Karcinophonia

Karcinophonia AeshtirKarcinophonia – Aeshtir – opowiadanie erotyczne

Z dedykacją dla wszystkich, których dźwięk skrzypiec wprawia w drżenie każdej komórki ciała i dla wielbicieli Brahmsa. Miłej lektury. 

I.

Stary mężczyzna obserwował niebo przez wąski otwór okna na poddaszu. Blade smugi światła oświetlały porozrzucane wokół niego zwoje pożółkłego papieru. Roje owadów wygrywały cicho daną im przez naturę pieśń, krążąc po zatęchłym pomieszczeniu bez widocznego celu.

Mężczyzna siedział nieruchomo w wiklinowym, nadszarpniętym zębem czasu fotelu. Odchylił się lekko, nie odwracając wzroku od kłębiących się za oknem wzorców utkanych przez Miasto. Pozorny chaos jaki go otaczał tańczył w rytm niemożliwej do usłyszenia śmiertelnym uchem muzyki. W ten szaleńczy korowód życia uwikłane były wszystkie otaczające go materie. Oddałby wiele, żeby móc dostrzec wszystkie mięśnie, jakie napinał wszechmocny dyrygent, by wprawić w ruch całą orkiestrę, którą przyszło mu kierować.

Zetknął końcówki pomarszczonych niczym pergamin palców, z lekka tylko odchylając niektóre, niczym pianista, grający na eterycznym fortepianie niewidocznej materii. Jego oczy przewracały się niespokojnie w orbitach, kiedy błądzące w powietrzu palce starały się trafić w dany dźwięk.

Urwał swój, rozgrywający się we wnętrzu czaszki koncert, by zwrócić swoją uwagę na przycupnięta w kącie postać. Jej twarz okrywała nieprzenikniona ciemność. Mężczyzn wpatrywał się jednak w miejsce, gdzie powinny się znajdować jej oczy, próbując dopatrzeć się w nich cienia akceptacji.

Sięgnął po papierosa. Przeciął nim kilka razy gęstą od smrodu przestrzeń, niby batutą, nim wsadził go między spróchniałe zęby. Blask zapałki rozświetlił na moment skuloną w koncie postać. Mężczyzna przeciągnął wzrokiem po ledwie widocznych konturach.

-Nie możesz mieć do mnie pretensji, Mario – wychrypiał nienawykłym do mówienia głosem, nie wyciągając papierosa z ust.

Nie. Nie mogę.

-Jesteśmy już starzy… Nasze ciała toczy rak. Rak upływającego czasu.

Tak.

-Mario – zniekształcone nuty odbijały się po pokoju – kiedyś byłaś moim ukochanym instrumentem.

Tak.

-Twoje ciało było mi skrzypcami, fortepianem i harfą jednocześnie. Pamiętasz jeszcze melodię, którą moje palce grały na twoim ciele, wprawiając je w wibracje, które wstrząsały światem?

Tak.

-Kiedy rozchylałem wnętrze twojego ciała, pozwalając mu na niesienie boskiego dźwięku rozkoszy po każdej komórce twojej kobiecości?

Tak.

-Ale… – mężczyzna urwał nagle – twoje ciało nie trwa wiecznie – Wstał z trudem, oszczędzając siły. Nie cierpiał na żadne przypadłości związane z wiekiem, jednakże doświadczenie nauczyło go, by minimalnie wykorzystywać energię zmagazynowaną w wewnętrznej powłoce – Nie mogę porównać go do skrzypiec… Harfa! Harfa prędzej, Mario…

Zmrużył oczy. Nie sposób było określić, czy delikatne łzawienie w ich kącikach spowodowane było nadmiarem emocji, czy kłębami gryzącego dymu, który wypuszczał spomiędzy zsiniałych warg.

-Mario… wiesz, że nawet najlepsza harfa nie jest w stanie wytrzymać dłużej niż pięćdziesiąt, góra sześćdziesiąt lat?

Tak.

-Pomyśl… – mężczyzna podszedł do okna. Otworzył je, płosząc zgromadzone na parapecie szare ptaki. Podmuch chłodnego, nasyconego Miastem powietrza owionął mu szarą twarz. – czy wirtuoz ma prawo zakończyć swoją wędrówkę po świecie nut, tylko dlatego, ze rak przeżarł jego instrument?

Nie.

-Widzisz sama, Mario – przytaknął, wygrywając jednocześnie na pokrytym kurzem parapecie niesłyszalną melodię. – Kocham cię, ale nie jestem w stanie stworzyć najlżejszego dźwięku, który poniósłby się w otchłań niebios. Jestem w stanie jednak złożyć ci hołd i napisać dla ciebie najwspanialszą symfonię, jaką usłyszy tylko Bóg.

Tak. Jesteś.

II.

Młoda kobieta wygodnie rozpostarła się we wnętrzu taksówki. Cichy szum silnika był jedynym odgłosem, który rozpościerał się wokół niej, łącząc się z sunącymi pasmami kolorowych świateł w chaotyczną tkaninę nocnego życia. Zerknęła ukradkowo na swojego klienta.

Powiodła wzrokiem po jego ciele. Elegancko ubrany w jeden z tych firmowych garniturów, z obowiązkowymi złotymi spinkami przy mankietach i drogim zegarkiem. Dłonie nienawykłe do pracy, gładkie jak u niemowlaka. Gładko ogolony, przystrzyżony zgodnie z modą… Dobry klient.

To było ich trzecie spotkanie. Pierwsze, na którym zapowiedział wizytę w łóżku. Prawdę mówiąc, niepokoił ją fakt, że facet opłaciwszy dwie noce u luksusowej kurwy nie skorzystał z jej usług. Przeciwnie, rozmawiał z nią, głównie o operze, kupował drinki… Prawdopodobnie świeżo upieczony rozwodnik, pragnący nieco kobiecego uczucia.

Jako luksusowa prostytutka mogła się zgodzić na każde fanaberie. Nawet na takie. Jej cierpliwość miała jednak swoje granice…

Samochód podskakiwał na wybojach, ale Grzegorz Malicki wydawał się nie ulegać urokom nierównej drogi. Siedział sztywno, lustrując pustkę przed sobą. Jedynie jego długie palce, bębniące miarowo o oparcie fotela, zdradzały jakikolwiek kontakt ze światem. Kobieta obserwowała go wyraźnie.

Nie miała pojęcia, kim jest. O sobie mówił niewiele, drążąc w zamian wszystkie możliwe szczegóły jej życia. Skąd pochodzi, co lubi, czym się zajmowała zanim zaczęła dawać dupy za pieniądze…

Przewróciła oczyma. Nie dowiedział się chyba tylko o kulinarnych upodobaniach jej kota. Dziwny typ.

Taksówka zatrzymała przed jego posesją. Kiedy pierwszy raz tu zajechała, była pod wrażeniem wielkiego ogrodu ze starannie pielęgnowaną roślinnością, staroświeckim wystrojem wnętrz i niesamowitą atmosferą panującą wokół pięknej willi Grzegorza.

Otworzył jej drzwi jak prawdziwy dżentelmen. Prowadząc ją za rękę w kierunku swojej posesji milczał, pogwizdując jedynie jakąś niesprecyzowaną piosenkę pod nosem. Obeznana jedynie w najnowszych trendach muzycznych prostytutka nie potrafiła znaleźć w zakamarkach swojej głowy owej niepokojącej melodii.

Mimowolnie sięgnęła do torebki, tłumacząc się szukaniem papierosów. Sprawdziła, czy przypominające breloczek urządzenie alarmowe znajduje się w zasięgu dłoni, podobnie jak pojemnik z gazem. Z niejednym psychopatą miała już do czynienia, choć ten cały Malicki sprawiał wrażenie człowieka, któremu porządny striptiz wystarczy do pełni szczęścia.

– Papierosy – rozległo się w przerywanej trelami ptaków ciszy.

– Co? – wypaliła bezwiednie, lustrując go, kiedy tak patrzył na nią łagodnym wzrokiem, uśmiechając się lekko.

– Szukałaś papierosów, Katarzyno – on jeden z klientów zwracał się do niej pełnym imieniem. Całej reszcie wystarczało to, co miała pomiędzy nogami.

Przytaknęła mu, tłumacząc się zakłopotaniem wynikającym z zaistniałej sytuacji. Lekko drżącą ręką wyciągnęła cienkiego papierosa, pozwalając, by Malicki podał jej ogień.

– I mnie męczy dzisiaj stres, Katarzyno – wpatrywał się w nieistniejący punkt, otwierając drzwi – Wiem, że gro twoich klientów liczy tylko na twoją fizyczność. Ja musiałem poznać cię dokładniej, by móc się z tobą połączyć.

Katarzyna wzruszyła ramionami. Zawsze twierdziła, że do pieprzenia potrzeba kutasa zamiast mózgu. Nie zdradziła się jednak z tą prymitywną myślą. Patetyczny ton Malickiego zaczynał ją jednak męczyć.

W salonie panował półmrok. Dostrzegała kontury ciężkich, dębowych mebli, regał wypełniony płytami i pojedyncze, samotne krzesło, obok którego stała harfa, błyszcząca złotymi nićmi w świetle księżyca.

– Rozbierz się, Katarzyno – zakomenderował. Uśmiechnęła się, czując że w końcu przechodzą do rzeczy.

Zsunęła płynnym ruchem satynowy płaszczyk i równie zwinnie wyskoczyła z krótkiej sukienki, pozostając w samej bieliźnie. Ujęła dłońmi pełne piersi, bawiąc się nimi. Z doświadczenia wiedziała, że klienci uwielbiali patrzeć, gdy się pieściła. Wybrała miejsce, gdzie blady księżyc oświetlał pomieszczenie, po czym stanęła tyłem do Malickiego, demonstrując długie, zgrabne nogi i jędrne pośladki. Ciemne włosy, sięgające łopatek rozpuściła i potrząsnęła nimi z prawdziwie mistrzowską gracją. Czekała. Torebkę pozostawiła w zasięgu dłoni.

– Siądź na krześle – położył jej dłoń na nagim ramieniu, gładząc jej plecy i rozpinając biustonosz. Oddychając miarowo, osunęła się na miękkie siedzisko, odgarniając włosy, by mógł podziwiać jej piersi.

Czuła, że jest już zdrowo podniecony, kiedy wyciągnął papierosa i rozjaśnił pomieszczenie czerwonym punkcikiem żaru. Polecił jej ująć harfę. Kiedy zimne drewno dotknęło jej rozgrzanego ciała, wzdrygnęła się mimowolnie.

Nie kazał jej grać. Zamiast tego podszedł do szafy i nastawił muzykę. Klasyczne dźwięki popłynęły z głośników. Prostytutka przez chwilę słuchała wzniosłych etiud, po czym westchnęła cicho, kiedy Malicki zaszedł ją od tyłu. Zerknęła okiem na pozostawiony w zasięgu gaz.

– Od muzyki zaczęło się piękno – zamruczał, głaszcząc ją delikatnie po aksamitnych włosach – Niektórym szczęśliwcom udało się schwytać cząstkę tego cudownego zjawiska w martwe pudła instrumentów, ożywiając je tym samym czymś, co można nazwać tylko dłonią samego Boga. – nachylił się nad jej karkiem, owiewając go gorącym oddechem – Nie dość jednak boskości w samych strunach tej harfy, na której grała moja ukochana, nim choroba oddzieliła nas od siebie – przyklęknął, obejmując ją i miarowo ugniatając piersi. Opuszkami palców drażnił twardniejące sutki.

Usłyszała cichy trzask i zorientowała się, że położył obok niej mały dyktafon. Wczuwając się w rolę zaczęła coraz głośniej oddychać.

– Spokojnie, Katarzyno – szepnął koło jej ucha, po czym powiódł językiem wokół małżowiny, powodując dreszcze – nie możesz sztucznie stwarzać muzyki. Takich ludzi nazywam rzemieślnikami, niegodnymi nawet obcować ze światem dźwięków. Musisz wydobyć z siebie najczystszy, najdoskonalszy ton, a nie odtwarzać go.

Wiedząc, że jej nie widzi, przewróciła oczyma. Poszła kiedyś do łóżka z nauczycielem plastyki, który nie mógł osiągnąć spełnienia bez nałożenia na jej biust i pośladki kilku warstw farby. Doprowadzenie się do porządku zajęło jej dwa dni. Z drugiej strony, pomyślała, ubrudzenie się nutami powinno być wyjątkowo trudne.

Dźwięki wzrastały na sile. Wyobraziła sobie nadciągającą falę tsunami, niszczącej przybrzeżne wioski i rujnującej cały ludzki dobytek w przeciągu kilku chwil boskiego gniewu. Zmarszczyła brwi, czując że patos Malickiego zaczyna jej się udzielać.

Musiała jednak przyznać, że był zręczny. Delikatnie wodził palcami po naprężonych do bólu piersiach. Kiedy powoli zsunął jedną dłoń niżej, jednocześnie muskając językiem linię kręgosłupa, poczuła pierwszy dreszcz rozkoszy. Zamruczała cicho i poczuła, że pozostająca na jej piersi ręka zacisnęła się nieco mocniej, sprawiając przyjemny ból.

Jego szczupłe palce wniknęły pod wilgotną koronkę bielizny, kiedy do kawalkady dźwięków dołączył wysoki sopran operowej diwy. Delikatna dłoń rozchyliła ociekające wargi i ujęła nabrzmiałą łechtaczkę, pocierając ja miarowo. Rozchyliła nogi, pozwalając mu na łatwiejszy dostęp do jej najwrażliwszych miejsc.

Pieścił ją coraz szybciej, a zarazem coraz delikatniej. Pogrążając się w falach rozkoszy nie zauważyła nawet, że jego palce poruszają się w rytmie skrzypiec, których smutny płacz wypełniał pokój. Poddała się rytmowi muzyki, zakłócając go cichymi westchnieniami, podczas których zwiększał nacisk na jej łechtaczkę.

Była już bliska orgazmu, kiedy z techniką maestra przerwał nagle, gwałtownie wstając. Katarzyna podniosła się, wciąż drżąc, by zsunąć przemoczoną bieliznę. Nasiąknięte nią koronkowe stringi upadły ciężko na granitową posadzkę. Stała tak przez chwilę w samym pasie do pończoch kiedy zdumiewająco ciężka dłoń Malickiego posadziła ją z powrotem na krzesło. Przez chwilę przesuwała się po skórzanym obiciu, pieszcząc rozchylone wargi.

Raz jeszcze drgnęła, kiedy lodowate włosie smyczka przesunęło się po jej ciele. Cienka struna rysowała jej delikatną skórę, znacząc na ciele czerwone pręgi. Zadrżała, kiedy końcówka smyczka wślizgnęła się między spocone uda.

Oparła się o ciężką harfę, kiedy wsunął w nią smyczek, pocierając łechtaczkę. Struna błysnęła srebrzyście, wpijając się boleśnie w delikatną skórę. Syknęła z bólu, jednocześnie zachęcając go do kontynuowania symfonii płynącej po jej drżącym ciele. Nuty rozkoszy popłynęły przez każdą komórkę jej ciała, napełniając ją pierwotnymi dźwiękami orgazmu. Ból, zadawany przez wprawionego muzyka, przybierała na sile.

Krzyczała głośno, kiedy smyczek wędrował w górę i w dół, zlewając swój jęk z narastającym crescendo. Wiła się pod jego dotykiem, pokrywając skórę krzesła swoimi sokami i nieświadomie popuszczonymi kroplami moczu.

Kiedy fale orgazmu wybuchły feerią kolorów, nie zauważyła nawet, jak cienka struna skrzypiec owija się wokół jej szyi.

III.

Klepki podłogowe skrzypnęły cicho, kiedy starszy mężczyzna pokuśtykał w stronę odtwarzacza. Kiedy dźwięki umilkły, ściany pokoju wypełniła przejmująca cisza, z rzadka tylko przerywana chrapliwym oddechem starca.

– Mario – wyszeptał – czy w królestwie dźwięków są takie, które oddać mogą tęsknotę? Czy możliwym jest uzyskanie tonu, który ukaże oszukańczemu mózgowi obraz ukochanej osoby?

Być może.

– Widzisz, Mario – przewinął taśmę, próbując opanować drżenie rąk – Ludzkie ciało jest workiem, gromadzącym w sobie stado larw. Te larwy toczą nas, nie pozwalając na ujrzenie wieczności i pojednanie z Bogiem. Pomniki, które owe robactwo toczy po dziś dzień, już dawno straciły swój blask i uznanie w oczach Najwyższego. Rak, który zabija nie tylko ciało, ale i duszę, odbiera nam wszystko.

Tak.

Koncert skrzypcowy Brahmsa, nagrany w wyjątkowo kiepskiej jakości, rozbrzmiał na nowo wśród obdrapanych ścian. Mężczyzna przeciął kilkakrotnie powietrze rachitycznym palcem, dyrygując niewidoczną orkiestrą.

– Mario, nie poradzę nic na plany Boga, który postanowił, że nigdy więcej już nie zagrasz dla mnie. Kocham cię całą duszą, jednak sama dobrze wiesz, ile znaczą dla mnie dźwięki, które odebrała nam choroba.

Wiem.

– W tej naszej niedoskonałości, zmuszony jestem grać koncert, w którym nie mogę użyć najdoskonalszego instrumentu. Ciebie, najdroższa moja.

Tak.

Mężczyzna sięgnął po papierosa, spoglądając ślepo w postać skrytą w mroku. Pomieszczenie było już gęste od dymu, spowijając je szarym całunem nikotynowej śmierci. Delikatnie starł z oka łzę, zatrzymując przez chwilę dłoń na przypominającej papirus, szorstkiej twarzy. Wypuścił powietrze z głośnym, chorobliwym świstem.

– Mario, dlaczego Stwórca musi być tak niesprawiedliwy? – rozległo się wśród dźwięków Brahmsa – Dlaczego, tworząc w swej nieskończonej dobroci cudowny świat muzyki, zaprzepaścił szansę na stworzenie dzieła monumentalnego, przenikającego każdą pierwotną komórkę ciała? Dlaczego, mogąc obdarować swe dzieci tak doskonałym zjawiskiem, postanowił urwać niebiańską batutą płynące boskim potokiem nuty?

Nie wiem.

– Ale nie poddam się, Mario. Twój instrument jest już bezużyteczny, a najdoskonalszy muzyk nie jest w stanie stworzyć symfonii bez doskonałej harfy i skrzypiec. Ale, mimo tych braków… mimo gniewu Boga na moje próby zbliżenia się doń… – przewinął taśmę do przodu – pozwól, że przedstawię ci coś w tonacji A-moll… Nie masz nic przeciwko, najdroższa moja?

Nie.

IV.

Oficer śledczy Jarosław Mikucki palił papierosa przy ostrym świetle lampy. Siedział przy biurku w samych slipach, nie przejmując się ciężkimi kroplami potu, spływającymi po jego ciele. Na blacie miał rozłożony stos papierów. Wszystkie dotyczące jednej sprawy.

Wpatrywał się w nie od dobrych dwóch godzin, nie przejmując się rosnącym stosem niedopałków w popielniczce. Wodził końcówką długopisu po równych linijkach tekstu, nie bacząc zupełnie na ich treść. Oczy bolały go od szarych kłębów dymu, ale pogrążony we własnych myślach zapominał je przecierać.

– Jezu, Jarek, musiałeś tak nakopcić? – dźwięczny niczym kryształowe dzwoneczki głos jego żony wyrwał go z zamyślenia – zostaw te papiery i chodź do łóżka.

Podniósł ciężką od myśli głowę, kiedy odziana w jedwabny szlafrok małżonka wyłoniła się spośród tytoniowej mgły. Uśmiechnął się, kiedy położyła drobną dłoń na jego twarzy. Objął ją czule, kiedy usiadła mu na kolanach, po chwili jednak zasępił się ponownie.

– To mogłabyś być ty, Aniu – mruknął przez zeschnięte od papierosów gardło – Nie mogę spać przez tego skurwysyna…

– Nie przeklinaj – cmoknęła go w pokryte marsem czoło – Rozumiem, że sprawa tego… jak mu tam… Maniewskiego…

– Malickiego – burknął policjant, wymawiając nazwisko ze wzgardą i odrazą – Aniu, trzy dziewczyny… Trzy cholerne dziewczyny, zamordowane w ten sam sposób… Aniu, to nie „Milczenie owiec” i pier… – urwał, widząc karcący wzrok żony – ten… no… wiesz, ten, którego grał Hopkins…

– Lecter…

– Właśnie. Aniu, to nie film amerykański. Ten facet to czubek pierwszej wody. Coś, co media określają mianem seryjnego mordercy. – sięgnął po papierosa, ale szczupła dłoń żony powstrzymała go – Chryste, ten facet kaleczy i morduje dziewczyny… Jedną z nich zadusił struną, rozumiesz to? – urwał, widząc że żonę przeszył dreszcz – Przepraszam.

Anna Mikucka usiadła na nim okrakiem, rozpuszczając jasne włosy na jego torsie. Poruszyła biodrami i uśmiechnęła się, czując wzrastającą erekcję męża. Sięgnęła dłonią, uwalniając naprężony członek ze slipek.

– Kochany, nie możesz żyć tylko pracą. Mi też jest szkoda tych kobiet. – wymruczała, liżąc go po twarzy – Ale nie zapominaj, że poza nimi są też inne kobiety, które cię potrzebują…

Osunęła się na kolana, drażniąc językiem jego penis. Jarosław Mikucki zamknął oczy, mrucząc cicho, kiedy wzięła go do ust.

Odchylił głowę, starając się usunąć z pamięci obraz Grzegorza Malickiego.

V.

– Na… naprawdę jesteś słynnym muzykiem? – wybełkotała dziewczyna, balansując niepewnie przy barze.

Mężczyzna skinął głową. Angela Zadrzańska przyjrzała się mu raz jeszcze, próbując przezwyciężyć fale mdłości. Miała kupę szczęścia, przemknęło jej przez nasyconą alkoholem głowę. Bogaty, przystojny facet, z gestem i nowym modelem volvo, stawiający jej drinki. Po prostu podszedł do niej, oferując swoje towarzystwo.

Angela, słynąca z imprezowego stylu życia, uśmiechała się szeroko, eksponując garnitur równych, małych ząbków. Wiedziała, że za okazaną jej uprzejmość będzie musiała obciągnąć mu laskę gdzieś w hotelowym pokoju, nie stanowiło to jednak dla niej najmniejszej przeszkody.

– Może przeniesiemy się do mnie, Angelo? – zaproponował, wymawiając jej imię z dziwaczną, nabożną czcią. Zachichotała perliście, ocierając się o niego swoim drobnym ciałem. Była już mocno zawiana. Pokiwała głową, oblizując znacząco wargi.

Miała szczęście, bez dwóch zdań.

Następne wydarzenia przypominały pokaz slajdów. Pamiętała podróż samochodem. Pamiętała, że próbowała zrobić mu laskę, kiedy czarne volvo pruło ciemnymi, zatęchłymi uliczkami Miasta. Pamiętała też, jak ją rozbierał. Właśnie wtedy straciła przytomność.

Następnym wspomnieniem był ból. I czyjaś dłoń, usilnie wlewająca jej jakiś płyn do ust. Po chwili zorientowała się, że to woda o dziwnie gorzkawym posmaku. Zakrztusiła się.

– Ostrożnie, Angelo. Kosztowało mnie to trochę grosza.

Mężczyzna, którego poznała w lokalu wskazał na leżącą obok kupkę białego proszku. Rozchodząca się po krwiobiegu amfetamina powoli przywróciła jej świadomość. Czuła pijący ból w nadgarstkach i kostkach nóg.

Kiedy alkoholowa mgła, zasłaniająca rzeczywistość zniknęła, dostrzegła, że leży rozciągnięta na łóżku. Jej kończyny skrępowane były srebrnymi, nylonowymi nićmi. Nie miała na sobie ubrania.

– Wypuść mnie, kurwa! – wycharczała, czując jak narkotyk pobudza krążenie krwi, zwiększając bolesne doznania.

Położył palec na jej spierzchniętych wargach, cofając go szybko, kiedy próbowała go ugryźć. Miał na sobie tylko granatowy szlafrok. W delikatnej, jak na mężczyznę, dłoni dzierżył skrzypce.

– Spokojnie, moja droga Angelo – szepnął, stając przy nogach łóżka, patrząc prosto w jej wygolone łono – Wiedz, że zyskałaś wyjątkową szansę spojrzenia w dzieło Boga. Twoje imię będzie krążyć wśród zastępów aniołów, których skrzydła utkane będą z krystalicznych nut.

Rozszerzyła oczy z przerażenia, widząc szaleństwo w jego oczach. Szarpnęła się, krzycząc, kiedy cienki nylon przeciął skórę. Uspokoił ją gestem, po czym przytknął instrument do brody.

Kilka smutnych taktów wydobyło się spod jego dłoni. Przymknął oczy, rozkoszując się stwarzaną przez siebie muzyką. Angela patrzyła na niego z przerażeniem zmieszanym z dziwacznym podziwem dla kunsztu z jakim operował smyczkiem.

Po kilku minutach opuścił instrument, pozwalając by zastąpił go dźwięk, dobywający się z głośników. Otworzył stojącą w rogu szafę, wyjmując z niej dwa cienkie, podłużne przedmioty. W jednym rozpoznała dyrygencką batutę. Drugi…

Świsnął bat, trafiając ją w łydki. Pisnęła głośno, patrząc jak na zgrabnych nogach wykwitają linie krwi. Łzy potoczyły się z jej wielkich, błękitnych oczu.

– Ty pojebie! – wrzasnęła rozpaczliwie. Uciszył ją gestem, przytykając palec do ust, tym razem swoich.

– Słuchaj, Angelo… Poznajesz?

Wsłuchała się mimowolnie w płynącą muzykę. Słyszała tą melodię w postaci dzwonka w swoim telefonie komórkowym. Wytężyła pamięć, nie chcąc znów zakosztować smaku bata.

– Fuga – wyszeptała, przełykając słone łzy.

– Doskonale, mój aniele – pokiwał głową z uznaniem – Czy zdajesz sobie sprawę, że jest oparta li tylko na czterech dźwiękach? Pierwotnych dźwiękach, mieniących się niczym tęcza, którą Bóg zesłał na górze Ararat, by ukazać ludzkości swoją nieskończoną dobroć. Nie sztuką jest znać wszystkie dźwięki, Angelo. Sztuką – wzniósł palec do góry – jest osiągnąć boskość przy ledwie bazowym zasobie dźwięku. Na tym polegał geniusz Beethovena.

Odłożył cienki, skórzany bat na nocną półkę, nie wypuszczając jednakże z drugiej ręki dyrygenckiej pałeczki. Przeszedł z powrotem w nogi łóżka, nachylając się nad nią.

Przesunął językiem między różowymi płatkami, rozchylając je lekko. Próbując uniknąć bólu, Angela leżała spokojnie, sycząc przez zęby. Kiedy sięgnął końcówką języka głębiej, mimowolnie poczuła, jak wypływa z niej wilgoć. Mruknęła, kiedy lekko zacisnął zęby na odsłoniętej łechtaczce. Syknęła z bólu, kiedy w nadchodzącej ekstazie szarpnęła swoim ciałem, powodując ból w kończynach.

– Rozkosz – powiedział, podnosząc głowę. Broda błyszczała mu się od lepkiej kobiecości – polega na tym, by ją usłyszeć. Rozkosz łączy się nieprzerwanie z bólem, tak jak piękno muzyki łączy się z żalem za niedoskonałością, z jaką człowiek manipuluje boskim darem.

Sapała głośno, znacząc białe prześcieradło lepkimi plamami, wypływającymi spomiędzy ud. Mężczyzna podszedł do wzmacniacza, przekręcając pokrętło głośności. Fuga nabrała na sile.

– Pragnę dźwięków, które pokażą ból i ekstazę. Przenikające się nawzajem przeciwstawne, a zarazem zbieżne, uczucia. Czy pomożesz mi, Angelo, odnaleźć dźwięki, skrywane przez ludzką duszę?

Dziewczyna wciąż jeszcze drgała konwulsyjnie, nie bacząc już na tnące naskórek więzy. Wznosząc w górę batutę, mężczyzna sięgnął po bicz.

Rozległ się trzask rozcinanego powietrza. Angela krzyknęła, gdy na jej piersi wykwitła czerwona róża bólu. Mężczyzna machnął batutą w lewo, raz jeszcze zadając cios. Płaski brzuch dziewczyny przecięła kolejna karmazynowa wstęga.

– Nie ten dźwięk, Angelo! – krzyknął, raz jeszcze nadając biczem i batutą odpowiedni ton. Płacz mieszał się z wrzaskiem i gromami sekcji dętej – Nie ten dźwięk! Wydobądź go z siebie! – uderzył w wewnętrzną stronę ud, blisko warg sromowych, wciąż połyskujących blado.

Fuga osiągnęła apogeum. Mężczyzna smagał biczem niby na opętańczym koncercie. Batuta tańczyła w jego dłoniach. Ciało Angeli znaczyła sieć czerwieni, sącząca się gęstym strumieniem.

Odkładając bicz, obłąkany muzyk jednym ruchem pozbył się szlafroka. Podtrzymywana amfetaminą w okowach rzeczywistości dziewczyna balansowała na krawędzi życia, kiedy mężczyzna wszedł w nią głęboko.

Kiedy Berlińska Orkiestra Symfoniczna kończyła dzieło, mężczyzna szczytował. Białawe nasienie zmieszało się z czerwonym całunem kryjącym pierś dziewczyny.

Wydając z siebie ostatnie nuty oddechu, Angela odwróciła głowę w lewo. Na półce leżał włączony dyktafon.

VI.

Kochali się dziko i namiętnie, tarzając się po szerokim łóżku, zlani strugami potu. Ostre paznokcie Anny Mikuckiej orały jego szerokie barki do krwi, podczas kiedy on gryzł jej sutki, nie przerywając gwałtownych ruchów biodrami. Wzajemnie nadawali sobie rytm, pierwotny rytm miłości.

Cała sypialnia wypełniona była gęstą atmosferą piżma. Anna jęczała głośno, odchylając głowę do tyłu. Uśmiechała się, jej zęby błyszczały w ciemności. Jarosław przytulił ją mocno do siebie, czując nadciągający orgazm.

Kiedy jego ciałem szarpnął gwałtowny dreszcz, biel rozbłysła mu przed oczyma. Otworzył usta w niemym krzyku, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Anna zagryzła zęby, gdy ciepła sperma zalewała jej wnętrze gęstym strumieniem spełnienia. Wciąż jeszcze wiła się na łóżku, kiedy Jarosław zsunął się z niej i łapczywie chwytał powietrze, patrząc się w nieistniejący punkt na suficie.

Anna przewróciła się na bok i pocałowała go w ramię, mrucząc z zadowolenia, kiedy pozostawione w niej nasienie rozlało jej się po udach.

– Zrelaksowany? – zapytała zalotnie, gładząc go po torsie.

Przeczesał dłonią po jej włosach, jednak za zasłoną uśmiechu krył się smutek. Kiedy fala endorfiny opuściła jego ciało, znów powróciły obrazy. Zaduszonej struną kurwy, jej zsiniałej twarzy, wytrzeszczonych oczu i wywalonego języka. Nastolatki, w której nie została nawet kropelka krwi. I tej trzeciej…

– Jesteś cudowna – szepnął, całując ją w czoło – Niezły pokaz fajerwerków – roześmiał się sztucznie. Wypadło to żałośnie.

– Nie myślisz chyba o tych dziewczynach, co? – zapytała. To z kolei zabrzmiało groteskowo i przerażająco.

– Muszę, kochanie. Martwię się o życie kolejnych dziewczyn, które może dopaść ten chory kutas. Pieprzony kompozytorek. – sięgnął po papierosa. Anna zarzuciła szlafrok i w milczeniu skierowała się do łazienki.

Mikucki obserwował tlącego się papierosa i wsłuchiwał się w szum wody, dobiegający z łazienki, kiedy rozbrzmiał telefon.

– Jarosław Mikucki, słucham – rzucił oschle do słuchawki. Ktokolwiek miałby niepokoić o tej porze, powinien mieć naprawdę niezły powód.

– Jarek – rozbrzmiał głęboki głos Agnieszki, jego partnerki – mamy go.

– Powtórz! – Mikucki zerwał się z łóżka na równe nogi, plącząc się w przemoczonym prześcieradle.

– Mamy Malickiego… – Agnieszka nie mogła powstrzymać podniecenia. – Mamy tego skurwysyna!

VII.

Z taśmy magnetofonowej wydobywał się nieskoordynowany charkot, drgający konwulsyjnie na tle muzyki Haendla. Brzmiało to jak rysowanie kamieniami po szkle.

Starzec podniósł się ciężko z wiklinowego fotela, zanosząc się ciężkim kaszlem. Wyłączył kasetę, znów pozwalając kotarze ciszy opaść na scenę, którą sam stworzył. Wpatrywał się w mrok, rozciągający się przed jego oczyma. Rozświetlił go płomykiem zapalniczki, przytykanej do papierosa.

– To trzecia i ostatnia część mojej suity, Mario. Dźwięk wydobywający się z pozbawionego głosu gardła. Dźwięk z otchłani, kiedy dziecko Boga porozumiewało się tym właśnie prymitywnym charkotem. Zwróć uwagę, jak współgra ze współczesnym dziełem wielkiego geniuszu. Trzy opusy rozkoszy i bólu, dwu pojęć, z którymi jesteśmy nierozerwalnie związani.

Tak.

– Mario, dopóki dobry Bóg nie zesłał na nas klątwy, mogliśmy stworzyć podobne dzieło. To jednak część jego planu uświadomiła mi, że ciało ludzkie jest tylko workiem skóry, wypełnionym robactwem. – starzec zgasił papierosa w przepełniającej się popielniczce – kiedy pojąłem, jak kruche jest życie ludzkiego instrumentu, kiedy uświadomiłem sobie rolę, którą Wszechmogący powierzył mi w swej nieskończonej mądrości… Mario, czy podoba ci się symfonia, którą tworzy śmierć i życie? Ból i ekstaza?

Tak.

– Mario – starzec westchnął – jestem już u kresu żywota. Moje ciało toczy rak, podobnie jak twoje. Mam mało czasu, wiem jednak, że gdy moje zwłoki dotknie cień rozkładu, będę grał na niebiańskiej scenie dla zastępów aniołów. Spójrz na moje ciało, nadwątlone chorobą. Moje komórki łuszczą się, moje organy przypominają nadgniłe worki, niezdolne podtrzymywać organizmu przy życiu. Tylko te dźwięki dają mi potrzebną energię, ale i te dzieło wydaj się spełnione.

Tak.

– Mario… – załkał mężczyzna, kiedy potężne kopnięcie wyważyło drzwi.

– Na ziemię i ręce za głowę, skurwysynu! – wrzasnął Jarosław Mikucki.

VIII.

– Że ile ma lat? – zapytał policjant, nie wyjmując z ust papierosa. Wpatrywał się w przytroczonego do łóżka człowieka.

Wysoka, piękna brunetka w lekarskim kitlu zmierzyła go wzrokiem. Odchyliła dolną wargę końcówką długopisu, mrużąc jasnozielone oczy.

– Wie pan, że tu nie można palić? – mruknęła.

– Ile ma lat, pani doktor? – Mikucki gapił się w mały otwór w drzwiach izolatki, ignorując pytanie.

– Fizycznie trzydzieści cztery – westchnęła doktor Dominika Junt – Dla jego mózgu zaś, jest o jakieś czterdzieści lat starszy. W swojej wyobraźni jest starym, umierającym człowiekiem. Człowiekiem, którego zżera rak.

– A ma raka? – Mikucki spojrzał się na nią, mimowolnie doznając szoku w starciu z chłodnym pięknem doktor Junt.

– Nie.

– Jego żona zmarła na raka macicy. Dwa lata temu. – rozległ się głos Agnieszki. – Grała na harfie w jego orkiestrze. Bardzo się kochali. Większość kompozycji stworzył właśnie dla niej.

– Jakie to, kurwa, romantyczne… – mruknął Mikucki, zaciskając pięści. Nie czuł satysfakcji ze schwytania owego psychopaty. Miał ochotę poderżnąć mu gardło.

– Panie Mikucki! – doktor Junt podniosła głos, momentalnie sprowadzając do parteru postawnego policjanta – Proszę się powstrzymać od wulgarnych uwag! Temu człowiekowi śmierć ukochanej osoby zniszczyła psychikę. Próbowałam z nim rozmawiać, jest kompletnie odcięty od świata. Postrzega świat przez pryzmat choroby i muzyki, łącząc te dwa pojęcia ze sobą. Wciąż przebywa ze swoją żoną, z tym że to on jest chory. Próbuje odebrać jej chorobę, komponując dla niej muzykę.

– Kurwa mać! – zignorował sugestię Mikucki – Szlachtowanie ludzi nazywa pani muzyką? Chciałaby pani, żeby ten psychopata… żeby… – machnął ręką – czytała pani akta sprawy.

– Niezbadany jest świat szaleńca, panie Mikucki – Dominika Junt spojrzała na katatonika – słuchałam tych taśm. Są przerażające, ale… jest w nich coś diabolicznie intrygującego…

– Pierdolę! – parsknął policjant – Niech tylko pani dopilnuje, by ten sukinsyn nie opuścił tego szpitala.

– Ten, jak się pan ośmielił go nazwać, sukinsyn… – szepnęła lekarka – nie opuści do końca życia swojej wizji świata.

– I bardzo dobrze.

IX.

– Zawiodłem cię, Mario, a teraz umieram.

Nie.

– Nie kłam, najdroższa. Moja muzyka została zniszczona. Tocząca mnie choroba zwyciężyła. Rozsypuję się bez dźwięków, które mnie otaczały.

Starzec, który niegdyś był Grzegorzem Malickim, wpatrywał się błagalnym wzrokiem w kształt, skryty w ciemności.

– Mario… – załkał, czując że życie wypływa z niego niemym potokiem – czy ten raz ostatni… czy zagrasz dla mnie na harfie? Czy jeszcze potrafisz to dla mnie zrobić? Czy twe zniszczone chorobą palce są w stanie wydać dźwięk z tych strun?

Tak.

Obły, kleisty kształt wynurzył się z ciemności. Gigantyczna larwa wypełzła na środek pokoju, znacząc swój ślad przezroczystym śluzem. Szczękoczułki poruszały się w nieskoordynowanym pląsie a sześcioro oczu wpatrywało się to w Malickiego, to w stojący na środku pokoju instrument. Wijące się macki objęły starą harfę. Mężczyzna wrzasnął.

Popłynęła muzyka.
.
autor: Aeshtir


To może być również interesujące:

Walkiria opowiadanie erotyczne

Public relations opowiadanie erotyczne 

Opowiadania nieprzyzwoite (Mateusz Skrzyński) – recenzja

Osiemdziesiąt dni czerwonych (Vina Jackson) –  recenzja

Giles Vranckx i jego kobiety – galeria na Odcienie Czerwieni

Kobiety Brodziaka – galeria na Odcienie Czerwieni

Merz: Jestem całkiem spokojną wariatką


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

Jedna myśl na temat “Karcinophonia

Dodaj komentarz