Larva

seksowny rudzielecLarva – Aesthir – opowiadanie erotyczne – seksowny rudzielec

I.

To straszne uczucie być pogrzebanym za życia. Każdy neuron wyje ze strachu, każdy mięsień napręża się by zmienić zaistniałą sytuację. Wrzask rozpaczy z brutalną siłą orze delikatne struny głosowe, zmuszając je do przeciągłego, mrożącego igłą chłodu apelu o iskierkę życia.

I ciemność. Kiedy tylko czarny całun grozy przesłania ci oczy jawi się świadomość, iż oto w glorii groteskowej chwały zjawia się Jej Wysokość Śmierć we własnej osobie. Kiedy grudy wilgotnej ziemi opadają na wieko trumny głuchym stacatto, a twoje serce wciąż wygrywa swoją melodię, nagle zdajesz sobie sprawę, że Śmierć nie sięga swą lodowatą dłonią ku twemu sercu, lecz bawi się z tobą niczym perwersyjna kochanka. Delikatnie muskając twe ciało, pieszcząc je, lecz nie dając upragnionego spełnienia.

Leżąc w trumnie, będąc pieszczonym przez Śmierć, zdajesz sobie nagle sprawę, iż owa podła, uśmiechająca się nieszczerze Kochanka nie przerywa linii twojego życia tylko po to, żebyś w końcu zdał sobie cholerną sprawę z tego, iż twoja sytuacja jest beznadziejna. Perfidia Śmierci nie pozwala ci jednak umrzeć, nawet w tak okrutnych okolicznościach.

Zakładam, że im dłużej pozwala ci taplać się w szlamie własnego, straconego życia, tym silniejsze dreszcze orgazmu przeszywają Jej bezmięsne ciało.

Leżysz w trumnie, pogrzebany za życia i zdajesz sobie sprawę, że nie masz najmniejszych szans na przerwanie karmazynowej nici bijącego serca, dopóki Ona nie skończy.
II.

Obudziły mnie torsje. Zniszczone do granic możliwości trzewia zacisnęły bezlitośnie swoje szpony na moim skołatanym umyśle, potokiem wymiocin, cisnącym się pomiędzy resztkami zębów na przesiąknięty wódką świat. Kiedy dotarł do mnie gryzący zapach dziesiątków tysięcy papierosów, których woń opadła na pożółkłe palce, którymi powstrzymywałem nadchodzącą falę, pragnienie wyrzucenia z siebie całego zmagazynowanego alkoholu.

Ledwie widząc na nabiegłe krwią oczy potoczyłem się w stronę łazienki. Kiedy tylko przypieprzyłem w najbliższy mebel, znacząc ciało potężnym sińcem, dotarło do mnie, że wczorajszy etap alkoholowego maratonu nie zakończył się na właściwej mecie.

Zmusiłem się do otwarcia oczu. Bolało jak kurwa mać, kiedy zaropiałe powieki rozdzielały się niechętnie. Obraz falował i majaczył. Jakby nie wystarczyło mi powodów do pokrycia tego nieznanego mi jeszcze pomieszczenia przetrawionym, alkoholowym tsunami.

Tańczące w opętańczym tangu kontury zlewu wydawały mi się na tyle rzeczywiste i umiejscowione dokładnie w miejscu, w którym resztki mojego mózgu obliczyły swoje parametry, że tym razem przypieprzyłem szczęką w jakiś blat kuchenny. Chwila dekoncentracji wystarczyła, żeby nacierająca falanga wczorajszej wódki rozpoczęła wściekły szturm na Zewnętrzny Świat.

Kiedy już, niczym Odyseusz, dotarłem w końcu do zlewowej Itaki i tam złożyłem cuchnące kwasem złoża mojego żywota, świadom czekających mnie nowinek, postanowiłem rozejrzeć się po pomieszczeniu, które użyczyło mi swego cuchnącego szczynami schronienia tej nocy.

Pierwsze spostrzeżenie dotyczyło mnie samego. Brak ubrania i charakterystyczny, kwaśny zapach dochodzący z okolic członka wystarczył, by początek kolejnego, pełnego szarości dnia rozpocząć Litanią Do Całego Pierdolonego Świata.

-O żesz kurwa twoja mać… – wymruczałem niewyraźnie, czując, iż każda głoska to przerdzewiały gwóźdź wbijany w zaoraną żółcią krtań. Kontrujące mruknięcie kobiecego, lecz nieznanego mi głosu, dochodzącego zza pleców upewniło mnie tylko w obawach.

-Kładź się może tak, co? – coś za mną z wielkim wysiłkiem składało zdania. Głosu też nie pamiętałem. Powoli, niczym gwiazdy westernów odwróciłem się w stronę Pani Ciekawe Jak Masz Na Imię. Rewolweru na całe szczęście w dłoni nie miałem.

O żesz kurwa twoja mać było myślą, która we właściwy sposób zaczęła dzień. W barłogu, który wczorajszej nocy służył mi tylko (daj Boże) jako nocleg leżała drobna, kobieca postać.

Zawsze uważałem, że kobieta najpiękniej prezentuje się właśnie z rana, bez kilogramów makijażu okrywających twarz, efektownych sukni, olśniewającej biżuterii i tak dalej. Po prostu, budzisz się rano obok ciepłego, kobiecego ciała i dopiero wtedy możesz ocenić jak wielkim jesteś pechowcem, bądź szczęściarzem.

Tego ranka, złośliwy los przydzielił mnie do pierwszej kategorii. Nawiasem mówiąc, przekonałem się, iż każdy w głębi duszy jest cholernym hipokrytą. Nagle zachciało mi się kilogramów makijażu okrywających twarz, efektownych sukni, olśniewającej biżuterii i tak dalej.

Mówiąc szczerze to widok tego małego, bladego rudzielca o drobnych, szpiczastych piersiach, wiercącego się w przepoconym i przesiąkniętym nasieniem łóżku nie napawał mnie aż taką odrazą. Specyfika ludzkiej natury leży w tym, że obiekty jego pożądania bądź odrazy nie zawsze idą w parze ze zdrowym rozsądkiem. Mała nie była może przesadnie nieatrakcyjna, ale coś w jej ruchach, przelotnym spojrzeniu błękitnych oczu, może tonie głosu – to wszystko jakimś dziwnym trafem nie pozwoliło mi docenić i gloryfikować faktu, iż tej nocy nie spędziłem sam.

A może dlatego, że jej kościste ciałko uświadomiło mnie, w jakim paskudnie cuchnącym szambem świecie utknął pociąg mojego życia?

Usiadłem na łóżku, krzywiąc się z niesmakiem, kiedy lepka wilgoć, którą zroszone było prześcieradło dotknęła moich nagich pośladków. Patrząc się tępo w sufit zapragnąłem umrzeć. Nadciągająca fala kaca zamroczyła mnie kompletnie.

-W porządku – dotarło do mnie wysokimi trelami. Rozbudziłem się i spojrzałem kątem oka na drobną, opatrzoną w długie, perłowe paznokcie, opartą na moim barku.

-Co? – tylko na taką elokwencję byłem w stanie się zdobyć. Każde słowo groziło rozerwaniem strun głosowych na strzępy.

-Powiedziałam, że w porządku, że możemy zapalić. – mruknęło coś zza dłoni – Pytałeś przed chwilą. – dodała. Nie przypominam sobie, żebym coś mówił, możliwe. Tak samo możliwe jak to, iż zeszłej nocy zdarzyło mi się parzyć z właścicielką owej dłoni. Wiele rzeczy jest możliwych. Zwłaszcza przy ulotności ludzkiej pamięci.

Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni płaszcza leżącego na krześle. Pomięta niemiłosiernie paczka marlboro mogła być kolejną wskazówką w układaniu Przewodnika po Dniu Wczorajszym. Poczęstowałem swoją towarzyszkę. Zaciągnęła się głęboko dymem, po czym spojrzała mi głęboko w oczy. Coś w jej pociągłej małej twarzyczce, niemal w całości pokrytej połaciami szmaragdowych tęczówek było intrygującego i tajemniczego. Im dłużej ją obserwowałem, tym mniej adekwatną zdawała się moja Poranna Litania.

-Nawet nie wiesz jak się nazywam – stwierdziła rzeczowo, kierując wzrok na tlącego się papierosa. – Nawet nie wiesz jak się poznaliśmy…

Męska duma, najbardziej popierdolony i niszczący życie aspekt naszej egzystencji zawył nieludzko, gdy pokiwałem twierdząco głową. Coś w jej spojrzeniu nie pozwoliło mi na kłamstwo i granie macho. Zastanawiające…

-Iza – przedstawiła się, wyciągając po męsku dłoń. Jej dotyk był zadziwiająco chłodny, a jednak przyjemny. Musiała to zauważyć, gdyż znacząco skierowała spojrzenie w okolice mojego podbrzusza.

-No tak… – westchnęła, zaciągając się papierosem – Imię znasz, przystępujemy do pieczętowania znajomości? – złośliwość w jej tonie kłuła boleśnie, ale ów ból dawał pewną chorą, perwersyjną przyjemność.

-Z instynktami ciężko walczyć – zmusiłem się do mruknięcia, gapiąc się w obdrapaną ścianę. Wiedziałem, że powinienem zebrać się do domu, wziąć prysznic, wysrać się i iść do pracy. Szczęściem, nie miałem obowiązku zjawiania się o konkretnych porach. Powinienem, a jednak wolałem siedzieć bez ruchu i pozwalając, by niezwykły zapach jej potu, którym zroszone było całe jej ciało atakował zaciekle moje nozdrza. Aż dziwne, że tak szybko zmieniłem swój do niej stosunek.

-Walka z instynktami jest jak walka z życiem – stwierdziła. Gdy spojrzałem na nią zdziwiony dodała – Nie masz sił, nie masz chęci i nie masz powodów. A jednak walczysz, błagając jednocześnie, by ktoś przerwał tą niekończącą się męczarnię. Jesteśmy niewolnikami życia, kochany. W końcu życie jest najsilniejszym instynktem, nieprawdaż?

-Kim ty jesteś? Filozofem? -zapytałem zadziwiony tonem jej głosu. Zdawało mi się w pewnym momencie, iż Stwórca na chwilę wsadził mnie na wielką kosmiczną karuzelę, po czym włączył najwyższe obroty. Kiedy wirówka się zakończyła, przed oczyma majaczyła mi twarz Izy.

-Pracuję jako sprzątaczka, mój drogi, jeśli o to ci chodzi. – wyciągnęła swoje szczupłe ciało na pomiętej pościeli, i pocierając dłońmi swoje piersi i delikatne, wygolone łono rzekła – A teraz zaufaj swoim instynktom i wejdź we mnie.

Spełniłem jej żądanie.
III.

Fantazyjne wzorki tworzone przez unoszącą się nad kubkiem kawy parę, pochłonęły moją uwagę doszczętnie. Wwiercałem się w ten cholerny kubek z błogosławioną kofeiną, jakby był to posąg Isztar w pradawnym Babilonie. Wokół biegali moi współpracownicy, szumiąc nad moją przepełnioną aldehydem octowym głową niczym stado szarańczy.

Śledziłem to parujące gówno, dopóki nie zorientowałem się, że ktoś się we mnie przygląda. To zabawne, w jaki sposób człowiek wyczuwa gapiącą się na drugą osobę. Zupełnie, jakby ta druga miała umieszczone w spojrzeniu miniaturowe paluszki, delikatnie punktujące twoją osobowość.

Odwróciłem się. Darek, szef ścierwa, w którym pracowałem już dobre dwa lata stał nade mną i wbijał we mnie te swoje małe świńskie oczka. Małą kropelka śliny zastygła na jego mięsistych wargach, których właścicielem mógł być tylko skończony skurwysyn. Z jego przyspieszonego z wściekłości oddechu można było bez problemu odczytać całe menu z zeszłego tygodnia. Spojrzałem się pytająco.

-Co ty, kurwa, robisz, Piniuk? – wycharczał tym swoim na kilometr zdradzającym homoseksualizm głosem. Nie żebym miał coś do gejów, ale zdaje się, że Darkowi bardzo nie odpowiadało, że Robert Piniuk nigdy nie będzie jego partnerem. Wiecie o co chodzi…

-Kończę ten tekst i zaraz wysyłam go do korekty… – mruknąłem niechętnie znad komputera. Ku własnemu zdziwieniu, zorientowałem się, że cały czas moje skołatane myśli krążyły wokół mych ostatnich pijackich podbojów.

-A może, do chuja ciężkiego, włączysz najpierw komputer? – zmitygował mnie Dariusz. Kolejne jego piskliwe komentarze dotyczące mojej osoby zlały mi się nagle w jeden, nieważny bełkot.

Nie wiedzieć czemu, wróciłem pamięcią do tego małego rudzielca, której smak miałem wciąż krążący po gardle, a zapach pokrywający od rana niemyty członek. Nawet nie pamiętałem, w jaki sposób zdążyłem się z nią zapoznać. Nie pamiętałem nawet z kim wychodziłem i gdzie. Na Boga, nie mogłem nawet przypomnieć sobie, w jaki sposób znalazłem się tu, w redakcji.

Mózg przypominał mi jej oczy, głębokie, nieprzebrane. Jej drobne usteczka, wypięte z pogardą, wydmuchujące kłęby papierosowego dymu. Moja niechęć do tego, co znalazłem obok siebie w łóżku przerodziła się w niezdrową i nieuzasadnioną fascynację.

Chciałem ją mieć znów przy sobie, ale nie mogłem za cholerę sobie przypomnieć, w jaki sposób ją odnaleźć. Serce łomotało jak szalone, kiedy uświadomiłem sobie, że, najprawdopodobniej w pijackim zwidzie, opuściłem jej dom bez słowa po tym, kiedy kochaliśmy się raz jeszcze z rana.

Ta dziwna kobieta, niezwykła i z całą pewnością nie pracująca na etacie sprzątaczki grała chorobliwą muzykę w głębi mojego umysłu. Ona, ofiara mojego instynktu i wzmocnionego alkoholem pożądania. Ciekawe w jaki sposób musiała mnie postrzegać, kiedy ledwo (zapewne) trzymający się na nogach wtaczałem się do jej mieszkania, bełkocząc niczym obłąkany.

Nasz seks cuchnął potem, wódką i szlamem pokrywającym nasze ciała. Leżeliśmy na tym pomiętym prześcieradle niczym dwa śmiertelne wirusy, przeczące zdrowemu rozsądkowi i naturze. Dwa zwyrodniałe, otumanione alkoholem stworzenia, wyjęte spod prawa boskiego.

Ten cholerny pederasta wciąż tkwił nade mną, trzęsąc się z wściekłości i plując na wszystkie strony resztkami pokarmu. Spojrzałem na niego, na tą małą, podobną ropusze postać, opuszczoną i zakompleksioną, pozbawioną własnego spełnienia. Odnosiłem wrażenie, iż stoi właśnie nade mną trzęsąca się kupa fekaliów i rzygowin, obleczona w nędznej jakości skórzany wór, cuchnący cebulą.

Rozejrzałem się wokół. Wszędzie te same, pozbawione witalności i chęci życia marionetki, krążące wokół jak podły sen. Oto ja, siedzący przy utaplanym kawą i popiołem komputerze, wklepujący bezwartościowe literki ku uciesze reszty, równie jak ja bezwartościowych gównianych bobków.

Za brudną szybą rozpościerało się Miasto, Pan tego świata. Dymiące kominy wznosiły w szare niebiosa swoją toksyczną hosannę, rozpadające się dachy otaczały swą zmurszałą opieką kotłujący się niczym białe larwy tłum prący nieprzerwanie w kierunku Nicości. Płynące brukowanymi uliczkami Miasta ścieki znaczyły je pełnymi odchodów wstęgami, wyznaczając kolejne koleiny zepsucia i beznadziei.

Iza miała rację. Całe życie prowadzimy bezustanną walkę z samymi sobą. Tylko po to by za cenę trucizny i bólu wstępować w kolejny, przepełniony nicością dzień. Dziś wieczorem, kiedy wrócę do domu, sięgnę po kolejną flaszkę i z kolejną porcją alkoholu we krwi skoczę w przepaść następnego, bladego świtu.

Niezliczone godziny, które spędziłem ze szklanką w ręku zdały mi się tak samo bezsensowne jak żywot trzęsącego się nade mną Darka. Po co to wszystko, po co te starania? Żeby tylko pozwolić Miastu ukazać ci jeszcze jeden dzień swą kamienną gębę?

Wstałem od biurka. Musiałem znaleźć Izę. Tylko ona może mi powiedzieć, w jaki sposób te myśli znalazły się w mojej głowie i co mogę z nimi począć… Dariusz zareagował w sposób niemalże agresywny, machając tymi swoimi pulchnymi rączkami i piszcząc donośnie. Minąłem go, nie zważając na jego rozpaczliwe próby mnie zatrzymania.

-Pierdol się – rzuciłem, kierując się w stronę wyjścia.
IV.

Niczym zmoknięty, mizerny i nękany potężnym bólem wszystkich, posiadanych przez mój organizm nerwów, rycerz, stałem tak w strugach żółtego deszczu przed brudną, starą kamienicą, skąpaną w oparach cuchnącej zgnilizny bijącej z pobliskich kanałów. Czy to ten właśnie dom? Czy to w nim spotkałem niepozorną i bynajmniej nie chwytającą za zmysł pożądania istotkę, która stalowym szponem wbiła się w mój mózg?

Dodam tylko, że w sposób, którego nijak nie byłem w stanie pojąć. A może był to wynik wtłaczania w siebie zbyt dużej ilości alkoholu przez te wszystkie lata? Delirium tremens, białe myszki, obłęd wyniszczający percepcję, upiory cholernego C2H5OH?

Wiedziałem tylko jedno. Spotkanie z Izą zmieniło coś w moim sposobie postrzegania świata. Nigdy, przenigdy, nie miałem wyrzutów sumienia, spędzając noc z przygodną kobietą. Iza i tak była wśród grona szczęściar, których imię poznałem.

To, co stało się jednak między nami, było inne. Pierwszy raz w życiu zdałem sobie sprawę, jak wygląda otaczający mnie świat. Kiedy obudziłem się w pomiętej, cuchnącej seksem pościeli, kiedy wymiotowałem do brudnej, wypełnionej pomyjami umywalki… Kiedy spojrzałem na własne, przekrwione oblicze…

A teraz stałem pod tą obskurną kamienicą i łudziłem się w głębi duszy, że to zza tych drewnianych wrót wyłoniła się dzisiaj moja szkaradna gęba. Nie byłem jednak pewien.

Niczego nie byłem pewien.

Mojemu niepewnemu oddechowi zaczął nagle towarzyszyć dziwaczny, charczący odgłos. Okoliczny męt stał parę metrów dalej i, chwiejąc się zapewne dzięki butelce taniej nalewki trzymanej w dłoni, zagadnął:

-Co, mistrzu? Pomyliśmy domy? – zarechotał obleśnie, co rusz obrzucając leżący pod nim bruk brunatną plwociną.

-Szukam takiej drobnej, rudej kobiety – zagadnąłem niepewnie. Od starego waliło wódą na kilometr, wyczułem też, iż zmiana bielizny nie była jego ulubionym sportem olimpijskim, kiedy zbliżył się ku mnie. Czy i ja tak dzisiaj (i przez większość życia) wyglądam? Kiedy długo przebywa się we własnym smrodzie, przestaje on przeszkadzać właścicielowi…

-Rudej? – wycharczał tamten, pozwalając by wlewana do gardła nalewka zwilżyła nieco jego wysuszone z wysiłku myśli – No, jakby tak, kurwa… – perorował zaciekle, walcząc z alkoholową amnezją. Pokręcił w końcu głową.

-Żadna ruda nigdy tu w okolicach nie mieszkała – dodał na moim odchodnym – Za chuj… Ale jak potrzebujesz pan kobiety, to znajomy prowadzi dobry burdel – zachichotał obleśnie – Albo za flaszkę wódki dorzucę ci, mistrzu, moją starą… Nie chcesz? Laskę robi idealnie, bo już jej prawie wszystkie kły od chlania wypadły – zanosił się ohydnym śmiechem z własnego dowcipu jeszcze zapewne na długo dalej.

Zanim nie zniknąłem we mgle barwy sepii.
V.

Moja (jeszcze) żona, Małgorzata, z miejsca zauważyła, że coś jest nie tak.

Od ponad roku żyliśmy w separacji, z braku kasy w jednym, ciasnym mieszkanku wspólnie z całą czeredą szczurów i karaluchów. Jedyne kontakty, jakie nas łączyły polegały na wymianie uprzejmości typu „pierdol się”, kiedy mijaliśmy się czasami w kolejce do znajdującego się na półpiętrze kibla. Tym razem jednak coś ją tknęło i postanowiła odezwać się w sposób od dwóch lat zgoła niekonwencjonalny.

-Co jest, Robert? Wyglądasz jak zużyta pizda – fakt, był to szczyt uprzejmości na jaką mógł liczyć taki sukinsyn jak ja. A biorąc pod uwagę fakt, że rzeczywiście tak się prezentowałem, nie mogłem mieć o to do Małgorzaty pretensji.

-Chujowo się czuję, ot co – burknąłem w równie podniosłym tonie.

-Trzeba było, kutasie, nie chlać i nie kurwić się po nocach! – syknęła, wpijając we mnie te swoje przenikliwe oczy kobry – Zresztą, po chuj się tobą martwię. Chlejesz codziennie – prawda, przyznałem w duchu… – Ogarnij się, kurwa, człowieku…

-Jakbym tak nie tkwił w bagnie własnego życia, to może alkohol nie byłby konieczny – rzekłem, sam zdziwiony tym co wydobyło się spomiędzy własnych, spierzchniętych ust – Każdego dnia łapię kolejny, bezsilny oddech, wynurzając się na chwilę z tego całego szlamu, żeby tylko z powrotem pogrążyć się w tym całym szlamie. Każdego dnia, modlę się, żeby ten właśnie był moim ostatnim… Żeby nie trzeba było z kolejnym świtem podpływać ku powierzchni tylko po to, by zaczerpnąć zatęchłego powietrza w usta.

Otrząsnąłem się. Skąd u mnie takie myśli? Zawsze myślałem, że chleję ot tak… Bo co innego robić, kiedy jest się jedną z setek tysięcy pełzających larw w trzewiach Miasta.

Całe życie walczymy z naszymi instynktami, całe życie idziemy jak stado lemingów ku przepaści. Całe życie brniemy w gównie, licząc na to, że w ramach rozrywki dojdziemy kiedyś ku kałuży moczu.

Wstałem. Musiałem jak najszybciej zapomnieć o tych myślach.

-Gdzie cię niesie, pojebie? – zaskrzeczała Gośka – Mało ci?

-Mało. – burknąłem, zakładając płaszcz – Idę się napierdolić. I na kurwy idę – dodałem po chwili.

I powiem wam coś. Nawet ruszyło mnie sumienie gdy, wychodząc, usłyszałem jej zdradzający rezygnację szloch.

Nic z tym jednak nie zrobiłem. Brnąłem dalej w gównie. Tak było wygodniej i niosło nadzieję, że to brnięcie kiedyś się skończy.
VI.

Młoda kurwa wiła się z iście mistrzowską gracją. Krople potu perliście kryły jej wychudzone i naznaczone narkotykami ciało. Spod bujnej grzywy kręconych blond włosów łypała na mnie mocno umalowanymi oczyma. Co chwila wilżyła usta, pewnie po to by lepiej wypaść w swojej roli. I, musiałem przyznać, była w tym całkiem niezła.

Mruczała co chwilę w ekstazie, jakbym to faktycznie był jakimś Don Juanem tego burdelu. Pomijając kwestię, iż te komplementy były suto przez mnie opłacane, to druga już flaszka, którą wlewałem w swoje gardło utrudniała znacznie przypięcie mi takiej etykietki.

Nie przerywając miarowych ruchów biodrami, pociągnąłem spory łyk taniej wódki, po czym splunąłem gwałtownym strumieniem prosto na jej podskakujące, drobne piersi. Widocznie odebrała to jako element zabawy, przeciągnęła bowiem z lubieżnością czerwonym pazurem po moim torsie.

Czerwona lampka umieszczona przy łóżku kurwy dodawała wszystkiemu dodatkowego kolorytu. Dzisiaj zamierzałem poddać się całej tej walce.

Nie mogłem pojąć. Zamieniłem z całą tą cholerną Izą ledwie parę zdań. Tak naprawdę nawet mi się specjalnie nie podobała. No, może trochę. Ale nie mogłem opędzić się od krążących wokół dzisiejszego poranka, myśli.

Ta kobieta niosła w sobie coś niezwykłego, coś niszczącego umysł. Miałem już kilka przygód, zawsze z takimi jak ta nadziana teraz na mój członek dziwka. Iza miała jednak w sobie coś, co niepokoiło mnie i zastanawiało. Nie była tępą kurwą, to pewne.

Może nękało mnie sumienie, że trafiając na taką (znajdźcie uzasadnienie, ja nie potrafię) wyjątkową kobietę, potraktowałem ją jak kurwę właśnie? Że niby marnuję swoje życie, brnę w gównie? Że niby co?

Pędzące w stronę twojej świadomości szaleństwo to paskudne uczucie. Dlaczego spędzamy życie w tak nędzny sposób, wmawiając sobie, że tak trzeba? Dlaczego zawsze, kiedy mamy szansę to zrobić, życie pokazuje nam środkowy palec i wpycha z powrotem na zbudowane z fekaliów tory?

Ani wódka, ani seks nie potrafiły wybić ze mnie tych cholernych myśli. Czy nie widziałem sensu w życiu, czy może po prostu odkryłem, czym było ono naprawdę.

Moja egzystencja była niczym. Moja egzystencja była jak Miasto, pogrzebany za życia stwór, niemożny do zaczerpnięcia oddechu, gnijące i buchające trupim jadem monstrum. Żadne spełnienie zawodowe, miłosne, towarzyskie. Zostałem pożarty przez glebę Miasta, zaciągnięty siłą w kamienną trumnę i wwleczony w pusty, bijący robactwem grób.

Każdego dnia kolejna gruda opada na moją trumnę. Każdego ranka podła Śmierć głaszcze kościstą dłonią kamienne wieko, przeżywając niewyobrażalne rozkosze, marząc o moim cierpieniu. Każdego dnia podświadomie chcę umrzeć, a Ona każdego dnia pieści się moimi błaganiami.

Fala orgazmu nadeszła wśród tych wszystkich myśli zupełnie niespodziewanie. Szybko wyjąłem naprężony i gorący członek, spryskując jej brzuch strugami lepkiego płynu. Dysząc ciężko spojrzałem na baraszkujące na jej bladym ciele miliardy plemników.

Przykro mi, maluchy, pomyślałem, drugiego takiego popierdoleńca na świat nie wydam…
VII.

Niektórzy ludzie są jak katalizatory. Wydobywają z ciebie to, co prawdopodobnie siedzi w głębiach twego umysłu latami.

Niektórzy brną przez życie, będąc szczęśliwymi i cieszącymi się nawet z tego, że danego poranka nie pierdolnął cię spadający kamień, choć mógł. Niektórzy płaczą nad niespełnionymi ambicjami, innym po prostu brakuje partnera. Niektórzy cieszą się, bo osiągają wszystko, niektórzy płaczą i wieszają się z byle powodu.

Cholernie dziwny ten nasz gatunek, myślałem sobie, stojąc niepewnie na skraju mostu, wpatrując się w śnięte ryby pływające po rdzawej powierzchni rzeki. Blady księżyc rozświetlał moją zapijaczoną mordę w tak romantyczny sposób, że zakrawało to na niezłą groteskę.

Ziemia uginała mi się pod stopami. Tak naprawdę nie miałem najmniejszej ochoty umierać. Nie potrafiłem odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Nie mogąc znaleźć najmniejszego powodu do życia – żyłem.

Lata spędzone na niezliczonych libacjach, później urządzanych nie dla zabawy, lecz zapijania smutków. Małżeństwo z zupełnie niedobraną kobietą, wziętą dlatego, iż nigdy nie było mi dane zaznać czegoś takiego jak miłość. Brudny seks z setkami kurew, kończący się raz po razem kolejnym tryprem. Poranne wymioty, potoki żółci niszczące mój organizm i umysł.

Dlaczego jeszcze żyłem?

-Kochany – odezwał się nagle obok mnie głos. Głos krążący w mojej czaszce od samego rana. – Spokojnie. Nie pozwoliłbyś chyba, żebym nie miała najmniejszej radości istnienia? – Iza. Stała tuż za mną, cała w strugach deszczu. Rude strąki lepiły się jej do twarzy.

-C-co tu rrrrrobiszszsz… – wybełkotałem. Ot, ironia losu. Stoi przede mną kobieta, o której myślę przez cały dzień, a ja nie potrafię nawet wykrztusić słowa.

-Kochany- Iza zignorowała chyba moje pytanie. Może, gdybym je, kurwa, lepiej formułował… – Odmówiłbyś mi chyba kilku chwil przyjemności, rzucając się z tego mostu.

Stanąłem jak wryty. O czym ona, do kurwy nędzy, plotła? Wódka wyparowała z mojego organizmu momentalnie.
-Pozwoliłam ci spojrzeć na twoje bezwartościowe życie z innej perspektywy – ciągnęła. Z przerażeniem uświadomiłem sobie, iż nie mogę, nawet w świetle, dostrzec jej błękitnych oczu. – Bo, widzisz… Każdy musi mieć chwilę przyjemności. Potrzebuję cię, jako kochanka…

-Chcesz… żebyśmy poszli do ciebie? – zapytałem. Myśl taka wydała się intrygująca, acz coś w głębi duszy mówiło mi, że nie to miała na myśli.

Parsknęła perlistym śmiechem. Spojrzała na mnie, lecz w miejscu jej oczu pozostały czarne czeluście zapomnienia.

-Nie, kochany. Zostawię cię teraz ze swoimi myślami. To mnie najbardziej podnieca. – zamruczała, delikatnie gładząc się po ciele – Będę się pieścić, kiedy ty będziesz krążył po Mieście sam ze sobą. A kiedy już przestaniesz mi być potrzebny… Może po ciebie przyjdę… Może…

Padłem na kolana. Ciężkie łzy pociekły mi po policzkach. Stojąca obok mnie kobieta na tan widok wsunęła swoją drobną dłoń pomiędzy uda. Jej przyspieszony oddech wygrywał chaotyczne scherzo pośród otaczającej nas ciszy.

Spojrzałem w bijącą pode mną toń wartko płynącej rzeki. Jutro znów tu przyjdę. I pewnie pojutrze. I nic nie zrobię. Iza wiedziała o tym aż za dobrze.

Opierała się o barierkę mostu. Przeszywała ją właśnie pierwsza fala orgazmu.

Aeshtir 2006


To może być również interesujące:

Erotyczna kobieta Ossowskiej – galeria na Odcienie Czerwieni

Kobiety Brodziaka – galeria na Odcienie Czerwieni

Giles Vranckx i jego kobiety – galeria na Odcienie Czerwieni

Dotyk i zmysłowość w serii XConfessions Erika Lust

Inkuby, koszmary i „Nocna mara” Füssliego

Walery, hrabia Ostroróg, erotyka retro i akty naszych prababek


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

Dodaj komentarz