Osiemdziesiąt dni żółtych (Vina Jackson)

Osiemdziesiąt dni żółtych

Osiemdziesiąt dni żółtych (Vina Jackson) – zooza – literatura erotyczna recenzja

Osiemdziesiąt dni żółtych to pierwszy tom serii autorstwa dwojga autorów publikujących pod pseudonimem Vina Jackson. W rzeczywistości pani Jackson to finansistka z londyńskiego City aktywna na scenie fetyszowej oraz powieściopisarz i kolekcjoner erotyki.

Pierwszy tekst klimatyczny jaki przeczytałam od dobrych kilku lat. Przeczytałam Osiemdziesiąt dni żółtych, choć raczej bardziej odpowiednim określeniem byłoby pochłonęłam. Dlaczego? Dlatego, że sposób składania liter bliski jest mojemu sercu. Subtelna fabuła, nasycona dopracowanymi scenami i scenariuszami. Delikatna rozbieżność postrzegania zdarzeń wypowiadana ustami głównej bohaterki od tej, której autorem jest mężczyzna, ale bez dysonansu. Spójne historie, jedynie akcenty przyłożone w innych miejscach.

Mistrzowsko pokazane to, co sobie cenię w tekstach czyli dbałość o detale oraz wykorzystanie przedmiotów, pozornie, aseksualnych i nieerotycznych. Wplecione w osnowę historii tworzą ciekawy wzór. Motyw skrzypiec, które są, umierają i rodzą się na nowo. Zachwyt nad instrumentem, opis barwy drewna, retrospekcyjne przybliżenie wcześniejszych losów skrzypiec – nazwisko właściciela, certyfikat.

Z rozmysłem wybierana scenografia – plenerowa scena na wrzosowisku, mroczna krypta czy choćby gabinetowe biurko. I za każdym razem element kontrastowy. Zdjęte, w czasie podróży przez wrzosowisko, szpilki i dotyk bosej stopy, nagiej skóry. Metalowa plecionka krzesła zestawiona z rozedrganą kobiecością i wysączająca się z niej płynną męskością. Ciepła gładkość drewna biurka, na niej gorące ciało a nad nimi światło przywołujące na myśl stół operacyjny.

Wątek nowojorski jawi się jak mroczna strona – skreślony zupełnie bez zmysłowości, niemal technicznie, a w każdym razie sztampowo. Nie pasuje do delikatnego klimatu całości opowieści. Jest wtrąceniem stereotypowego opisywania dominacji i uległości, w którym to tej pierwszej przypisano rolę bohatera negatywnego. Nic, powtarzam nic, nie budzi sympatii do głównej postaci męskiej tego wątku, który bez wahania nazwę odarciem uległości z cudownej aury, którą emanuje. Dominacji, która depcze buciorem wszystko wokół, w sobie tylko wiadomym celu. Dominacji, która nie jest niczym więcej niż karmieniem własnego ego. Z tym większym szacunkiem chylę czoła przed triumfem uległości.

Może odrobinę zbyt pobieżnie przedstawiona londyńska scena fetyszowa ale może właśnie  dzięki temu lekturę można polecić całkiem waniliowemu czytelnikowi jako pozycję wprowadzającą w klimat. I jako taką zdecydowanie polecam.

Recenzja tomu drugiego

.

autorka: zooza


Powiązane:

Dzielnica występku (Mario Vargas Llosa)

Lesbos (Kathleen Warnock)

Go-Go Club (Daria Dużyńska)

Języki i kolczyki (Hitomi Kanehara)

Skok Safony (Erica Jong)


To może być również interesujące:

Consent musi być – o bezpieczeństwie w relacjach BDSM cz. 2

Merz: Jestem całkiem spokojną wariatką

Kobiety Brodziaka

Never more opowiadanie erotyczne 

Public relations opowiadanie erotyczne 


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zaobserwujesz nasz funpage, żeby być ze wszystkim na bieżąco.

3 myśli na temat “Osiemdziesiąt dni żółtych (Vina Jackson)

  1. Przeczytałam pierwsze trzy tomy. W moim odczuciu pierwszy najlepszy. A mówiąc o serii „Osiemdziesiąt dni” na myśl przychodzą mi skrzypce, Vivaldi, uległość i… szminka. Szminka, która służy do kolorowania nie tylko ust.

  2. Jak to się stało, że do tej pory nie wpadło mi to w ręce?
    Tak dobra opinia od dwóch recenzentek daje nadzeję na literacką ucztę.

  3. Przeczytałam tylko drugi tom – „Osiemdziesiąt dni niebieskich”. Przypadkowo wpadł w moje ręce. Cała seria zebrała bardzo skrajne recenzje na różnych blogach. Dosadne, perwersyjne, a nawet obrzydliwe. Zapewne szokująca tych, którzy przywykli do lukrowanej erotyki. Ja, jako waniliowa czytelniczka nie czuję się jakoś szczególnie zbulwersowana. Przeczytałam bez rumieńców :-) Jednak niezbyt odpowiada mi trend, który zapanował wśród autorów, by rozbijać opowieść na kilka części. Zazwyczaj efekty są mizerne. Jedna dobra część nie obroni kolejnych, bardzo słabych.

Możliwość komentowania jest wyłączona.