Te kobiety…

te kobiety

Te kobiety – Azael – opowiadanie erotyczne

Natrętny dźwięk telefonu wyrwał Joannę ze snu.
– Halo? – suchość gardła kontrastująca z wilgocią reszty jej ciała zniekształciła jej głos.
– Nie… Ja… Oczywiście… Nie, nie biorę wolnego. Tak. Już wychodziłam.
Głos szefa biura w słuchawce natychmiast przywrócił przytomność. „Zaspałam!” Zupełnie zdezorientowana zaczęła gorączkowo szukać ubrania „Co za wariacki ranek!?” Nigdy nie zdarzyło się jej zaspać. Zupełnie nie wiedziała co robić. I do tego okłamała szefa, że już wychodzi. To też zdarzyło się jej pierwszy raz. Godzinę temu powinna być w biurze. Co się stało? Zawiódł ją ustalony od lat rytm biologiczny. Odkąd poszła do szkoły średniej zawsze budziła się przed budzikiem, którego dziś już nie używa, przed szóstą rano. A teraz jest dziesiąta! Koszmar. I to co się jej śniło… też koszmar. Nie pamięta dokładnie. Właściwie to nic nie pamięta. O śnie świadczyła tylko rozbebeszona pościel, mokra od jej potu, przyklejone do głowy włosy i koszula nocna do ciała. Wyglądała jak te rozwiązłe kobiety na filmach. Joanna taka nie była. Nigdy nie miała mężczyzny. A właściwie, to nie oddała się nigdy żadnemu mężczyźnie. Kobiecie zresztą też nie.
Trzydziestosiedmioletnia pani sekretarka. „Maszyna”. Wiedziała, że tak pogardliwie o niej mówią w biurze. Oczywiście za jej plecami.
„Nie. Muszę się umyć”. Jej wygląd zawsze był bez zarzutu. Garsonka. Ze spódnicą za kolano, rajstopy, pantofle, bluzeczka zawsze zapięta na ostatni guzik. Bure włosy spięte w nienaganny kok. „Maszyna”. Popatrzyła na swoje odbicie w małym lustrze w łazience z obrzydzeniem. „Jak te kobiety…”

– Widzę, że było gorąco!!? – rubaszny, tubalny głos taksówkarza wytrącił ją z koncentracji przy nakładaniu pudru na twarz. Nie zdążyła się umalować. W domu. Umalować. Wielkie słowo, jak na codzienny rytuał nakładania cieniutkiej warstwy pudru „tak, żeby się nie świecić”. Nic więcej. Kolorowe cienie, kredka i o zgrozo, szminka! To zupełnie obce przedmioty Joannie. Wręcz wrogie. Matka Joanny była zjawiskowo piękną kobietą, ale słabo ją pamięta. Zmarła na raka piersi z przerzutami, kiedy Asia miała osiem lat. Tato mówił, że to przez pychę. Ojciec, bardzo religijny pan, najpierw oddał Joasię do szkoły przykościelnej, a po uzyskaniu przez nią matury i dostaniu się na studia pozostawił jej książeczkę czekową i zniknął. Nigdy nie dowiedziała się czemu. Choć chyba żyje, bo konto nawet dziś jest regularnie zasilane.
Czyżby nie zmyła z siebie tego snu? Przecież szorowała się, jak garnek druciakiem. Taryfiarz puścił oko do jej odbicia we wstecznym lusterku. Zaczerwieniła się. Ze złości. Siostry w szkole uprzedzały przed natrętami, powiedziały też, jak nie być atrakcyjną „zwierzyną”. Jak te kobiety…

Przez biuro, w którym pracowała, przewijały się dziesiątki interesantów. Tego dnia pojawił się tam on. Deomonique Azaelmann. Smukły o zniewalającym uśmiechu na twarzy, okolonej kruczoczarnymi prostymi, sięgającymi ramion włosami. Właściciel najdelikatniejszych dłoni, jakie miała okazję widzieć.

– Jestem kimś w rodzaju headhuntera, poszukuję nie odkrytych talentów. I staram się pomóc im w otwarciu się na świat z ich, na ogół, nieprzeciętnymi zdolnościami – powiedział po przedstawieniu się.
– I można z tego żyć? – zagadnęła uprzejmie, lecz bez zainteresowania.
– O! Jeszcze jak! Chociaż ja nie nazwałbym tego życiem. Dla mnie to istnienie – zmrużył oczy kończąc zdanie.
– A wiele takich odkryć się panu udało? – nie podobał się jej.
– Na przestrzeni swojego… powołania… dużo. Bardzo dużo. – Joannie znów wydało się, że pręży się jak kot.
– Widzę, że nie podobam się pani. Proszę wybaczyć śmiałość, ale taką już mam naturę. Często mnie też się ona nie do końca podoba. Jednak trudno się oprzeć czasem pięknej kobiecie. Zwłaszcza takiej jak pani. – skrucha w jego miłym dla ucha głosie była wręcz namacalna. Joanna zaniemówiła. Deomoniqe skłonił lekko głowę i wyszedł z jej sekretariatu. Nie wiedziała, co myśleć. Niewielu mężczyzn kiedykolwiek mówiło jej, że jest jakaś w ogóle. Bardzo o to dbała. A już nigdy nikt nie powiedział jej, że jest piękna i to z żalem w głosie… W pamięci pozostał obraz jego dłoni…

Smukła, wręcz kobieca dłoń objęła jej niewielką pierś. Zaczął ją ściskać. Z początku lekko, lecz nieustannie wzmacniając uścisk. Między palcami znalazł się jej sutek. Zwierając palce dłoni, zaczął go miażdżyc między nimi. Oczy zaszły jej mgłą bólu i dziwnej przyjemności. Przez moment wydało się jej, że ta piękna dłoń w rzeczywistości jest szara, jakby spalona a paznokcie dłuższe i czarno żółte, ziemistoszare.

Kilka dni później Azaelmann pojawił się ponownie w biurze. Miał coś do załatwienia z jej szefem, ale ilekroć przychodził to szefa nie było. Pech jakiś. Za to była ona, jego głos i jakby speszone oczy… początkowo tylko jego.

– Wie pan, że to dla mnie całkowicie nowa sytuacja. – Joanna siedziała sztywno nad swoją filiżanką kawy. Nadal nie wierzyła, że dała się zaprosić.
– Domyślam się. – jego głos spływał do jej uszu niczym letnia woda na ropiejącą ranę.
– Tak. Bo ja nie umawiam się z klientami. – nerwowo poprawiała łyżeczkę na spodku.
– Tym większy to dla mnie splendor. – znów ciepły uśmiech i zmrużone oczy.
– Mniemam, że niewielu mężczyzn dostąpiło takiego zaszczytu.?– spojrzenie przeszyło ją do głębi duszy, jak błyskawice.
– Żaden! – „O Boże!” – Ostatnio… – poprawiła się szybko „Czemu ja mu to mówię? I co ja tu w ogóle robię?!”
– Spokojnie pani Joanno. Pijemy tylko kawę. – jakby czytał w jej myślach. – Jeśli sytuacja panią krępuje, to możemy natychmiast wyjść. Wezwę pani taksówkę, i ..
– Nie! – Jej dłoń wylądowała na jego dłoni leżącej spokojnie na stoliku. Zabrała ją jak oparzona, choć przez podbrzusze przedefilowało stado mrówek.

Nie spać. Nie spać. Wyszła z domu. Nigdy nie wychodziła po północy. Świat o tej porze był jej całkowicie nieznany, obcy. Szła ulicą zastanawiając się co ma zrobić. Przed oczami zamajaczył skwer, zadrzewiony, porośnięty krzakami. W dzień wydawał się nieprzyjemny, a teraz, nocą… coś ja ciągnęło do tego miejsca. Ruszyła w kierunku skweru, ale po dwóch krokach zawahała się. Między drzewami ktoś się poruszył. Zawróciła. Ciarki przebiegły po jej plecach. Wzdrygnęła się. Sama nie wiedziała czemu w tej chwili wspomniała Deomoniq’a. Przy nim czuła się dobrze. Bezpiecznie. „Nie!” Zająć czymś myśli.
Wróciła do domu. Popatrzyła na łóżko jak na wroga. Jednak musi się przespać. Jutro środa. Dzisiaj. Trzeba iść do pracy. Nakręciła budzik.

Delikatna dłoń pieściła jej łono, a druga w stalowym uścisku trzymała jej lewą nogę za kostkę na wysokości jego ust. Język postaci, której nie umiała określić wykonywał opętańczy taniec na palcach jej uwięzionej stopy. Smukłe palce drugiej dłoni ślizgały się po jej sromie, drażniąc, nie dając ukojenia. Znad stopy badawczo przyglądały się jej oczy. Pamiętała ich źrenice wyglądające jak czarne wirujące trójramienne galaktyki… „Jezu! Wejdź we mnie. Proszę… No zerżnij mnie! … Matko Chrystusowa…”

To już któraś taka noc. Znów zakończy się niewyspaniem, poranną gonitwą do pracy i tym nieznośnym uczuciem braku czegoś. Czegoś bardzo ważnego. I tylko oczy nabierały dziwnego dla niej blasku i rozbiegane wypatrywały zdobyczy, czy może myśliwego, któremu pozwoliłaby się upolować. Jak te kobiety…

Sobotni spacer. Patrzyła na ludzi. Zawsze tak robiła. Jej świat nie był tym samym co ich. Jednak dziś wyglądali inaczej. Jeszcze dziwniej. Kobieta siedząca obok mężczyzny na ławce parkowej wydawała się go pochłaniać… jakby cała była jedną wielką waginą. A on wydawał się nie być tym wcale zainteresowany. Co innego ten drugi. Ten na ławce stojącej po przekątnej. Wcale nie czytał tej gazety. Tylko rżnął oczami tę mizdrzącą się dziwkę… „Skąd takie skojarzenia?!” Albo tych dwoje staruszków. Miast widzieć piękną miłość do grobowej deski, w ich trzymających się wzajem dłoniach, czuła tylko suchy zapach starej szafy i niedomytego ciała. A te dwie, może dwunastoletnie, dziewczynki..? Powinny być inaczej ubrane. Szczelniej! Tak, to wyglądają jakby zaraz miały obciągnąć, temu rozsiewającemu wokoło potworny odór, sunącemu alejką kloszardowi. Przysiadła na jednej z wolnych ławek, patrząc na staw i pływające po nim kaczki. Sprawozdania z konferencji, na której był ostatnio szef, zawierały sporo literówek. Miała je poprawić, tylko jak tu zebrać myśli pośród tej zgnilizny…

Dłoń sunąca po torsie, pieszcząc piesi poczęła zsuwać się w kierunku łona. Wiła się pod nią. Choć ta prawie jej nie dotykała, Joanna miała wrażenie, że parzy. Podobnie jak ta druga, penetrująca jej wnętrze. Czuła wszystko tak wyraźnie. Szorstkość zarostu na łydce opartej o jego bark, smukłe i twarde palce w sobie, ugniatane jak ciasto ciało w okolicach podbrzusza. A jednak spełnienie, w którego odmęty chciała się rzucić, nie nadchodziło.

To już trzy tygodnie, noc po nocy ma te sny… Chyba oszalała. Nie potrafi się skoncentrować. Szef zaczął puszczać do niej oko, koledzy patrzą na nią jakoś tak… i dźwięk powtarzanego za nią słowa: „maszyna” zaczął nabierać barwy uznania a tracić pogardliwość. Wcześniej było lepiej. A teraz ten, stale wijący się, wąż w podbrzuszu… Jak go uśpić? Jak go pokonać? Zawiodła nawet modlitwa. Była u proboszcza. Przecież zna ją od lat. Nie, żeby była dewotką, ale regularnie co niedziela była w kościele. Wierzyła. Duchowny po wysłuchaniu jej opowieści stwierdził, że trzeba zająć umysł czymś innym i może więcej się modlić… Przecież wszystko w mocy Pana…

Modliła się… ale po zakamarkach umysłu krążyły inne myśli.

Ojcze nasz, któryś jest w niebie – daj błagam, chcę Cię lizać i ssać,
Święć się imię Twoje, – naprężony wielki kutas,
Przyjdź królestwo Twoje, – patrz jak wypinam dupę,
Bądź wola Twoja, – pierdol mnie, jak wola twoja,
Jako w niebie tak i na Ziemi. – w pizdę, w dupę a potem to z ciebie wyliżę,
Chleba naszego powszedniego – spuść mi się na twarz i włosy,
Daj nam dzisiaj – potem naszczyj na mnie,
I odpuść nam nasze winy, – nasraj mi na cycki,
Jako i my odpuszczamy – a ja wyliżę ci dupę do czysta,
Naszym winowajcom – jak ostatnia kurwa.

Tylko raz. Potem bała się nawet wyspowiadać… jakiś obłęd. Komu o tym opowiedzieć? Jakimi słowami?!

– Jest pani ostatnio jakaś podminowana pani Joanno. – jak zwykle ciepły głos powodował, że odzyskiwała spokój.
– Mam ostatnio trudny okres w życiu. – opuściła głowę już na początku zdania.
– Może mogę pomóc? – Deomonique lekko przechylił głowę w bok, pochylając się nad stolikiem. Kawa parowała jej na okulary. Wdychała jej zapach, by nie czuć tego natrętnego zapachu swojego sromu. Tak już od kilku dni. Miała wrażenie, że wszyscy wkoło go czują. Myła się, co kilka godzin… jednak stale go czuła.
– Obawiam się, że niestety nie.
– Proszę opowiedzieć. – „Nie!!! Nie mogę!” Zaczęła drżeć.
– Przepraszam, ale muszę już iść. Nie powinnam zawracać panu głowy. – „W ogóle nie powinnam się z tobą spotykać!”
– Pani Joanno… – zawiesił na chwilę głos – jeśli moje towarzystwo jest pani niemiłe, to proszę powiedzieć. – jakby posmutniał.
– Nie to nie tak. Przy panu jest tak cicho i dobrze. Tak spokojnie… – głos jej zadrżał. – Pomyśli pan, że ma do czynienia z wariatką… – „Dlaczego nie wyszłam?!!!”
– Nie. Myślę o pani różnie, ale na pewno nie w ten sposób. – nie drgnął nawet, kiedy gwałtownie uniosła głowę a błyskawice z jej oczu sypały się jak iskry. „Zdrajca!” – Ma pani piękną czystą duszę, jakich dziś już trudno się doszukać na Ziemi. – spokojny głos zdmuchnął pożar jej myśli. To wielki rarytas…
– Nie! Nie wie pan, co mi siedzi w głowie… ostatnio… – łzy po policzkach pociekły same. – I tylko przy panu jest spokój…
– Potrzebuje pani snu, pani Joanno…
– Nie! Nie wolno spać! To wtedy zaczynają mną władać, te wszystkie emocje, wizje… To wtedy czuję się jeszcze gorzej, niż te kobiety…
– Jakie kobiety?
– Te wszetecznice… Jak moja matka! – wrzasnęła szeptem. I zamarła. „Co, moja matka..?”
– Myślę że pomimo wszystko powinna pani pójść spać. – znów ten aksamitny głos przyniósł ukojenie. „A ty byłbyś w tym śnie..? I byłoby tam cicho i spokojnie..?” Nadzieja przez chwilę trzepotała skrzydłami… Mężczyzna podniósł się i odchodząc od stolika bezgłośnie szepnął:
– Będę…

Miała wrażenie, że penetrujący jej anus penis wydłuża się i rośnie, że żyje własnym życiem.
Leżąca brzuchem na stole, dotykała podłogi ledwie palcami stóp. Lewa stopa przez chwilę miała oparcie w porzuconym pantoflu, ale zaraz ześlizgnęła się z niego. Opierała dłonie na jego lędźwiach. Czuła pod palcami twarde gładkie ciało, które lekko cofając się powracało, wdzierając się w nią bez pardonu. Wydawało się jej, że jego przyrodzenie penetruje jej jelita sięgając żołądka, łaskocząc i powodując mdłości. Jednak umysł nie protestował. Było mu dobrze. Ciało wychodziło naprzeciw pchnięciom… Jęczała.
„Tak! Pierdol, pierdol, pierdol…” myśli pojawiały się rytm staccato i eksplodowały w jej świadomości, jak race. „Matko Niebieska!? Co się dzieje?!!” „Gówno!!! Nie przerywaj! Zabraniam! Wal! Wal jak sukę! Aaaaa..!”

Zerwała się mokra i dygocąca… Zegarek wskazywał 1:20. narzuciła na siebie tylko płaszcz, stopy wsunęła w pantofle i wybiegła z mieszkania. „Nawiedzony dom!!!” Pobiegła przez podwórko, ulicę… Gonił ją stukot obcasów czarnych pantofelków, odbijający się echem od murów uśpionych domów. Zatrzymała się przed tym skwerkiem. Zza drzew i krzaków dochodziły jakieś pomruki i przekleństwa. Poszła śmiało, jak do domu. Jak do siebie. Weszła pomiędzy krzaki. Dwaj pijani kloszardzi. Miejskie parchy, cuchnący, jak zasrana latryna patrzyli na nią ze zdziwieniem.
– Eee.. nie pomyliła paniusia… k.. k… kurwa … adresów? – bełkot jednego z nich dobiegł jej uszu, ale chyba je ominął…
– Który, kurwa chce, żebym mu obciągnęła? – nie uwierzyła w to, co usłyszała, że to jej słowa.
– Widzisz Hieniu? Pani chce se ulżyć… Ty! A jakiej flaszki, to nie znajdziesz, kurwa? – chyba starszy kontynuował. Nie czekała na ciąg dalszy. Runęła kolanami na ziemię przed starszym a twarzą w jego krocze. Fetor, jaki tam panował zabił wszystkie żywe stworzenia, które kiedyś srodze dokuczały koledze Henia. Rozdrapała wszystkie te cuchnące szmaty, chcąc tylko dobrać się do jego kutasa. Po krótkiej szamotaninie przy niewybrednych komentarzach kolegi Henia miała w dłoni członka. Mały flak skóry. Lepki i cuchnący. Wessała go do ust. Poczuła smak sera i zapach, który o mało nie pozbawił jej przytomności. Chciała się wycofać, ale wtedy poły jej płaszcza spadły na jej plecy i głowę, poczuła na pośladkach dwie silne dłonie i jak w jej dziewicze wnętrze wbija się twardy przedmiot. Chciała krzyknąć, ale kutas kolegi Henia w ustach skutecznie ją kneblował, mimo, że jej zabiegi nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. Ten z tyłu wbijał się coraz głębiej i natarczywiej. Nagle wysunął się z niej, po to by wbić się w jej odbyt. Zawyła…
– He! He! He! He! He! He! Dawaj Hieniu!!
Henio zaskomlał i wyskoczył z Joanny. Złapał ją za włosy i odrywając ją od jego kolegi przyciągnął jej twarz do swego penisa. Ciągnęła się z niego prawie przezroczysta nitka łącząca go z jej pośladkiem. Cuchnął podobnie. Henio wytarł kutasa o jej twarz i pchnął ją na ziemię…
– Wypierdalaj kurwo! Koniec balangi – zaczął zapinać szmaty, które kiedyś ktoś nazywał spodniami. Potok treści żołądka chlusnął z Joanny pod nogi kolegi Henia.
– No co robisz szmato?! – Kolega Henia nie zdążył zabrać lewej stopy, okręconej gałganami i torebką foliową. Szybko wstała i uciekła. Zgubiła prawy pantofelek. Kiedy dobiegła do podwórka zwolniła. Szła dumna, wysmarowana, brudna, ale w jakiś nie ludzki sposób zaspokojona. Niezapięty płaszcz, co krok odsłaniał jej ciało. Nie wiedziała, czy miała orgazm. Nie wiedziała przecież, czym on jest. Utykając, w jednym bucie, podeszła do klatki schodowej i zobaczyła go. Deomonique.
– Tobie też mam zrobić laskę? – zapytała rzeczowo, tak jak ktoś kto pyta, czy zaparzyć nam herbatę.
– Wyglądasz jak… – Bezbarwny głos, tym razem sączył się jak jad.
– Mnie już zrobiłaś dobrze. – Minął ją by odejść. Przepuściła go patrząc za odchodzącym.
Trzy kroki dalej odwrócił się i dodał, wskazując głową w kierunku skwerku.
– Tam – a w oświetlonych latarnią oczach błysnęły źrenice. Jak dwie wirujące, trójramienne galaktyki…

Joanna opadła na kolana. Teraz poczuła się dokładnie tak, jak te kobiety..

.

autor: Azael


To może być również interesujące:

Erotyczna kobieta Ossowskiej – galeria na Odcienie Czerwieni

Kobiety Brodziaka – galeria na Odcienie Czerwieni

Never more opowiadanie erotyczne 

Public relations opowiadanie erotyczne 

They cannot see me naked – opowiadanie erotyczne

Naznaczona przez niego – opowiadanie erotyczne 


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

Dodaj komentarz