Animadea

Muzyka i seksAnimadea – Aesthir – opowiadanie erotyczne

I.

Palce nerwowo przebiegały po cienkich strunach skrzypiec. Druga dłoń delikatnym vibrattio smyczka przemknęła po smukłym ciele instrumentu, wydając na świat cichą, przejmującą melodię. Z przyklejonej niemal do korpusu skrzypiec delikatnej twarzy dało się słyszeć rwany, świszczący oddech, gdy strumień krystalicznych nut obiegł odrapane ściany maleńkiego pokoiku przy Krakowskiej czternaście. Oddech wzmógł na sile, wraz z przechodzącym w crescendo pasażem, gdy Kazimierz Blaumann stanął tuż za nią.

– Beethoven – zaczął, a wraz z chrapliwym głosem jego usta uwolniły chmurę przepełnionego cebulą odoru. – Jak sądzisz, Julio, jak spojrzałby na twoją interpretację Ludvig van Beethoven?

Przestała grać. Drżącą dłonią odjęła skrzypce od twarzy, czując jak szlachetne drewno odcisnęło się na jej bladej skórze. Położyła je na hebanowym biurku i spojrzała swymi wielkimi, szmaragdowymi oczyma w pomarszczoną twarz starca. Jej mała, niemal dziecięca twarz odbijała się w ciemnych tęczówkach muzyka. Pomyślała sobie o małym zającu, który utknął we wnykach i teraz oto spogląda w ociekający śliną wilczy pysk. Tak, tak właśnie się czuła.

– Pozwól, Julio… – Blaumann nie czekał, aż mały zajączek wyksztusi swoją odpowiedź. Sięgnął po partyturę. – Przeczytaj, proszę, jaką tonację wybrał wielki Ludvig do tego utworu?

Wilczy pysk ociekał sarkazmem.

– Adaggio – szepnęła skrzypaczka.

– Adaggio! – wrzasnął starzec. Szkieletowate dłonie zatańczyły nad jasną burzą włosów Julii Korleckiej – Wielki Beethoven sam stwierdził, że do tego utworu najlepiej pasuje adaggio! Czemu go poprawiasz? Czy chcesz być lepsza od wielkiego mistrza?

– Nie, panie Blaumann… – pisnęła cicho drobna kobieta, drżącymi rękoma znów sięgając po skrzypce. Nawet nie zauważyła, kiedy w ręku Blaumanna zmaterializowała się dyrygencka batuta. Przeraźliwy świst przeciął powietrze. Na dłoni Julii pojawiła się czerwona pręga. Syknęła z bólu, zaciskając powieki.

– Nie jesteś godna, by grać na tym instrumencie, panno Korlecka. – warknął – Nigdy nie zostaniesz wielkim muzykiem. Twoje ucho przypomina betonową płytę. A twoje serce głaz, z którego nie można wydobyć nawet głuchego dźwięku. Nie potrafisz nawet utrzymać tempa. – fale ciepła wydobywającego się spomiędzy spękanych warg muskały jej ucho, kiedy Kazimierz Blaumann nachylił się nad nią.

– Zostaw teraz mnie, moje instrumenty i moją muzykę. Ty nigdy nie dostrzeżesz wielkości, która ukryta jest w nutach. Dla ciebie na zawsze pozostaną to kropki i kreski, zapisane na starym pergaminie.

Korlecka zatrzepotała rzęsami, bynajmniej nie w zalotnym geście. Szkalne tafle przesłoniły jej piękne oczy. Blaumann, sam przypominający pergamin w nie mniejszym stopniu aniżeli swoje partytury, uśmiechnął się gorzko.

– Widzisz, Julio – obniżył nieco ton głosu – wielcy muzycy zawsze, ale to zawsze, mieli w sobie przekleństwo szaleństwa. Ten obłęd, Julio, był dłonią Boga, która uchylała im kotarę rzeczywistości i prowadziła do nowego, wspaniałego świata. Ten sam wszechmogący Bóg nakazał im następnie, by opisali to, co dzięki Niemu ujrzeli. W najdoskonalszy sposób, jaki dany jest człowiekowi – poprzez dźwięk.

Korlecka wstała, mimowolnie spuszczając wzrok. Blaumann wyciągnął z szuflady biurka paczkę tanich, aromatyzowanych papierosów i zapalił. Malutki pokoik malutkiej kawalerki momentalnie wypełnił się ciężkim, gryzącym dymem. Mimo, że emerytowany dyrygent przypominał wyschnięty korzeń mandragory, aura majestatu promieniejąca wokół niego sprawiała, że w oczach dziewczyny przybierał postać powstałego z Piekieł demona.

– Ten dźwięk niewielu może usłyszeć – ciągnął demon o wilczej twarzy – a jeszcze mniej odtworzyć. Nie wspominam już nawet o stworzeniu własnego obrazu Elizjum, gdyż to dane jest tylko garsteczce pomazańców Bożych. Droga Julio – wyciągnął kościsty szpon w jej stronę – Tobie nie przysługuje nawet najpierwotniejszy z darów Stwórcy, czemu więc miałbym poświęcać swój czas na oglądanie twojej osoby?

Bo cię kocham, stary skurwysynie, pomyślała Julia Korlecka.

II.

Minęły już trzy godziny, od kiedy młoda skrzypaczka bez słowa opuściła izdebkę przy Krakowskiej czternaście. Siedząc w barze z ociekającym szronem kuflem piwa w dłoni, rozmyślała nad swoim brakiem obłędu.

Nawet zawsze skorzy do podrywu barmani omijali szerokim łukiem czarne chmury nad głową, niebrzydkiej przecież, Julii Korleckiej. Gorejące ogniki jej zielonych oczu lustrowały spływające po szklanej ściance kufla krople. Wypity alkohol szumiał lekko w głowie, ale nawet on nie był w stanie tłumić wrzasków, które odbywały się pod kopułą jej czaszki.

Blaumanna poznała przypadkowo, na kolacji u swoich rodziców. Wcześniej słyszała tylko o nim, jako o sławnym kompozytorze. Dumie Pomorza. Wielkim muzyku. I tak dalej. Kiedy zwierzyła mu się, że gra trochę na skrzypcach, zgodził się udzielać jej lekcji.

Nie miała zielonego jak jej oczy pojęcia, jakim cudem ten rachityczny, cuchnący cebulą i tanimi papierosami choleryk budził w niej tak gorące uczucia. Przestała odpowiadać sobie na to pytanie, uznając że i tak nie zmieni to jej fatalnej sytuacji.

W czysto atawistycznym pragnieniu krążyła wokół niego, całymi nocami odciskała sobie palce od cienkich strun, by tylko opanować sztukę grania. Ćwiczyła pasaże, flażolety, gamy, skale i cokolwiek, co tylko pozwoliłoby jej osiągnąć zadowalający Blaumanna poziom.

Stary muzyk nie reagował na jej urok osobisty („nie za chłodno się ubierasz jak na tę porę roku, droga Julio?”), nasycone feromonami perfumy, których używała („bądź łaskawa nie korzystać z tej cuchnącej eau, droga Julio”), zmysłowy chód i powłóczyste spojrzenie („Julio, czy ty, dziecko, nie piłaś dziś alkoholu?”). dla niego liczyła się tylko muzyka. A kiedy Julia Korlecka obnażała swoją indolencję w tej dziedzinie, Blaumann z nobliwego dyrygenta przemieniał się w potwora.

Może jest pedałem, podsuwała taką możliwość Agnieszka, przyjaciółka Julii ze studiów. Nie był nim, tego była pewna. Był stetryczałym, cuchnącym kompozytorem, żyjącym tylko stetryczałymi, cuchnącymi kompozytorami. Martwymi w dodatku, jak jego uczucia.

Miała do wyboru albo porzucić swoje pragnienia o zdobyciu Blaumanna, albo też wzbić się na wyżyny wirtuozów klasyki. Na swoje nieszczęście wybrała to drugie…

Klepnięcie w ramię wyrwało ją z zamyślenia.

– Co tam, Julka? – Agnieszka Matusiak wypełniła bar perlistym śmiechem. Puściła oko do wpatrzonego w nią jak w obraz barmana, po czym przysiadła się obok niej. – Ooo… Się wypiło, laska? – oceniła fachowo, patrząc w mętne oczy Korleckiej.

– Pfrl… – wyburczała Julia, starając się nie spoglądać w wesołe oczy pięknej brunetki. W przeciwieństwie do całej męskiej części przesiadującej w lokalu.

– Już wiem! – strzeliła palcami dziewczyna, odgadując przyczynę marsu na twarzy koleżanki. – Znowu zjebał cię ten stary Żyd? Przejmujesz się?

Nie wiedzieć czemu, przywołanie narodowości muzyka wywołało w Korleckiej falę złości, połączonej dziwacznie z żądzą. Nie potrafiła, albo nie chciała, tego wytłumaczyć. Postanowiła zrobić dobrą minę do złej gry.

– No… – mruknęła – przyjebał mi w rękę batutą, bo pomyliłam tonację – parsknęła sztucznie modulowanym śmiechem. Wypadło to żałośnie.

– Masz problemy, laska. – skwitowała Agnieszka i zwróciła swoje opalizujące oczy w kierunku nadchodzącego barmana – Piwo dla mnie i koleżanki, skarbie. Warką nie wzgardzimy, kochanie? – pytanie trafiło w zamyśloną znów Julię z siłą karabinu. Skinęła głową.

Przez kolejne zakrapiane godziny Julia i Agnieszka wymieniały rozmaite, krążące wokół najniższych partii podłogi, tematy. Kiedy dochodziła północ były już mocno wstawione i odcięte od rzeczywistości.

III.

Cuchnąca potem męska dłoń przygniatała ją do zatęchłego seksem łóżka. Walcząc z kotłującym się w jej obolałej głowie koncertem sekcji dętej, Julia Korlecka delikatnie, drżąc z zimna, zsunęła się z łóżka.

Nago przeszła do łazienki, by obmyć opuchniętą twarz. Nieznany jej orangutan, z którym zdarzyło się jej spędzić noc, chrapał w najlepsze. Próbując za wszelką cenę utrzymać równowagę, chwyciła się krawędzi umywalki.

Z lustra wyzierała żałosna twarz dwudziestoczteroletniej kobiety. Każdy centymetr owej twarzy mówił: „nigdy, kurwa, więcej alkoholu”. Obmyła ją z nieczystych myśli, po czym wróciła do pokoju, by znaleźć chociażby własną bieliznę. Czuła się obolała przy każdym kroku, co oznaczało, że wieczór skończył się wyjątkowo intensywnie. Będę musiała się zbadać, pomyślała.

Czuła się fatalnie. Z każdą minutą jej życia przypominano jej, że owe życie jest kompletnie do dupy. Była zła na Agnieszkę za pijackie wyskoki, była zła na Blaumanna, że to z jego powodu doprowadziła się do takiego stanu, była zła na samą siebie za to, że jest samą sobą.

– Pieprzę, pieprzę, pieprzę… – wycharczała, zakładając majtki. Cielsko leżące za nią przewróciło się na długi bok.

– Co? – bełkotliwy bas rozbrzmiał za jej plecami. Jednocześnie poczuła, że wielka łapa przeprowadza desant na jej lewą pierś. Odparła atak i wstała z łóżka, wciąż dygocąc w postalkoholowym delirium.

– Gówno. – odpowiedziała rzeczowo. Nie budząc wtulonej w inne małpowate barachło Agnieszki, ubrała się i cicho opuściła, jakże by inaczej, pokój w akademiku.

Idąc szarymi jak jej myśli ulicami i wsłuchując się w poranne rozmowy ludzkości, Julia Korlecka z trudem otulała się w kotarę rzeczywistości. Tego dnia miała ćwiczyć jeden z walców Brahmsa na fortepian. Nienawidziła Brahmsa podobnie jak nienawidziła fortepianu, wiedziała jednak, że nie miała innego wyjścia.

Po drodze kupiła butelkę maślanki, żeby wypłukać zalegający w jej organizmie aldehyd octowy. Pochłonęła ją jednym haustem, co nie zmieniło faktu, że w jej mózgu nadal orkiestra dęta wygrywała w najlepsze.

IV.

Późnym wieczorem, otulona jedynie w satynową koszulkę i płaszcz własnej depresji, Julia Korlecka siedziała na skraju łóżka, mocno ściskając w dłoniach swoje znienawidzone, a jednocześnie ukochane skrzypce.

Strojąc je, wyobrażała sobie, jak jedna z mocno napiętych strun pęka nagle i trafia ją w twarz. Wyobraziła sobie, jak cienki jak włos nylon pozbawia ją wzroku, celnie za jednym zamachem wyłupując jej oczy. Wyobraziła sobie spływające po twarzy białko gałek ocznych i upragnioną ciemność. Ciemność odgradzającą ją od świata pełnego koszmarnych obrazów.

Od obrazu Kazimierza Blaumanna w pierwszej kolejności.

Trzy czwarte, gama minorowa.

C przechodzi w F. Nuta za nutą, dźwięk za dźwiękiem. Wiele by dała, by ogłuchnąć. Jak nieszczęśliwy Beethoven. Żeby już do końca życia odseparować się od tych dręczących jej głowę dźwięków. pozostać ślepą, głuchą i niemą. G.

Crescendo.

Alto adaggio.

Znów C. Kurwa mać.

Cisnęła skrzypcami o podłogę. Smutne jęknięcie wydane przez instrument było jedyną odpowiedzią na nagromadzony w Julii żal. Spojrzała na wypolerowany kawałek drewna, spoczywający na wykładzinie. Znowu będę musiała stroić to cholerstwo, przemknęło jej przez głowę.

Może tym razem wyłupie mi oczy.

Podeszła do odtwarzacza. Włączyła Bacha, jednego z nielicznych, którego mogła strawić. Usiadła na łóżku, przymknęła oczy.

Przeklęty, przeklęty Blaumann. Cuchnący czosnkiem, stary Żyd. Pieprzony obrzezaniec. Pewnie w młodości miał pejsy. Pierdolony goj. Obrzezany chuj.

Nawet nie zauważyła, kiedy jej własna dłoń wsunęła się między ociekające wilgocią uda. Wraz z kolejnymi nutami, wygrywanymi przez Londyńską Orkiestrę Symfoniczną, kolejne delikatne palce wsuwały się w jej wrzące wnętrze.

Kiedy sekcja dęta obwieściła kontaminantę, delikatnie rozchyliła płatki warg, pozwalając kąpać się im w ściekającej wilgoci. Kiedy skrzypce rozpoczęły sotto voce, ujęła kciukiem i palcem wskazującym nabrzmiałą łechtaczkę, rytmicznie ją uciskając. Kiedy mistrzostwo polifoniczne Bacha osiągnęło apogeum, położyła się na miękkiej kołdrze, masując wolną dłonią nabrzmiałe sutki.

Jej palce wygrywały każdy możliwy w tonacji dźwięk, błądząc przez niezbadane ścieżki rozkoszy. Kiedy opus Bacha przeszedł w prawdziwą burzę melodii, ona wiła się na łóżku, znacząc wilgotną ścieżką swoją podróż po ogrodzie euforii.

C przechodzi w F.

Molto allegro.

G.

Krzyk szczytującej kobiety niósł się dźwięcznym dirge przez krainę stworzoną dłonią młodej skrzypaczki.

Kazimierz Blaumann nawet tego nie zauważył.

V.

– Nie mogę, panie Blaumann – obwieściła w progu.

Stary muzyk podniósł głowę. Przypominała pomarszczony, płócienny worek. W półmroku jego oczy błyszczały złowrogo.

– Wiem. – To było jedyne na co było go stać. Drgnęła, ukłuta wrzącą igłą gniewu. Słynącego z wielkich zdolności oratorskich dyrygenta stać było tylko na proste „wiem”? Drań.

– Nie nauczę się szaleństwa, o którym pan mówi, panie Blaumann – podjęła rozmowę, mimo wrzącego w niej gniewu. – Nie jestem zdolna do wejścia w świat muzyki, o którym pan mówi. Nie kocham jej, tak jak pan. Przykro mi z tego powodu.

Twarz starego człowieka skryła chmura sinego dymu, gdy dmuchnął nim w jej stronę. Zmrużył swoje świńsko – demoniczne oczka. Nadal kryjąc się w półmroku lampki nocnej, wyciągnął dłoń w jej stronę.

– Podejdź, dziecko, o tu, proszę… – zachęcił ją gestem, wskazując na lezące koło statywu skrzypce. – Weź je proszę do ręki i zadaj IM pytanie, czy to ONE chcą cię pozbawić możliwości zwiedzania ich cudownej krainy symfonii. To ty jesteś narzędziem w ich ręku, droga Julio. Nie odwrotnie. Podejdź.

Usiadła. Chłodne drewno instrumentu wywołało u niej dreszcze, kiedy przytknęła go do brody. Odetchnęła z ulgą, stwierdzając, że instrument jest nastrojony.

Nienawidziła stroić skrzypiec.

– Co mam zagrać, panie Blaumann?

– Co tylko zechcesz, droga Julio – z tajemniczym półuśmieszkiem odparł Kazimierz Blaumann. – niech twe palce przetną barierę dzielącą piękno muzyki od zatęchłej rzeczywistości.

Bach. Ujęła gryf, pozwalając delikatnym dłoniom, podobnie jak zeszłego wieczoru, samym znaleźć wrażliwe miejsca. Podążyła kwiecistymi ścieżkami perłowych nut. Kazimierz Blaumann słuchał z (udawaną?) aprobatą.

Stanął za nią. Bardzo blisko, zerkając na jej przekrzywioną głowę, zaciśnięte oczy o długich rzęsach, na gwałtowny taniec długich palców. Czuła jego oddech na swoim karku i ciepło, przesuwające się w okolice podbrzusza. C…

G… Czuła, jak twardniejące sutki napierają na obcisłą („wyuzdaną”) bluzkę.

Znów C. Jej oddech stał się przyspieszony. Zacisnęła uda.

Szlag…

– Co to było? – syknął Blaumann – Julio Korlecka, odpowiem ci, był to największy fałsz, jaki słyszałem w życiu.

Odłożyła skrzypce. Ciężko oddychając próbowała wykrztusić słowa przeprosin. Ręce jej drżały.

– Widzisz, Julio – Blaumann zapalił papierosa – można się wyuczyć dźwięków, można też wydobyć je ze swojej duszy. Przez krótką, acz chwalebną dla twojego życiorysu, chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że oto widzę piękną niewiastę, wydobywającą z siebie prawdziwy strumień muzycznego obłędu, tak ceniony wśród wielkich.

– Opuść ten pokój – burknął stanowczo – nie jesteś godna dzierżyć tych skrzypiec. Przynosisz mi hańbę, jako nauczycielowi. Do końca życia, zapamiętaj, będziesz w najlepszym wypadku rzemieślnikiem, pozbawionym ukrytego za horyzontem świata pejzaży rozkoszy…

– Gówno wiesz o rozkoszy, pierdolony kutasie! – wyrwało jej się z krtani. Rzuciła się na starucha z rozczapierzonymi paznokciami. Przez krótką chwilę pozwalał jej orać swoją szarą twarz paznokciami do krwi. Po tym jak pozwolił jej na ten krótki wybuch, z siłą która ją zaskoczyła, uderzył ją na odlew w twarz.

– Żydowski chuj… – załkała, wybiegając z pokoiku przy Krakowskiej czternaście.

Kazimierz Blaumann spokojnie sięgnął po papierosa, nasłuchując gwałtownych kroków zbiegającej po schodach dziewczyny.

– Niech pochłonie cię muzyka, najdroższa. – mruknął sam do siebie, patrząc w pustą przestrzeń.

VI.

Gęsta krew tętnicza płynęła powoli na wyłożoną kafelkami podłogę. Jej twarz ociekała łzami. Nie ma innego wyjścia, powtarzała samej sobie.

Niedobry Bóg zabronił dostępu do bram Niebios Dźwięku, może w Swej nieskończonej litości wpuści ją, pośmiewisko gatunku ludzkiego, za bramy Edenu po śmierci.

Delikatne dźwięki Brahmsa płynęły wraz z powiększającą się kałużą karmazynu. Wsłuchiwała się w połączony rytm melodii, pieśni krwi i pieśni człowieka.

Życie uciekało z niej każdą nutą. Żeglowała po łąkach zbudowanych z czystego dźwięku, nurzała się w szkarłacie utoczonym ostrzem szaleństwa. Jej ciało pieściły kolejne pasaże, kolejne orgazmy wstrząsały nią z każdą kolejną symfonią.

Odgłos kropel uderzanych o podłogę był niczym kotły, obwieszczające koniec i początek zarazem wielkiego dzieła.

Ostatecznej symfonii śmierci.

Utuliła tę krwawą kotarę, pozwalając by dobry Bóg swą nieskończenie dobrą dłonią uchylił jej rąbka, otwierając przed nią nowy, wspaniały świat.

Szlochała ze szczęścia, łącząc się w jedno z muzyką Brahmsa, Wagnera, Beethovena i wszystkich innych wielkich. Ona, Dusza Boga.

Słuchając Brahmsa, nie usłyszała, jak ktoś chrapliwym głosem wzywał karetkę.

VII. 

– Jak, moje dziecko, zniosłaś tą szalenie – podkreślił to słowo – trudną i niebezpieczną drogę?

Julia Korlecka nie odpowiedziała. Otwartymi oczyma wpatrywała się w biały sufit. Kazimierz Blaumann podniósł się z krzesła z wyraźnym trudem. Opierając się o lasce, spojrzał na nią raz jeszcze.

– Długą i ciernistą była twa droga ku prawdziwemu pięknu, Julio. Niektórzy, bardziej oporni, jak ty, muszą poznać tajemnicę Ostateczności, by Bóg wskazał im, gdzie kierować mają swe uszy.

Skierował się do wyjścia. Leżąca na szpitalnym łóżku dziewczyna miała oczy pełne łez. Mimo zakazu zapalił papierosa.

– Ciesz się, Julio. – mruknął – nie każdy doznał zaszczytu obejrzenia muzycznego Elizjum. To dar od Boga. Naucz się go cenić. Ja… – głos mu się załamał – Ja nigdy nie miałem takiej szansy, ani odwagi.

Wielkie, lśniące kule ściekały po twarzy skrzypaczki. Usta wykrzywił trudny do opisania grymas.

Blaumann zatrzymał się w drzwiach.

– Kocham cię. – szepnął, stojąc do niej wciąż plecami.

Nie otrzymał na to żadnej odpowiedzi.
.
autor: Aesthir

Dodaj komentarz