waluty, wokół której toczyło się całe życie tych bluźnierczych mas.

Wtopiłem się w tęchnący trucizną mrok.

Wsłuchując się w monotonny, tępy stukot swoich butów i niemal idealnie zgrane człapanie adidasów Andrzeja, myślałem o tym starym durniu Eliocie, od dawna gnijącym już w trumnie. Pieprzony kotofil dostałby pewnie orgazmu widząc mgłę, przez którą zmuszeni byliśmy się przebijać. Szkoda tylko, że moja mgła nie była niczym „śnieżnobiałe mleko”. Ta podła, gryząca niemal w nozdrza mieszanka zgniłej sepii i szarości popiołu zdawała się żyć własnym odrażającym vitae, krążąc wokół naszych drobnych postaci, muskając nas swym plugawym dotykiem niczym naznaczona tryprem nierządnica.

Jeżeli ktoś kiedyś porównał kręte uliczki potężnej metropolii do nieskończonych żył Lewiatana, to mroczne wstęgi Miasta porównać należałoby tylko do układu pokarmowego mitycznego Potwora, z naciskiem na końcowe partie trzewi tytanicznego Polifem.

Andrzej sunął w tym szlamie pewnie, co rusz prezentując mi kolejne partie tej najgorszej z dzielnic Miasta. Bez przerwy zaczepiały mnie ohydne, bijące w uszy swym teatralnym wyuzdaniem westchnienia okolicznych prostytutek. Niektóre wychynęły z niepokojących kłębów gęstego powietrza, ukazując swe szkaradne oblicza; naznaczone chorobami, starością i przemęczeniem twarze; podkrążone oczy, których nie zdołały upiększyć nawet grube warstwy tanich cieni; pożółkłe od kiepskiej machorki zęby, wyłuskane spomiędzy popękanych warg. Niektóre, wyjątkowo bezwstydne unosiły okrywające je szmaty, ukazując czarne, bijące odpychającym fetorem sromy, które dotknąć mógłby jedynie ostateczny desperat.

Nie sposób było odwrócić głowy w żadną stronę, by nie natknąć się na obnażone ciała tych harpii, ohydnych niczym pradawne boginki. Podobieństwo do tych wodnych demonic było potęgowane tym nieludzkim zapachem, bijącym nie tylko z ciał pełzających dookoła kurew, ale z każdej cegły, kostki bruku, każdej cząsteczki powietrza, kryjącego tą część Miasta.

Wsadziłem zziębnięte dłonie do kieszeni płaszcza, nie tylko po to, by wprowadzić w pomarszczone ciało trochę ciepła. Ukradkiem, tak by Andrzej nie przyuważył moich podejrzanych gestów, sprawdziłem czy ukryte w specjalnym schowku na przedramieniu ostrze gładko wyślizguje się z pochwy. Krótki nóż z ząbkowaną krawędzią przypominał pazur Deinonychusa, przerażającego, mezozoicznego gada sprzed milionów lat. Przytoczyłem owego piekielnego stwora nie bez kozery. Czyż bowiem nie byłem sam owym deinonychem? Monstrum rodem z gorejących jelit Szeolu? Bezmyślnym potworem, plugawiącym te ziemie?

Byłem, zaiste. To właśnie sprowadziło mnie w te okolice, w kłąb wijących się czerwi i żmij, cuchnące trupem i szambem, w dzielnicę najgorszych mętów pod Słońcem. To właśnie kazało mi skontaktować się z Andrzejem, najbardziej zdeprawowanym alfonsem w Mieście.

Przybyłem tu, by się oczyścić, wyznać swoje grzechy, dokonać duchowej ablucji. Drugą dłonią ścisnąłem przenajświętszy różaniec.

II.

– No nie pierdol, kurwa… – spierzchnięte wargi wykrzywiły się bezwiednie, zwilżone kwaśnym alkoholem. Oddając zieloną butelkę swojemu towarzyszowi, Zdzisław „Noga” Nożywiecki sięgnął do kieszeni spodni po paczkę papierosów, cały czas kręcąc łysą głową z niedowierzaniem – Skąd ty żeś, kurwa, wytrzasnął takiego popierdolonego cwela, Ryba?

– E, kurwa, skąd mogłem wiedzieć! – mruknął zagadnięty, wpatrując się w błyskające światła portowe i chwiejne refleksy tychże, kołyszące się na wodzie. Nie odwracając wzroku pociągnął solidny łyk wina, pogrążając się w zadumie. – Wiesz, wyglądał normalnie, płacił, miałem poręczenie od Starego… Co mu miałem nie załatwić, nie?

– Prawda… – skonstatował Noga, rozświetlając pooraną zmarszczkami twarz blaskiem zapałki – Chcesz szluga? – zapytał, wyciągając paczkę w kierunku znajomego – No, kurwa, co ja miałem… – zamyślił się – Te, Ryba, nie pierdol, że nie widziałeś, że to pojeb…

– Wiesz, niby tak, ale to mało popierdoleńców nakurwia po ulicach? – rzucił w pustkę sąsiad, zaciągając się papierosem.

– No… A co z nim teraz? – zapytał Noga, pozwalając, żeby nagromadzone w nim gazy znalazły możliwie jak najgłośniejszą drogę ujścia.

– Tam gdzieś podobno pływa…- burknął Ryba, wskazując na mętne wody rzeki.

Obaj mężczyźni roześmieli się nagle głośno. Nie wiadomo, czy z powodu cuchnących wiatrów Nogi, czy niewesołego losu bohatera ich nocnej rozmowy.

III.

Zaprawdę, powiadam Wam, przyjaciele w nieszczęściu, jeśliby kiedykolwiek Lux Infernale miało założyć swoją siedzibę na ziemskim padole, bez wątpienia priorytet nadałoby temu oto miejscu, które oglądały teraz me oczy.

Oto burdel, powiadam Wam. Najgorsza z publicznych kloak Miasta, bijąca w oczy swymi zmurszałymi ścianami, zabitymi deskami okiennicami, sypiącym się dachem. Odpychająco kiczowatym neonem płynęło ku mnie czerwone światło upadku. Na wyższych kondygnacjach słyszałem głośne sapania i wyuzdane jęki wijących się pod spoconymi ciałami prostytutek. Całą tą cytadelę grzechy spowijał gryzący fetor piżma i kwaśny zapach kobiecej wilgoci.

Kiedy przekraczaliśmy próg tego przybytku, piskowi drzwi towarzyszył potężny ryk jakiegoś zapewne podstarzałego marynarza, opróżniającego właśnie swe jądra i rozlewającego nasienie w gnijącym wnętrzu jednej z mieszkanek.

Małe, pokryte obdrapaną boazerią i upstrzone makatami pomieszczenie, które, Boże zmiłuj się!, Andrzej kazał nazywać „recepcją”, w większej części wypełniała solidna figura starszawej kobiety, zapewne centuriona tego legionu ostatecznej zarazy.

– Kurwa, powiedz, że widziałeś kogoś, kto bardziej przypominałby ci burdelmamę, stary, co? – dyskretnie sapnął Andrzej, konspiracyjnie szturchając mnie łokciem. Zdaje się, że pokiwałem głową, otumaniony tym widokiem. Nie samej „burdelmamy”, rzecz jasna.

Opasła kobieta wyciągnęła cienkiego papierosa, patrząc wymownie na mnie w oczekiwaniu na pokaz dobrych manier. Deus Optimus Maximus! Ten ociekający tłuszczem, cuchnący i perwersyjnie szczerzący się maszkaron oczekiwał dobrych, salonowych manier od przyszłych klientów najgorszego kurwiego dołka we Wszechświecie! Tłumiąc te niemiłe myśli wyciągnąłem z kieszeni zapalniczkę. Mały płomyk oświetlił jej szarą twarz, groteskową niczym najgorsze pomysły Goi.

– Dzięki, kochany – powiedziała niskim, tubalnym głosem – mrugając mocno podkreślonymi tuszem rzęsami ku Andrzejowi – Nowy kliencik, co? I od razu najlepszy towar? Nieźle, nieźle…

Andrzej skinął głową. Ohydne babsko gwizdnęło przeraźliwie, niczym zagorzały bywalec stadionów. Z, jak zakładam zaplecza, wychynęła potężna postać, zapewne miejscowego wykidajły. Szeroka, ogorzała twarz zlustrowała mą szczupłą sylwetkę od stóp do głów.

– Musimy cię obszukać, kochaniutki… – mruknęła karykatura kobiety – Stary mówił, że potrzebujesz ostrej zabawy, a nie chcielibyśmy, żeby któraś z naszych laleczek ucierpiała, nie?

Skinąłem głową, pozwalając by stojący za mną Gargantua zrewidował mnie dokładnie. Byłem na to przygotowany. Ukuty z tytanu pazur ukryty był wystarczająco dobrze. Serce, już nie tak mocne, waliło jak oszalałe. Na moje szczęście, żadna z trzech postaci otaczających mnie nie dała po sobie poznać, iż coś zauważyła.

– O kurwa, jesteś klechą? – parsknął nagle ze zdziwienia olbrzym, wypełniając przestrzeń smrodem przetrawionego żarcia i machając w powietrzu różańcem. Zaprzeczyłem.

– Szkoda… – westchnęło z zawodem grube babsko, lustrując swoje karmazynowe tipsy – Oni zawsze płacą z górką… Chodź, kochany. – skinęła na mnie, kiedy wykidajło zakończył swe czynności – Pokażę ci nasze cudo.

Podążając za trzęsącym się, owiniętym cienką szmatką, tłustym tyłkiem starej zanurzyłem się w ciemność.

IV.

– Co znalazłeś? – ryknął potężnie mężczyzna, zanosząc się rechotem – Ja pierdolę, ludzie to mają pomysły…

– Leż, kurwa…- mruknął zagadnięty, nie do swojego kolegi jednak, lecz do leżącej obok kobiety, wyrwanej ze snu owym głośnym śmiechem.

Naga dziewczyna wymruczała pod nosem kilka inwektyw, przykrywając atrakcyjne kształty pomiętą i mokrą od potu pościelą. Jej partner przez chwilę przepłynął wzrokiem po jej jędrnych piersiach, po czym odwrócił się do swojego współlokatora.

– No, więc…– podjął wątek – mówię ci, normalna robota, czas leci, a tu wchodzi ten pojeb…

– Z Rybą, mówiłeś… – przerwał tamten, odsuwając własną kobietę i kierując się w stronę lodówki.

– Z Rybą, z Rybą… – zapytany skinął głową – Wiesz, szukam czy czegoś tam nie ma, normalnie, wiesz o co chodzi, nie? – Mrukliwe „no” dobiegające z kuchni sugerowało kontynuowanie – No. Patrzę, a tu, kurwa, różaniec… Weź mi też, dobra? – rzucił nagle w pustkę, tnąc podjęty temat.

Kiedy współlokator przyniósł kilka butelek schłodzonego piwa i papierosy, historia mogła być kontynuowana bez większych przeszkód. Z pełną kulturą obaj mężczyźni odczekali, aż rytuał chrzęstu zapalniczek i otwieranych puszek zostanie dokonany, po czym jeden zasugerował drugiemu gestem chęć wysłuchania końca.

– Więc się pytam, czy nie jest, kurwa, czarnuchem, nie? – donośny bas rozszedł się po pokoju, budząc znów obie kobiety – A ten, że nie, że on wierzący… Kurwa, już wtedy powinienem… No wiesz, powinienem wiedzieć, że to pojeb…

-No, niby tak… – odpowiedź zawisła w powietrzu – Ale był niby z Rybą, nie?

– No był… – mruknął tamten, wpatrując się w ponętne łuki, jakie tworzyło ciało jego partnerki – Ale pomyślałem: chuj, może faktycznie… W sumie to nie wiem co myślałem… – zakończył ponuro.

– No… I co się z nim stało? – zagadnął towarzysz, wyraźnie zainteresowany opowieścią.

– O, stary, to było kurwa, przegięcie chuja… – żachnął się zapytany, sięgając po piwo – Posłuchaj tego…

V.

Poręcz, której się trzymałem, krocząc stromymi schodami ku mojej nemezis, była niewiarygodnie chłodna i śliska. Bóg jeden wie, czy osiadła na niej wilgoć pochodziła czasem od mych własnych dłoni, spoconych z podniecenia (nie, przyjaciele podróży, wasze myśli błądzą w złym kierunku)?

Korytarzyk, prowadzący do Pokoju był tak wąski, że pod koniec podróży musieliśmy iść gęsiego. Prowadziła odrażająca burdelmama wraz z Andrzejem, kordon zaś zamykał zwalisty ochroniarz. Niemalże czułem na karku jego nieświeży oddech, który przyspieszył nieco po wysiłku związanym z długą wędrówką po schodach. W końcu zatrzymaliśmy się przed, obitymi tandetnym pluszem w kolorze burgundy, drzwiami.

– Proszę bardzo. – skinęła kobieta, czyniąc gest niczym przy prezentacji nowego dzieła sztuki. Wzdrygnąłem się mimowolnie, widząc oczyma wyobraźni jak prezentuje w Luwrze odzyskane obrazy Rafaela. Groteska na najwyższym poziomie, przyjaciele moi.

– W przypadku jakichkolwiek problemów, Rupert… – wskazała ciężką głową na stojącą za mną górę mięsa – z miejsca włazi do pokoju, a jeśli cokolwiek będzie z moją kochaneczką nie tak, ma prawo obić ci ryj i nakarmić tobą rybki, comprende? – ostatnie frazy zabrzmiały złowieszczo, kiedy wydobywały się spomiędzy jej spierzchniętych warg. Potwierdziłem, skinąwszy głową.

– Panienka jest zajebista, stary! – wtrącił nagle Andrzej, obryzgując mnie obficie kroplami plwociny – Taka jak chciałeś, zepsuta do szpiku kości, zmuszona do tej pracy, wiecznie poobijana, a jednak, kurwa, na swój sposób lubiąca tą robotę. Zajebista – powtórzył – mówię ci, stary…

–  ały sprzęt do brzydkich zabaw znajdziesz w szafce koło łóżka – zabulgotała opasła kobieta – Z kajdankami uważaj, za nie płacisz ekstra.

– Ile? – długo nie używane struny głosowe zapiekły żywym ogniem. Zacisnąłem powieki z bólu.

-Stówa bonusu za kajdanki – mruknęła beznamiętnie. Pięć dych kary za każdy siniak, który znajdę. Jak sobie skończysz, mała powie mi jeszcze, ile musisz dopłacić. Kolejna godzina stówę. Trzecia gratis – sapnęła. Wymawiała „i” mocno podniesione, wskutek czego brzmiało jak „y”, co niewątpliwie jeszcze bardziej wzmacniało moją niechęć do tej szkarady.

– Miłej zabawy… – zamruczała, otwierając przede mną portal, niechybnie prowadzące mnie ku zgubie.

Pustka, bijąca z ciemnego pokoju, przyjęła mnie bez słowa.

VI.

– A więc? – chrapliwy głos zza bijącej w oczy lampie rozniósł się po pokoju przesłuchań – Nie zauważyłaś żadnych oznak nienormalności?

– Kochanie… – zamruczała nastoletnia prostytutka, zapalając papierosa i krzyżując podniecająco zgrabne nogi, odziane w porwaną pończochę – Nie jestem psychologiem, jestem kurwą, zapomniałeś?

– Odpowiadaj na pytanie, albo porozmawiamy inaczej. – ostry głos nawykłego do przesłuchań policjanta uciął amory młodej blondynki. Odpowiedziała mu zalotnym uśmiechem, skierowanym ślepo w strumień światła.

– Dobra, dobra… –  mruknęła po chwili – Wy, psy, nie macie za chuja poczucia humoru… No więc, widziała tego oszołoma i pomyślałam sobie: kurwa, jakiś pojeb, ja pierdolę, nie? Najpierw pomyślałam, że jest klechą i zaczęłam żałować, że to nie mój klient. Fajni są czarni, wiesz? – wymówiła ostatnie głoski niczym przeciągłe mruknięcie głodnego kota. Wiedziała, że zabarykadowany lampą glina ma na nią ochotę, a ona sama chciała jak najszybciej uwolnić się ze szponów Prawa.

– Ciszej, kurwa… – mruknął niespokojnie policjant – Zostawmy jego zawód w spokoju. Co to znaczy, że był „dziwny”? Chodził inaczej, mówił, pieprzył się, do kurwy nędzy?

– O taaaak… – zamruczała prostytutka. Po tonie głosu słyszała, ż przesłuchujący ją jest już potężnie podniecony jej drobną figurą, zmysłowymi ruchami i obietnicą łatwego seksu – Pieprzył to on się… ja pierdolę, jak to powiedzieć… – wypięła w stronę policjanta ponętny i pełny biust, sugerując niejednoznacznie swoje intencje. – Właśnie… – przerwała – Władza nie ma ochoty na mały numerek? – Policjant siedzący za lampą kaszlnął niespokojnie – Dla władzy za pół ceny… – Młodziutka dziewczyna przeciągnęła się niczym głodna samca kotka.

Komisarz pomyślał chwilę o żonie czekającej na niego w łóżku, o dwójce dzieci, o własnym domu…

Przeliczył w pamięci potrzebny mu czas i gotówkę, po czym zgasił lampę.

VII.

Oto kurwa, powiadam Wam, przyjaciele podróży, najbardziej upadła z kurew wszelakich.

Corruptrix daemnatorum.

Wzrok mój prześlizguje się po wszelkich krzywych jej ciała. Dłonie błądzą niespokojnie w kieszeniach, puls przyspiesza.

Moja, tylko moja, ta, która dziś oczyści mnie z pokrywającego mnie szlamu. Moja Galatea, ukuta dłutem mych największych pragnień, teraz ożywiona w samym centrum cuchnącego grobu ludzkości, jakim jest Miasto.

Witaj moja droga, witaj w moim sercu.

Siedziała przy zasłoniętym ciężkimi karmazynowymi kotarami oknie, rozczesując cienkie blond włosy. Siedziała tyłem, otulona w białą koronkę, tak jak sobie tego życzyłem. Odkryte plecy wdzięcznie prezentowały krzywą linię kręgosłupa. W lusterku, oświetlanym przez naftową lampkę przemknęły intensywnie zielone, duże oczy. Instynktownie westchnąłem, mącąc głęboką ciszę.

Odwróciła się. Była piękna. Twarz miała zmęczoną, oczy podkrążone, na młodej jeszcze twarzy tworzyły się pierwsze zmarszczki, orane tytoniowym dymem i mocnym makijażem. Otoczone srebrnym cieniem oczy błyszczały w świetle płonącej nafty. Rozchyliła lekko zmysłowe wargi, odsłaniając rząd równych, małych zębów.

-Długo kazałeś na siebie czekać… – miała boski alt, bijący zepsuciem i poniżeniem. Alt anioła utopionego w wódce i kurestwie. Tak jak krwawe żyłki jej cudownych oczu, tak i powietrze prześlizgujące się z gracją przez jej krtań miało barwę zgnilizny. Poczułem nagle, iż dżinsy, w których przyszedłem, robią się za ciasne. Odruchowo sprawdziłem, czy ukryty w rękawie pazur znajduje się we właściwym miejscu.

Odkaszlnąłem nerwowo, przestępując z nogi na nogę. Wzięła to widocznie za dobrą monetę, wstała bowiem i płynnymi, posuwistymi ruchami zbliżyła się ku mnie. Była mniej więcej o głowę ode mnie niższa, sprawiał też wrażenie o połowę lżejszej. Słyszałem w powietrzu swój świszczący oddech.

Oparła mi swoje drobne dłonie na piersi, miotanej kołaczącym sercem. Poczułem w jej oddechu przetrawioną wódkę, zmieszaną z czymś mdląco słodkawym. Ta fantasmagoryczna mieszanka wstrząsnęła mną jeszcze bardziej. Jej drobna twarzyczka upadłego anioła zbliżyła się ku mojej.

– Marta – wymruczała, zapewne mając na myśli szefową tego przybytku – wspominała, że będziesz chciał się brzydko pobawić. Bat, kajdanki, klamerki? Do wyboru, do koloru…

Boże Przenajświętszy, musiałem sprawiać wrażenie napalonego nastolatka, kiedy tak stałem wstrząsany spazmami samej tylko mentalnej rozkoszy! Oto kurwa, przyjaciele podróży, mały aniołek, nie mający zapewne lat dwudziestu jeszcze, przemawiający do mnie słownikiem wyuzdanym, wulgarnym. Oto dziecię Miasta, te, które oczyści mnie z brudu, które nałożyło na mnie ludzkie dziedzictwo.

Pokiwałem głową. Perły potu zabłysły na mojej łysiejącej czaszce. Galatea uśmiechnęła się i zaciągnęła w stronę łóżka.

VIII.

Tomasz siedział na skraju mostu, wpatrując się tępo w nieprzebitą głębię. Kipiel wody przyciągała go swoim wołaniem. Pociągnął łyk wygazowanego piwa i sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów.

Ostatnia fajka, pomyślał sobie. Zabawne, ale aż do tej pory nie myślał o tym, co będzie, kiedy znajdzie się po drugiej stronie. Wszystko wydawało mu się proste. Jeszcze pięć minut temu z rozrzewnieniem myślał o rozpaczającej po jego zgonie Agnieszce, tej cholernej szmacie, która postawiła jego życie do góry nogami, zamieniając je w piekło. A teraz… Patrzył na jarzący się punkcik papierosa.

W pewnym momencie jego wzrok prześlizgnął się po papierosie i skierował w stronę wodnej otchłani. W ciemności wyłowił jakiś kształt.

To był topielec. W świetle portowych lamp błysnęła jego blada twarz.

Wrzask Tomasza niósł się długo. Kiedy ucichł w końcu, most był pusty.

IX.
Pozwoliła mi skuć się obitymi pluszem kajdankami. Bijący w oczy tandetny róż psuł mi trochę nastrój ceremonii, ale nie protestowałem. Kicz, przyświecający mej wizycie potęgował na dobrą sprawę obraz nędzy i rozpaczy, w którym miałem się pławić.

Leżała zupełnie nago, tak jak jej kazałem. Zdjęła nawet pierścionki i kolczyki. Jej piękne piersi falowały z każdym jej oddechem, małe jasne sutki naprężyły się wyczekująco, kiedy musnąłem je niechcący dłonią, wiążąc jej ręce. Nogi związałem mocno znalezionymi w szafce wstęgami czarnego muślinu.

– Tylko delikatnie, skarbie – zaszczebiotała nieszczerze. Zawód kurwy wyrobił w niej nawyki przynależne najlepszym aktorkom. Wzmogło to tylko moją nienawiść, a co za tym idzie i podniecenie.

Okrążyłem ją kilkakrotnie, dokładnie lustrując jej drobne ciało. Żaden pieprzyk, żaden drobny siniak, żaden włosek nie uszedł mojej uwadze. Była w każdym calu piękna i w każdym calu grzeszna. Była idealna.

Zatrzymałem się naprzeciw pulsującego sromu. Delikatne płatki różowych warg oczekiwały mnie kusząco. Zbliżyłem twarz w ich kierunku, pozwalając, by owionął mnie zapach jej kobiecości. Był mocny i nieprzyjemny, zważywszy na podłe warunki, w jakich mieszkała owa upadła nieszczęśnica. Przeciągnąłem językiem po jej najdelikatniejszych częściach, rozchylając ją lekko. Drgnęła z, udawaną zapewne, rozkoszą.

– Dobrze, kochany, właśnie tak… – mruczała cicho, wijąc się w krępujących ją więzach zapewne myślała, że jestem napaloną ofiarą losu, mieszkającą przez całe życie na garnuszku mamusi, pragnącą raz w życiu zakosztować kobiety.

Całowałem ją, wodziłem językiem, obejmowałem wargami jej wargi. Już wkrótce całą twarz oklejoną miałem jej wilgocią, wwiercającą się w nos, oczy, usta. Celowo nurzałem poszczególne części mojej twarzy w jej płynach. Było to niczym kąpiel oczyszczająca. Oto ja, człowiek upadły, naznaczam lico swe wodą kobiety upadłej. In Nomine…

Jej pochwa rozchyliła się, błyszcząca i zachęcająca do wejścia. Świeżo odrastające włosy łonowe kłuły mnie niemiłosiernie w co delikatniejsze części twarzy. I temu zabiegowi podałem się z rozkoszą, orając swoją twarz jej łonem, bólem własnym sygnalizując Początek Oczyszczenia. Wstałem, rozpiąłem koszulę. Leżąca pode mną Galatea wiła się w wymiętym i cuchnącym potem i moczem prześcieradle, oczekując na kolejną dawkę ekstatycznych spazmów.

– A teraz… Jedno słowo i nie żyjesz, skarbie… – sapnąłem w tej otaczającej nas ciszy, przerywanych jedynie jej cichymi jękami, wyjmując ostrze.

Jej źrenice rozszerzyły się z przerażenia, usta jednak nie wydobyły z siebie żadnego tonu poza krótkim, żałosnym dirge. Zapewne nieraz miała do czynienia z podobnymi scenami, kiedy do namiętny akt SM przeradzał się w żądzę krwawych łowów.

– Spokojnie, nie stanie ci się najmniejsza krzywda, moja droga – wymruczałem, siadając koło niej, rozsznurowując buty – Chcę tylko zamienić z tobą parę słów. Jeśli nie będziesz krzyczeć, wyjdziemy stąd oboje szczęśliwi i zadowoleni. No, przynajmniej ty…

Załopotała długimi rzęsami, zdziwiona zapewne ostatnią frazą. W międzyczasie zdołałem pozbyć się spodni, boleśnie upinających nabiegły krwią penis.

Pod łóżkiem znalazłem koronkowe figi, noszące już ślady użycia. Przytknąłem je do wciąż wilgotnej twarzy, po czym wetknąłem je mocno w usta coraz to bardziej skonsternowanej i przerażonej dziewczyny. Drżącą wciąż ręką przesunąłem po jej piersi, drażniąc sutek palcami. Przemycałem jej impulsy mego podniecenia, łącząc się z mą Galateą w orgii zepsucia i upadku tego, co niegdyś zwaliśmy człowiekiem.

In Manus Tuas Offendere…

– Wiesz po co cię wybrałem, spośród masy kurew? – pytanie nie znalazło odpowiedzi poza cichym, zduszonym jęknięciem. Niczego więcej nie oczekiwałem. – Żeby się oczyścić. Twoją wilgocią, twoją krwią… – czarny pazur Deinonychusa spoczął na gładkiej skórze piersi, znacząc ją karmazynową dróżką. Jęknęła cicho z bólu. – Twoją duszą w końcu…

Tak jak ty, moja piękna duszo – ciągnąłem wątek – urodziłem się w tym grząskim bagnie, gotowym cię pożreć w każdej chwili nieuwagi. Tak jak ty, słyszałem ryki odurzonych wódką mętów, wrzaski gwałconych niewiast, jęki bitych dzieci.

Tak jak ty, czułem nieraz na skórze gryzące pręgi bólu, którym hojnie obdarzali mnie rodzice. Tak jak ty, nienawidziłem tego świata, witającego mnie swoją szarością, śmiertelnym oddechem dżumy, refleksem oślinionych kłów, gotowych pożreć cię w każdej chwili. Paszcza Miasta, otwarta i wiecznie nienasycona, czekała na mnie zawsze, w każdej chwili gotowa połknąć mnie niczym drapieżny ptak, który połyka robactwo.

Każdy dzień… – pozbyłem się slipów, nachylając się nad nią. W jej oczach zalśniły łzy – obdzierał mnie z mej osobowości, wyrywając co rusz kolejne połcie mięsa, oblizując się przy tym z diabelską radością. – Moje spocone i drżące ciało zetknęło się z jej krągłościami. Ostrze cały czas błądziło po jej skórze, torując kolejne ścieżki mojemu katharsis. – Oddałem się wierze w Jedynego, lecz i tam Szatan zasiał swoje nasienie. Wiedziałem, że jest jedyny sposób by zmyć z siebie ten szlam, który ciążył na moim sercu.

– Oto ty, upadły aniele – sapnąłem, wchodząc w nią mocno. Poruszyła się z bólem, zaciskając piękne powieki, kiedy męskość brutalnie starła się z kobiecością. Krew płynąca po jej skórze przywitała mnie perliście. – tak jak ja, niewinna, boska istoto, którą Miasto ściągnęło na sam dół egzystencji.

Widzisz, kiedy krążę po ulicach tego nienawistnego dzieła Lucyfera, zataczam się niczym pijany. – poruszałem biodrami miarowo. Galatea płakała rzęsiście z niezwykłej kombinacji bólu i rozkoszy. – bo, Bóg mi świadkiem, pijanym jestem trucizną, którą przesiąknięte jest powietrze.

Oczyszczenie, powiedział mi kiedyś Bóg, musisz się oczyścić, nędzny śmiertelniku. Znajdź kobietę tak samo nieszczęśliwą jak ty, dopełnij aktu połączenia się dwu nieszczęśliwych dusz. I tak znalazłem ciebie, uwięzioną piękność na samym dnie Miasta. W najgorszej dzielnicy, w najgorszym burdelu, perłę iskrzącą w ciemności…

Pławię się w twej wilgoci, pławię się w twej krwi, obmywam swe ciało z brudu i nieszczęścia. Jeśli po tym umrę, szczęśliwą mi będzie śmierć, gdyż psyche moja podąży ku jasności, wyzbyta wszelkiego grzechu – moje ruchy były coraz szybsze. Przesunąłem pazurem po własnej piersi. Ciężkie krople krwi polały się na jej drobną figurę. Nasza vitae złączyła się w jedno. Galatea krzyczała bezgłośnie, tłumiona koronkowym kneblem.

Orgazm nadchodził jasną falą, zalewającą nas oboje. Widziałem jak ma dusza powstaje z zakrzepłej skorupy, silna, młoda, potężna. Wyciągnąłem w ostatniej chwili penis, pozwalając, by uwolnione wraz z brudem nasienie zrosiło łono mojej ukochanej kurwy. Lepka sperma zmieszała się z karmazynem, tworząc fantazyjny wzór…

Byłem wolny.

X.

– No i? Co z tym pojebem? – zapytał Noga, sącząc ostatnie krople nalewki – Rupert mu najebał?

– Co ty, stary… – pisnął niemal Ryba, ciskając niedopałkiem w stronę rzeki – Rupert wpadł akurat w momencie, kiedy koleś stał nad Dorotą z kutasem w łapie i spuszczał się jej na cycki. Rupert stwierdził, że coś jest, kurwa, nie tak i postanowił sprawdzić. Mówię ci, Dorota była cała pocięta przez tego podupceńca, ja pierdolę stary… – zakończył beznamiętnie.

– To Rupert nie sprawdził, czy koleś nie ma noża? – zagadnął Noga – Dupa nie ochroniarz…

– Wiesz, koleś miał taki mały nożyk, jak pazur, mówię ci – odparł tamten – Gdzieś go, kurwa, schował, może w dupie, chuj wie… Ale, słuchaj, wpada Rupert, trzaska go w pysk, tego kolesia, nie? Tamten jeb na glebę i leży, pewnie jak się spuścił, to się zmęczył. kutas jebany…

– No i? – ciągnął za język Noga, wyraźnie ciekaw zakończenia.

– Słuchaj, bo to najlepsze… Rupert podchodzi tak do niego, nie? – Ryba wstał, by pokazać przyjacielowi dokładnie w jaki sposób wykidajło okrążył bohatera rozmowy – I pyta się Doroty: „Doris, wpierdolić mu? No powiedz, wpierdolić?” A Dorota – ciągnął – już odwiązana i bez gaci w pysku podchodzi tak do niego…

– Ruperta? – przerwał Noga

– Pojeba, idioto! – warknął tamten, niezadowolony z urwanego wątku – Znaczy do jego ciuchów… Szuka mu kasy, nie? No, i potem mówi do Ruperta: „Wypierdol na bruk tego pojeba, ja biorę dodatkową stówę za udziwnienia…”. No, jeszcze mu śmiechem w twarz parsknęła…

– No i dobrze – stwierdził Noga – Z pojebami trzeba krótko… A on co?

– Nie uwierzysz, kurwa… – Ryba zrobił dłuższą przerwę, rozbudzając wyobraźnię towarzysza. – Popłakał się i wybiegł z burdelu niczym dzieciak. Normalnie biegł przez dzielnicę z chujem na wierzchu, łapiesz?

– O kurwa – skomentował pod nosem Noga – To faktycznie chory łeb… I co z nim?

–  Mała Agnieszka, kojarzysz która, nie? No, widziała go podobno jak wpierdolił się do rzeki. Ja pierdolę, dobra historia, nie?

– Dobra, kurwa, dobra… – skomentował Noga, zapalając kolejnego papierosa – Chory łeb, kurwa, chory łeb…

Nad nimi Miasto zapalało swoje szare oblicze.

.

autor: Aeshtir

 


To może być również interesujące:

Kobiety Brodziaka – galeria na Odcienie Czerwieni

Dotyk i zmysłowość w serii XConfessions Erika Lust

Walery, hrabia Ostroróg, erotyka retro i akty naszych prababek

Jak zwiększyć częstotliwość orgazmów?

They cannot see me naked – opowiadanie erotyczne

Naznaczona przez niego – opowiadanie erotyczne 


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

5 myśli na temat “Misericordia

  1. Bardzo lubię takie soczyste opowiadania gdzie zarówno klimat jak i sama scena seksu ma swoje uzasadnienie i nic nie dzieje się przypadkowo. Brawo panie Autorze!

  2. Sam nie wiem. Fabularnie jest okey, wszystko się ze sobą zazębia ale… chyba to po prostu nie moje klimaty.

    1. Żyje i ma się dobrze (za granicą i po dwóch rozwodach ;) ). Tylko styl pisania już nie ten. Jak nadarzy się okazja, wypiję Twoje zdrowie, Azaelu :).

Dodaj komentarz