Katharsis

Katharsis wspomnienia gwatuKatharsis –  kenaarf – opowiadanie erotyczne

Katharsis wspomnienia gwałtu i  wszystkiego co zostało zepchnięte w niebyt pamięci.

Wyrywam kartki z kalendarza. Odcinam kupony jaskrawej codzienności. Swoją drogą, czy czerń może być jaskrawa?

Szukam. Definiuję siebie na nowo, od początku. Czy tak można? Wymazać przeszłość, zetrzeć w proch i rozsypać? Gąbką nowych doświadczeń wytrzeć obrazy panoszące się dotychczas w głowie.

Mózg to buntująca się, obrzydliwa, szara breja; lubi płatać figle. Zdradziecki kutas! Oszukuje i zwodzi. Daje wrażenie zapomnienia, by w najmniej oczekiwanym momencie wypchnąć na brzeg świadomości niechciane wspomnienia.

***

Kiedy już mogłam wyrzucić do kosza szpitalną pidżamę, kiedy zmyłam z siebie smród środków dezynfekujących, kiedy wcisnęłam tyłek w ulubioną, teraz zbyt luźną, kieckę, a na stopy założyłam buty z niebotycznie wysokimi obcasami, poczułam, że naprawdę żyję. Równie dobrze czułabym się w wyświechtanym t-shircie, spranych jeansach i trampkach, ale moje pokiereszowane wnętrze domagało się podkreślenia kobiecości, jakby na przekór, rzucając wyzwanie splątanemu umysłowi.

I tylko jedna myśl, przewijająca się jak obrazki z kalejdoskopu – nadrobić stracony czas. Odpracować te siedem miesięcy. Nałykać się zapachów, otulić emocjami, zrzucić hermetyczną powłokę, oblepić ciało czyimś dotykiem.

Nie, nie będę jak inne – obiecywałam samej sobie. Udowodnić, jemu i wszystkim wkoło, wszystkim, którzy z maską normalności głaskali mnie po ręce, tej, która leżała spokojnie na białym szorstkim prześcieradle. Druga, kilka centymetrów nad głową, wisiała na wyciągu. Nie mogłam zobaczyć ani wygiętych w grymasie ust, wciskających mi do głowy szepty: „Wszystko będzie dobrze”, ani gipsu. Przez pierwszy miesiąc nie mogłam zobaczyć nic, oprócz własnego wnętrza, dziwnie obcego i zimnego.  Uczyłam się go na nowo, zaglądałam w nieznane mi dotąd zakamarki. A może ich tam po prostu wcześniej nie było? Może powstały całkiem niedawno? Ciemne, ziejące pustką miejsca wypełnione zostały gniewem, niezrozumieniem, lękiem i, mimo otaczających mnie ludzi, osamotnieniem.

W końcu mogłam być naprawdę sama, bez ustawicznie podtrzymujących rąk, bez dobrych chęci. Słońce zaczęło smakować inaczej. Deszcz zamiast chłodzić rozgrzaną skórę, pozostawiał po sobie drażniące uczucie ciepła. Wszystko nowe.

Nie pasowałam już do dawnego świata, do dawniej poznanych ludzi, łatka została przyklejona. Już zawsze będą patrzeć na mnie w ten sposób.

Po uciążliwej rehabilitacji – zwłaszcza tej umysłowej, która w moim przypadku wymiernych skutków nie przyniosła, po przykrym procesie, zaczęłam szukać leku na siebie samą. Lgnęłam do ludzi; zwłaszcza do mężczyzn.

Czy gdzieś powstał kodeks takiej dziewczyny jak ja? Pieprzyć to. Im więcej, tym lepiej. Zalewana doznaniami, nowymi światami stworzonymi przez ramiona kochanków, płynęłam pod prąd, szukając ulgi. Odkrywałam nowe możliwości zapominając o sobie samej, o tej, o którą tak zacięcie walczyłam.

A przecież to tego miałam się obawiać, jak jeszcze w czasie pobytu w szpitalu wmawiała mi terapeutka. To sińców na duszy miałam unikać.

Czas mijał a w mojej głowie powstało wiele nowych wspomnień. Tak, jak chciałam – nowa ja.

Czy nowa znaczy gorsza? Gdzież by znowu. Zyskałam przydomek nieznośnej. Pyskate dziewuszysko, broniące własnego terytorium, trzymające ludzi na dystans, zawsze mające swoje zdanie, przyciągało łaknących emocji mężczyzn, którym wydawało się, że umieją poskromić, spętać, sprawić, aby była oddana. Zdarzali się tacy, umiejący poruszyć tę jedną szczególną strunę wewnątrz mego serca. Wydawało im się, że jestem jak lis z Małego Księcia, skoro potrafili mnie oswoić, musieli czuć się za mnie odpowiedzialni. Ale ja nigdy więcej nie zamierzałam składać się w ofierze. Nigdy więcej nie chciałam być od kogoś zależna. Mieli mnie pieprzyć, nie oceniać.

Brałam, łapczywie zagarniałam, wykorzystywałam. Brnęłam w splotach przypadków.

Tak jak chciałam, oblepiały mnie emocje kolejnych awantur i kolejnych obietnic. Dać komuś słowo – pstryknięcie palcami. Wywiązać się z niego – dla upośledzonego psyche, niemożliwe.

Wojowniczo nastawiona stawałam się nie lada kąskiem. Instynkt łowczy brał górę. Polowano na mnie. Tylko czy rzeczywiście? Czy to przypadkiem nie ja co wieczór wybierałam się na safari w celu upolowania egzotycznego zwierza?

Raz na jakiś czas odczuwałam wzbierające we mnie mdłości. Coś zapychało płuca, otumaniało percepcję. Wiecznie zmęczona, wiecznie niewyspana. Mózg, zamiast odpoczywać, urządzał sobie w nocy sesje terapeutyczne. Wyciągał z szufladek akta i porządkował wedle własnego uznania. Bywało, że budziłam się z głową pełną niechcianych obrazów. Wtedy wiedziałam, że lato ma się ku schyłkowi. Wiedziałam, że nadchodzi wrzesień. Czy już każdy miał wyglądać tak samo?

Każdy ma swoją granicę.

Ząb napieprzał niemiłosiernie. Ból przewiercał się, w nieznany mi sposób, do zakończeń nerwowych w całym ciele. Tabletki łykane, jak witaminy, już nie pomagały.

Siedząc w kącie swego ulubionego klubu zaklinałam rzeczywistość. Przed oczyma przewijały się znajome twarze. W uszach rozbrzmiewała muzyka. Ból pulsował w rytm wygrywanej na basie melodii. Dentysta. Wyjęłam z kieszeni spodni wygniecione banknoty; przeliczyłam. Powinno wystarczyć.

– Hanriś, idę do sadysty – rzuciłam przez bar do mężczyzny wpatrującego się we mnie z niepokojem i troską. – Dłużej nie dam rady – zakwiliłam.

– No, w końcu zmądrzałaś. Iść z tobą?

– Jeszcze czego! Phi! Chciałbyś patrzeć, jak mnie męczą? Twoja buddystyczna dusza tego nie zniesie – rzuciłam żartobliwie.

– Za rękę bym cię potrzymał, czy coś.

– Oj, Hanriś, to nie poród, a ty nie jesteś ojcem.

Stojąc już w drzwiach, uśmiechnęłam się do niego przekornie. Kiwnęliśmy sobie głowami.

Klinika stomatologiczna mieściła się po drugiej stronie budynku. Najlepsza w mieście, podobno. Z pewnością jedna z najdroższych, ale co mi zostało; sobota, środek nocy.

– Ja z bólem – rzuciłam mało przyjemnie, do jeszcze mniej przyjemnie wyglądającej pani recepcjonistki.

– Doktor zajęty. – Nawet nie podniosła głowy z nad gazety. – Usiąść i poczekać.

I to ma być ta najlepsza klinika, pomyślałam. Na najlepszą powinno się zasłużyć również uprzejmością.

– Dzię-ku-ję. – Podzieliłam słowo na sylaby, chcąc zaznaczyć zdenerwowanie.

Babsko w końcu na mnie spojrzało. Podobno, kiedy jestem zła, wytwarzam wokół siebie elektryzujące pole. Nie raz i nie dwa stałam rozwścieczona przed lustrem i podziwiałam własną mimikę, wrzeszcząc na swoje odbicie.

Recepcjonistka już otwierała usta, ale machnęłam tylko ręką, odwracając się na pięcie. Usiadłam na miękko wyściełanym krześle.

Po półgodzinnym wierceniu tyłkiem z nudów i bólu, zza drzwi wyłonił się w końcu lekarz, o ile takowym można nazwać chłystka zapewne ledwo co po studiach.

Przywitał mnie rzędem, co oczywiste, śnieżnobiałych zębów i gestem zaprosił do gabinetu.

Zajęcie miejsca na fotelu przysporzyło mi pewnych trudności, nieopuszczony jeszcze po poprzednim pacjencie, stanowił małą skałkę wspinaczkową.

– Pomogę – zaproponował.

Kiedy już się rozsiadłam, nachylił się nade mną. Teraz powinnam otworzyć usta. Poczekałam cierpliwie na zachętę.

– Proszę otworzyć usta. – Niepewność w jego głosie rozbawiła mnie.

Zatrzepotałam rzęsami, nie mogłam się powstrzymać; mimo pulsującego bólu nie mogłam sobie odmówić. Zaglądnęłam w miodowe oczy.

– Już otwieram, panie… doktorze, tylko proszę być delikatnym, dawno tego nie robiłam.

Spłonął rumieńcem i z zapałem zabrał się do przygotowania narzędzi.

– Co my tu mamy? Ciut szerzej, jeśli można. O, tak dobrze. Zapalenie. Chyba długo już pani z nim chodzi. Niedobrze.

Zaczął ostukiwać bolący ząb, szarpnęłam się na fotelu.

– Źle to wygląda. Chyba usuniemy.

Wybełkotałam niezrozumiały sprzeciw, przegrywając walkę z sączkiem.

Jakie wyrywanie? Ząb był przecież cały. Czy to ja mam mu mówić, co należy zrobić w takiej sytuacji? Stomatologiczny gówniarz.

– Ma pani słabe zęby. O ile dobrze widzę, to trzy były już wyrywane. Swoją drogą, ładna robota, ciężko odróżnić…

Gniew wybuchł we mnie żywym płomieniem.

– Nie wyrywane! – Zerwałam się z fotela. Odrzuciłam sączek na bok i splunęłam do umywalki. – Zostałam… miałam wypadek. Zamiast pitoleniem zająłbyś się może nauką.

– Ja, ja nie chciałem, pani usiądzie, zobaczymy – jąkał się.

– To się już naoglądaliśmy.

Zeskoczyłam z fotela. Drzwi pchnięte z impetem poderwały babsko za kontuarem z miejsca. Rzuciłam jej na blat zielony śliniaczek.

Wychodząc z kliniki pierwszym, co zobaczyłam, był neon sklepu monopolowego.

– Dałaś radę? Nie wyglądasz najlepiej – Hanryś zagaił od razu, kiedy tylko weszłam do klubu.

– Gówno! Patałach pieprzony! Ale mam coś lepszego. – Postawiłam na blacie butelkę z bursztynowym płynem. – Muszę wytrzymać do poniedziałku. Polej.

– To nie jest dobry pomysł. Przecież ty ciągle na prochach jesteś – zareagował na sugestię dość sceptycznie.

– Heniek, ja cię, kurwa, proszę.

– Dobra, nic nie mówiłem.

– Napijesz się ze mną?

Pokręcił głową, mysia kitka podrygiwała w rytm ruchów.

– Muszę być jutro na chodzie, rano mam spotkanie w sprawie tego koncertu za dwa tygodnie. A właśnie, zamkniesz dzisiaj sama? Ja bym się wcześniej zerwał?

– A mam wybór? Przecież i tak nie położę się spać, póki wszystkich nie wygonię.

Mój przyjaciel przygarnął mnie, kiedy potrzebowałam nowego życia. Mieszkałam w jego knajpie już dość długo.

– Wiesz, może powinnaś…

– Już to przerabialiśmy. Daniel jest jeszcze na kuchni?

– Tak.

– Idę po coś do przegryzienia, picie na pusty żołądek skończyłoby się katastrofą.

Kiedy wyszłam już z zaplecza, niosąc ze sobą deskę z serami, przy barze siedzieli oni. Duet nie do wyjęcia. Genialni muzycy; perkusista i basista. Obydwaj z kapitalnym poczuciem humoru. Tego dzisiaj potrzebowałam.

– Cześć chłopaki – przywitałam ich entuzjastycznie. – Świetnie się składa, że was widzę.

– O! jest i nasz ulubiony rudzielec. – Rafał uśmiechnął się znad kufla.

Łukasz wpatrywał się we mnie intensywnie. Znał mnie. Znał moje ciało.

– Czym sobie zasłużyliśmy? –  zapytał po chwili.

– Ząb. Nie daje mi dzisiaj spokoju. Zapijemy robaka, co? Chłopcy? Chyba mnie nie zostawicie samej?

– Gdzieżby!

Pierwsza butelka poszła w oka mgnieniu. Rozsiedliśmy się wygodnie na kanapach. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Czas mijał, ludzi ubywało, a ból zniknął. Byłam pijana.

Kiedy zamknęłam drzwi za ostatnim klientem czułam w głowie przyjemny szum. Odwróciłam się do swoich towarzyszy.

– No, to teraz zaczynamy zabawę. Ale, najpierw siku.

Zniknęłam na zapleczu, gdzie znajdowała się nasza toaleta zawsze pachnąca i czysta. Nie przeszkadzał fakt, że zamiast drzwi, do framugi została przyczepiona biała płachta materiału. Awantura z Cezarym miała miejsce już ponad miesiąc temu, ale nikomu nie było śpieszno do napraw; brak drzwi do toalety to więcej okazji do uciech i uśmiechów.

– Żyjesz?

Pytanie wyrwało mnie z odrętwienia. Siedziałam gołym tyłkiem na opuszczonej klapie od sedesu.

– Yhm, tylko nie mogę poradzić sobie z majtkami.

Łukasz zawładnął małą przestrzenią pomieszczenia.

– Pomogę.

– Już to dzisiaj słyszałam. Ten stomatolog.

Nie dokończyłam. Chłopak już klęczał przede mną.

– Dawno nie…

– …Wiesz przecież, inaczej nie można – przerwałam.

– To ty nie możesz, nie chcesz. Nie rozumiem. Tęskniłem.

– Przecież masz mnie tu codziennie.

– Ale nie tak, jakbym chciał.

Dotknął mnie. Ręce miał zimne jak sople lodu. Chłód poczułam w sobie.

– Mokra – skonstatował.

– Daj.

– A nie możemy?

– Nie ma czasu. Rafał.

Spojrzał na mnie nic nierozumiejącym wzrokiem i dopiero po chwili przypomniał sobie o pozostawionym koledze. Wysunął się ze mnie.

– Co ja z tobą mam? – mówił, kiedy wpychałam członka do ust.

Dodał coś jeszcze, ale już nie słyszałam. Zamknięta w świecie żądzy zadowalałam swoją potrzebę obciągania. Kutas, mój fetysz. Ssałam z zapałem, co chwilę dławiąc się podnieceniem kochanka.

– Długo nie dam rady. Jesteś…

– …Doskonale wiem, jaka jestem i doskonale wiem, kiedy przerwać – wysapałam między kolejnymi liźnięciami.

Miałam już całkowitą kontrolę nad sytuacją, nad drgającym niecierpliwie penisem i jego właścicielem. Skończyłam.

– Ale…

– …Rafał czeka. Dokończymy później.

W głowie wykiełkował pomysł. Świeży. Intrygujący.

– Chodź. – Naciągnęłam spodnie na tyłek.

– Nooo, ile można czekać? – Rafał siedział nadąsany przy barze. – Mogliście jakoś szybciej to załatwić.

– A skąd wiesz co robiliśmy?

– Po nim widzę. – Kiwnął głową w kierunku perkusisty, który właśnie wyszedł z zaplecza.

– Ty – wskazałam gestem głowy na Rafała – pozasłaniaj kotary, tylko dobrze. A ty mi pomożesz – zwróciłam się do Łukasza.

Często w duchu naśmiewałam się z tego, jak łatwo można dyrygować mężczyznami. I tym razem mnie nie zawiedli.

– Co ty robisz? – kochanek szepnął mi do ucha, kiedy nakazałam, aby rozłożył dwie sofy i połączył ze sobą.

– Organizuję ci pieprzenie.

W niebieskich oczach dało się zauważyć wzburzenie i niepewność, podkochiwał się we mnie, zatem emocje zrozumiałe, ale męska fascynacja i chęć sprawdzenia, do czego to wszystko doprowadzi, zamknęły skutecznie miękkie usta.

Po chwili wszystko zostało przygotowane. Otaczał nas ciepły blask zapalonych naprędce świec. Jeszcze tylko łyk alkoholu. Byłam gotowa.

Nie musiałam nimi kierować, działali pospołu jak dobrze naoliwiona maszyna, jakby wdarli się do mojego rudego łba i odczytywali każdą myśl. Stanowiłam centrum ich uwagi, pożądania. Przekazywana z rąk do rąk. Szamotanina ubrań. Bluzka zaciągnięta na rozognioną twarz. I tylko zarys postaci, przesuwających się, niewyraźnych; nie rejestrowałam, czyja dłoń błądzi w okolicy krocza, czyja ściska piersi. Gdyby nie otumanione alkoholem zmysły, dostrzegłabym różnicę. Perkusista zawsze dotykał mnie delikatnie. Znałam jego smukłe palce bardziej nadając się do klawiszy niż do pałek. W tej chwili nie miało to kompletnie znaczenia.

Naturalność, jaką się obdarzyliśmy, uwodziła i upajała. Bez zbędnych ustaleń, przygotowań, dokładnego golenia łona, zapachu perfum i sztywnych schematów.

Jak każda kobieta lubiłam stroić się w fatałaszki i wonie. Całkiem niedawno zrozumiałam jednak, że nader wszystko cenię sobie spontaniczność, nieprzewidywalność. Kiedyś myślałam, że ciemność już zawsze wywoływać będzie we mnie niechęć, ale potrafiłam odnaleźć w niej również urzekającą pokusę Przecięta pępowina zmysłu wzroku otwierała nowe możliwości. Taplałam się w podnieceniu, czekając na kolejny ruch, nie wiedząc, czego się spodziewać. Gdzie spadnie kolejny pocałunek. Gdzie na ciele odciśnie się czerwony ślad pazernych dłoni.

Zachłanni partnerzy trzymali swoją żądzę na wodzy, obdarzając mnie emocjami. Umiejętnie okazywali wdzięczność za okazane im zaufanie. Szarpnęłam się gwałtownie, kiedy poczułam wdzierające się do wnętrza pochwy palce. Tańczyły w szaleńczym tempie.

– Więcej! Chcę więcej! Chcę mocniej! Liż mnie! – krzyczałam.

Nie było we mnie wstydu i zahamowań. Już dawno temu nauczyłam się jasno komunikować potrzeby. Werbalne żądania zwykle wywierały wrażenie na kochankach, nie przyzwyczajonych do  otwartości seksualnej kobiet.

Czując moszczące się między udami ciało, rozchyliłam nogi. Moje ręce instynktownie podążyły do sromu, chcąc ułatwić mężczyźnie lizanie, jeszcze bardziej uwypuklić nabrzmiałą łechtaczkę.

Ciepłe palce boleśnie wbiły się w nadgarstki i szarpnięciem oderwały moje dłonie od warg sromowych. Czyjaś siła rozwarła je na nowo. Poczułam ciepło oddechu na najwrażliwszym punkcie kobiecego ciała.

Łukasz, przemknęło mi przez głowę; ta jego delikatność, kiedyś go zgubi.

Chwilowe skupienie i świadomość rozpłynęły się pod wpływem pierwszego liźnięcia. Bawili się, wygrywali skomplikowane serenady uniesień. Artyści z piekła rodem, z bogatym i impresjonistycznym wnętrzem, postrzegający nawet najdrobniejszy szczegół w sobie tylko znany sposób.

– Dosyć! Chce się pieprzyć! – przerwałam sekwencję naprzemiennego ssania i lizania. – Chcę patrzeć.

Już po chwili leżałam na wznak z szeroko rozwartymi oczyma. Twarze mężczyzn ubabrane moim śluzem, wzrok pełen oczekiwania a zarazem gotowości.

– Chodź – kiwnęłam na Rafała.

Ruszył na mnie, jak dzikie zwierzę i tylko przytomność umysłu Łukasza uchroniła nas od klęski.

– Nie tak. – Szarpnął go za ramię. A zwracając się do mnie, powiedział: – Obiecałaś dokończyć. Odwróć się.

Mój wrażliwiec pełen czułości. Co w nim widziałam? Czemu pozwalałam, aby raz na jakiś czas spełniał zachcianki kapryśnego dziewuszyska? Stanowił zupełne przeciwieństwo moich aktualnych potrzeb.

Posłałam mu spojrzenie pełne wdzięczności, znał mnie już dość dobrze, skubaniec, i odwróciłam się na brzuch. Uniosłam biodra i wypięłam pośladki.

Zdążyłam jeszcze poczuć silny uchwyt rozwierający jasne półkule, nim kutas wypełnił mokre od śliny i soków wnętrze cipy. Krzyknęłam. To tylko spotęgowało ruchy żwawo już poruszającego się we mnie członka. Rafał brał mnie z siłą godną podziwu. Tłumione wcześniej podniecenie w końcu wzięło nad nim górę. Podrygiwałam w rytm uderzeń owłosionego łona o delikatną skórę tuż poniżej linii pośladków.

Zimne palce złapały mnie za brodę i uniosły głowę do góry.

– Dokończ.

Tuż przed twarzą prężył się nabiegły krwią członek. Jego właściciel, mimo młodego wieku, tak rozumny, właśnie ofiarowywał mi spełnienie. Nie potrzebowałam więcej słów zachęty. Przyjęłam ten dar z pełną akceptacją.

Pieprzona od tyłu przez basistę ruchałam ustami chłopaka przede mną. Zatracałam się w przyjemności, gdy nagle poczułam dziwnie znajome ciepło.

Ten zapach. Przypalanej skóry. Spalonych włosków. Uczucie gorąca, które zamiast zniknąć już po chwili, nasilało się, parzyło skórę. Pamięć gnała własnymi ścieżkami, nie czekając na mnie, nie odwracając się, by sprawdzić, czy wciąż jestem. Stomatolog. Co on powiedział? Wyrwać? Nie, wybić.

Wybić! Wybić! Wybić!

Chciał mi wybić zęby. Uderzał metalem o szkliwo. Krew. Wszędzie krew. Moja. Kapiąca na piersi. I ręka. Rozsmarowuje pierwsze krople. Cała we krwi. Wyglądasz jak zarzynane prosię. Więcej, chcę więcej. Czemu nie krzyczysz? Przecież możesz. Będzie ciekawiej. No, krzycz. Do, kurwy, nędzy, co jest z tobą? Wybiję ci wszystkie zęby, jak nie zaczniesz krzyczeć.

Krzyknęłam wypluwając z gardła nadmiar śliny i ejakulatu.

– Jaki dzisiaj dzień?!

– Niedziela. Nasza najlepsza niedziela. Ale żeś nam prezent zrobiła. – Głos dobiegał zza moich pleców.

– Data? Który dzisiaj?

– Rudzielcu, co jest? – Łukasz zareagował bardziej przytomnie.

– Który, kurwa, dzisiaj jest? – wycedziłam przez ściśnięte gardło, znając odpowiedź.

Rafał poruszał się we mnie jeszcze szybciej, jakby przeczuwając nadciągającą burzę, mającą skończyć wspólną zabawę.

Chłopak przede mną spojrzał na tarczę zegarka.

– Drugi. Jest drugi dzień września.

Suwający się we mnie penis uderzał mocno. Nie mogłam tego powstrzymać. Za późno. Na wszystko już za późno. Przed obezwładniającym orgazmem zdążyłam wyszeptać:

– Trzy lata. To już trzy lata odkąd zostałam zgwałcona.

Odpłynęłam na falach cielesnej przyjemności i bólu wspomnień; w świat, który znałam tylko ja sama.

Każdy ma swoją granicę. Nawet pyskate dziewuszyska.

***

Codziennie robię mu prezent. Czy ma tego świadomość? Czy to chciał osiągnąć? Czy wie, że zmusił mnie do złożenia w jego ręce mojej własnej głowy na tacy? Tacy uplecionej z druta kolczastego, na który mozolnie nawlekam własne myśli. Poranione palce zostawiają ślady krwi na metalu. Czerwień skapuje u jego stóp. Nieświadom, wchodzi raz po raz buciorami w tę lepką kałużę. Roznosi ją dalej i dalej, brudząc wszystko wokół. Pełznę za nim niechętnie, ciągnięta na niewidzialnej smyczy.

.

autorka: Kenaarf


To może być również interesujące:

They cannot see me naked – opowiadanie erotyczne

Brudna gra – opowiadanie erotyczne o zdradzie 

Pusta sala – opowiadanie femdom

Never more – opowiadanie erotyczne o dominacji 


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • dołączysz do naszej grupy Erotyka – Odcienie Czerwieni

Jedna myśl na temat “Katharsis

Dodaj komentarz