Osiemdziesiąt dni bursztynowych (Vina Jackson)

Osiemdziesiąt dni bursztynowychOsiemdziesiąt dni bursztynowych Vina Jackson –  zooza – literatura erotyczna recenzja

Zachęcona poprzednimi tomami sięgnęłam po kolejny. Tym razem książka poświęcona została tancerce, która uwiodła mnie tangiem poprzednim razem. Tym chętniej pochłaniałam kolejne sceny aż do epizodu z pistoletem. Majstersztyk. I… na tym koniec. Zmęczyłam resztę – inaczej się nie da tego nazwać. Owszem fabuła przenosi się i w czasie, i miejscu, owszem poznajemy sytuacje, w których uczestniczą także wcześniejsi bohaterowie ale… No właśnie jest jakieś ale.

Konstrukcja powieści to podróż z krótkimi przystankami. A każdy z przystanków to inna osoba. Trochę czyta się to jak wyliczankę, w której zmieniają się imiona kochanków. Ilość scen tanecznych, wokół których zapleciona została fabuła jest za duża. Przez tę scenę genialnego tanga z poprzedniej książki, przyprawiającego o gęsią skórkę w trakcie lektury, percepcja wielu innych tańców jest zupełnie inna. Przypomina to nasty sezon telewizyjnego Tańca z gwiazdami, gdzie ani gwiazdy ani sam taniec nie są już najwyższych lotów. Może to kwestia tego, że taniec nie jest tym co rozpala moje zmysły, a przy takiej koncentracji zlewają się w jedno. Za dużo lukru na pierniczku, za mało korzennego aromatu.

Pewnym smaczkiem jest wątek istnienia organizacji, za sprawą której można spektakl z Lubą w roli głównej zamówić w dowolnym miejscu i czasie. Jeśli tylko ma się wystarczająco zasobny portfel. Nie sposób jednak pozbyć się skojarzeń z luksusową dziewczyną na telefon, z tą tylko różnicą, że nie do bezpośredniego użytku ale do popatrzenia jak uprawia taneczny seks z kimś innym. Drugi smaczek to przyjmowana przez nią zapłata za taniec  – nie pieniądze, nie diamenty ale bursztyny. Nietypowe, przez co staję swoista wizytówką tancerki.

Ale może właśnie przez to tytuł i cała książka jakoś tak odstają od klimatu z cyklu. Dotychczas tytułowe dni nazwane były nazwami kolorów, teraz są bursztynowe. Najgorsza jednak, w moim odbierze, jest finałowa inscenizacja z upozorowaniem śmierci. Teatr niestety zupełnie nie w moim guście. No ale przede wszystkim źródłem mojego rozczarowania jest całkowity brak klimatów bdsmowych. Zrobił się z tego łzawy harlequinowy teatrzyk i pozostawił niesmak na tyle duży, że zanim (jeżeli w ogóle) sięgnę po kolejny tom przeczytam coś innego.

Recenzje poprzednich tomów serii:

Osiemdziesiąt Dni Żółtych
Osiemdziesiąt Dni Niebieskich
Osiemdziesiąt Dni Czerwonych

autorka: zooza


Powiązane:

Dzielnica występku (Mario Vargas Llosa)

Osiemdziesiąt dni czerwonych (Vina Jackson)

Lesbos (Kathleen Warnock)

Go-Go Club (Daria Dużyńska)

Języki i kolczyki (Hitomi Kanehara)

Skok Safony (Erica Jong)


To może być również interesujące:

Consent musi być – o bezpieczeństwie w relacjach BDSM cz. 2

Merz: Jestem całkiem spokojną wariatką

Kobiety Brodziaka

Never more opowiadanie erotyczne 

Public relations opowiadanie erotyczne 


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zaobserwujesz nasz funpage, żeby być ze wszystkim na bieżąco.

Dodaj komentarz