DELIRÉ DE NÉGATION

Noir - opowiadanie erotyczneDelire de negation – Aesthir – opowiadanie erotyczne

I.

Oślepiający blask jarzeniówki raził boleśnie opuchnięte oczy wychudłego, bladego człowieka, przypiętego skórzanymi pasami do szpitalnej kozetki.

Przenicowane siatką zmarszczek małe, kościste palce przebierały w miejscu nerwowo, wybijając o skórzaną tapicerkę głuche stacatto, w rytm bijącego bojaźliwie serca. Jego klatka piersiowa unosiła się co chwila gwałtownie, pulsując chaotycznie, niczym wór martwego ciała, wypełnionego grobowym czerwiem.

Naprzeciw niego odbijało się uosobienie jego wszelkich koszmarów. Dwa połyskujące i bijące chłodem szkła, smagające jego chorą tkankę mózgową przenikliwym bólem. Kryjąca się za bliźniaczymi taflami twarz nie zdradzała żadnych emocji.

Miasto zawsze skrywało swe emocje.

Chory spojrzał na długopis, którym siedząca naprzeciw niego postać delikatnie głaskała się po otulonym w nylon udzie. Poruszające się nieskoordynowanym, szaleńczym pląsem oczy pacjenta śledziły bezustannie ów mały przedmiot, pieszczący szczupłą nogę lekarki. Kiedy delikatna, gładka dłoń uniosła się, kierując narzędzie wprost przed twarz mężczyzny, ten zatrząsł się w panicznych konwulsjach, niczym przy porażeniu prądem.

Rzucające śmiertelnie białe refleksy szkła zsunęły się odrobinkę, ukazując parę wąskich, błyszczących jasnym błękitem oczu. Budzący niepojętą grozę długopis zbliżył się ku przypominającej obciągniętą czaszkę twarzy chorego. Świszczący oddech obiegł nagie, białe ściany izolatki, atakując z nadnaturalną furią wiążące go ściany piekielnego więzienia.

Chory wcisnął się głębiej w zimną, brązową skórę kozetki, kiedy narzędzie dotknęło jego nosa. Jasne światło lampy rzucanymi błyskami uwydatniło spływające po policzkach łzy. Szeroko otwarte, naznaczone krwią oczy błagały o litość.

– Boisz się mnie? – głęboki, ciepły głos kobiety kontrastował z chłodną groźbą zawartą w fali altu, wypływającego przez zaciśnięte usta lekarki.

– Nienawidzę… – wychrypiał zapytany, gromadząc w swym atroficznym ciele wszelkie siły, dla wyrzucenia z siebie prostej odpowiedzi.

Upierścieniona dłoń kobiety zacisnęła się silniej na poręczy fotela. Jej oddech stał się przyspieszony, a wycelowany niczym broń długopis zadrgał nerwowo. Przytroczony do kozetki chory wzdrygnął się mimowolnie.

– Twoja nienawiść jest czymś uzasadniona? – mruknęła drobna postać przykryta raniącą oczy kotarą białego światła. Jej głos stał się chrapliwy i gwałtownie rwany, jakby jej mózgiem targnęła nagle fala emocji.

– Nienawidzę cię, dziecię Miasta. Nienawidzę każdego cherlawego płodu, które wychynęło z opasłych ud Babilonu, plugawiąc dane nam królestwo swoim szlamem i cuchnącym istnieniem. – z niezwykłą płynnością wyksztusił z siebie chory, zaskakując lekarkę swoją zmianą, katatonicznej do tej pory, postawy. Zmrużyła lekko oczy, ukryte za pancerzem okularów.

– Sam nie jesteś, jak to raczyłeś określić, dziecięciem? – zapytała, starając się nadać tembrowi swego głosu możliwie jak najbardziej obojętny ton. Chory skinął głową – Więc… – ciągnęła – Jeżeli nie szkodzi ci mordowanie i nienawidzenie innych tylko z racji swej genesis, czy nie powinieneś również zakończyć swojego życia?

Chory niespodziewanie szarpnął swym ciałem. Krępujące go więzy zaskrzypiały niepokojąco. Kobieta mimowolnie cofnęła się, przewracając stolik z medykamentami. Kilka strzykawek przeturlało się po wykafelkowanej podłodze, dziko odbijając swymi szklanymi ciałami padające promienie lampy jarzeniowej. Białe ściany odbiły i zwielokrotniły echem bestialski wrzask, nagle uwolniony z trzewi pacjenta.

– Jam jest mesjasz! – wychrypiał. – Uwolnij mnie i wypierdalaj! – rozległo się szaleńczym vibrattio w uszach lekarki. Kobieta otrząsnęła się z pokrywających jej kitel rozlanych lekarstw, po czym upewniwszy się, że pasy wytrzymają, zbliżyła swoją szczupłą twarz ku choremu.

– Wątpię – wymruczała. Nozdrza pacjenta owionął słodki zapach, wydobywający się spomiędzy pełnych warg kobiety. – Porozmawiamy jutro, mój drogi. Zaczynasz mi się podobać… – mrucząc niczym kotka, otarła się drobnym ciałem o skrępowanego człowieka.

Oczy chorego rozszerzyły się z przerażeniem, kiedy cienka jak włos igła wypełniona elavilem przebiła jego szarą jak pergamin skórę. Środek antydepresyjny wtargnął do jego chudego ciała, szarpiąc za zbolałe nerwy niczym dzikie zwierzę.

Chciał wrzasnąć, że to na nic, ale objęły go aksamitne skrzydła Hypnosa i porwały w otchłań. Doktor Dominika Junt pogłaskała go po chropowatym policzku. W głębi jej drobnego ciała kotłowały się wściekłe hormony.

Kiedy tylko „mesjasz” odsłoni przed nią swoją opętańczą osobowość, ona osiągnie szczyt.

II.

– To na nic, Dominiko… – mruknął stary Grzegorz Zalewski, mieszając łyżeczką ukrytą w swojej dłoni tysiącletniej mumii parującą kawę – Nie wiem, dlaczego tak bardzo interesuje cię ten przypadek… Typowy przejaw schizofrenii…

Dominika Junt usadowiła się wygodniej w oparciu pluszowego fotela. Zdjęła okulary, przeszywając stalowym wzrokiem stetryczałego dyrektora placówki. Zgrabnymi palcami sięgnęła po papierośnicę. Kiedy elegancką przestrzeń gabinetu owionęła chmura błękitnego dymu, odezwała się perlistym altem.

– Nie zgadzam się – mruknęła, wydymając zmysłowo pełne usta – Jest w tym pacjencie coś, co nie pozwala mi spać. Gdyby nie te nagłe wybuchy agresji, przypisałabym mu zwykłe napady manii paranoidalnej… Choć tu jest jeszcze coś więcej…

– Zapewne… – mruknął Zalewski. Kpina w jego głosie musiała być aż nazbyt wyraźnie słyszalna, bowiem atrakcyjna lekarka poruszyła się niespokojnie w swoim fotelu. Założyła okulary, pozwalając by błyszczące tafle szkła skryły zaniepokojone oczy.

Cały szpital wiedział o dziwacznych upodobaniach Dominiki Junt.

– Dyrektorze – mruknęła niepewnie lekarka – proszę mi dać jeszcze kilka spotkań. Pamięta pan ten przypadek z siedemdziesiątego szóstego? Johanna Ewersa?

– Pamiętam – dyrektor podrapał się po łysej czaszce z zakłopotaniem – faktycznie ciekawy przypadek. Ten od porwania przez obcą cywilizację?

– Otóż to – skinięciem głowy potwierdziła Junt – Bogactwo szczegółów jego wizji zadziwiło ówczesnych badaczy przypadków schizofrenii. Siedem pełnych opisów krain geograficznych, zasób leksykalny zupełnie obcego gramatycznie słownika dziesięć tysięcy jedn…

– Wiem, Dominiko. – machnięciem ręki przerwał wyliczankę Zalewski – Nie wydaje mi się jednak, by ten bełkoczący przypadek był odpowiednikiem Ewersa. Jego wizje zbawiania świata od… czekaj… – sięgnął do notatek, rozpościerających się na mahoniowym biurku – „parszywej flegmy, zaściełającej zepsuty Miastem świat”… Ta majuskuła przy słowie „miasto” to… – pytanie zawisło w powietrzu.

– Jego prośba. – rzuciła krótko lekarka. Ironiczny ton starego dyrektora drażnił ją niemiłosiernie. – To jakaś jego wizja, od której musi nas oczyścić. Nas, jako społeczeństwo. Co ciekawe, opisuje owo „Miasto” z niezwykłą precyzją. Zbyt dokładnie, żeby mogła to być jedynie poetycka metafora…

– Podajesz mu elavil? – zmienił nagle temat Zalewski. Dominika skrzywiła się. To było zupełnie w jego stylu. Skinęła głową. – Coś jeszcze?

– Prozac. – mruknęła – Muszę go odciągnąć od tych psychotycznych myśli, ale nie chcę mu robić papki z mózgu. Badania PET wykazują jako taką stabilizację fal teta…

– Więc… to… Miasto… – burknął znad papierów stary dyrektor – Jest ucieleśnieniem całego zepsucia? Współczesnym Babilonem, jak on to opisuje? Wytworem bitego w młodości chłopca – pogarda w jego zniszczonym papierosami głosie osiągnęła apogeum.

– Nie, doktorze – szepnęła Dominika Junt – Miasto to my.

III.

Serce biło jej coraz mocniej, kiedy smarowała skronie pacjenta specjalną mazią, przepuszczającą elektryczność. Jej świszczący z podniecenia oddech łączył się w opętańczym tańcu z chrapliwymi odgłosami, wydawanymi przez chorego. Jego rozbiegane oczy obserwowały młodą lekarkę bezustannie, kiedy przypinała elektrody.

– Nie wierzy mi pani – wyszeptał tak nagle, że zaskoczona lekarka omal nie wypuściła przewodów z rąk – Twierdzi pani, że jestem szaleńcem… Że moja rola jest daremna… Że pulsujące wokół mnie tętnice przepełnione fekaliami i odpadami nie zasługują na oczyszczenie…

– Wykonuję tylko polecenia doktora Zalewskiego – z niechęcią odpowiedziała Dominika Junt – To on stwierdził, że terapia lekami jest nieskuteczna…

– Pani doktor… Nie da się wyleczyć osoby, która nie jest chora… – wysapał – To wy jesteście przesiąknięci okrywającą wasze ciała flegmą pierwotnego Babilonu…

– Wciąż tylko opowiadasz mi o zepsuciu i flegmie – lekarka zetknęła swój wzrok z jego, delektując się wonią ciała chorego. Pomiędzy udami poczuła ciepło. – Skąd masz te informacje? Skąd wzięła się ta twoja tak mocno zakorzeniona mizantropia? Takich ludzi określamy mianem niebezpiecznych i koniecznych do izolacji…

Poczuła strach swego pacjenta. Elektrowstrząsy były ostatecznością, tak twierdził Zalewski. Szok i następująca po nim amnezja miały za wszelką cenę wynicować z głowy dręczące go wspomnienia i żądze wycięcia całej ludzkości w pień. Dominika zmierzyła skrępowanego człowieka wzrokiem. Mimo, że jego wątła postura nie nadawała się do powierzenia mu roli egzekutora homo sapiens, determinacja bijąca z jego oczu rekompensowała tą ułomność.

Jej drobna dłoń przesunęła się po jego ciele. Szarpnął się, kiedy skierowała ją w stronę krocza mężczyzny.

Kochała takie przypadki. Mężczyzn zionących nienawiścią, demonstrujących swoją władzę nad całym światem. Kochała moment, kiedy ukazywała im swoją władzę, krępując ich, osłabiając medykamentami, posiadając ich swym drobnym, kobiecym ciałem.

Kiedy chory warknął, mieszając w jednym, gardłowym odgłosie wściekłość i niemoc, nie mogąc się powstrzymać, sięgnęła drugą dłonią między swe uda, pocierając się rytmicznie.

Chory wrzeszczał. Drobne palce Dominiki Junt uchwyciły delikatnie nabrzmiałą i śliską łechtaczkę, wsuwając dłoń pod eteryczny materiał koronki. Z każdym jego wrzaskiem, jej bielizna nasiąkała coraz bardziej lepką wilgocią. Osunęła się na krzesło, mrucząc i wijąc się pod własnym dotykiem.

Do jej nozdrzy doszedł nagle przenikliwy, gryzący odór selenu. Pociemniało jej w oczach. Odniosła wrażenie, że pokój zabiegowy pochłonęła nagle żółta, niczym skóra rozkładającego się trupa, mgła. Miała wrażenie, że pomiędzy jej łydkami przeniknął strumień lodowatego powietrza.

Otworzyła oczy. Wokół kozetki, na której leżał pacjent, kłębiły się niemożliwe do opisania kreatury. Ich nagie, blade i naznaczone błękitnymi liniami żył ciała falowały i zmieniały bez przerwy swój kształt, pieszcząc skrępowanego pacjenta karmazynowymi szponami, rozkoszując się jego jękiem. Bezzębne usta amorficznej chimery sięgnęły po jego zwiotczały członek, wysysając z niego życiodajne płyny. Masturbująca się szkieletowata demonica spojrzała znad klatki piersiowej pacjenta na pieszczącą się lekarkę, po czym zawyła przeciągle. Ocierający się o udo opasły stwór zwymiotował nagle na pokrywające pokój kafelki, wypluwając z siebie wraz z plwociną rybopodobne stworki, śmiejące się i płaczące jednocześnie.

Dominika Junt przerwała akt autoerotyzmu, osuwając się z urywanym krzykiem na ziemię. Wszystkie oblegające pacjenta kreatury zaśmiały się szaleńczo. Potrząsając przypiętymi do głowy elektrodami pacjent spojrzał smutno na lekarkę.

– Miasto jest w nas, kochana pani doktor. – wyszeptał – Miasto jest w nas.

Pomiot Babilonu skoczył ku łonu nieprzytomnej lekarki.

IV.

Bezwiednie wpłynęła w szary ocean Miasta, misternie utkany z nieruchomych fal zmurszałych budynków. Zanurzyła się w niekończący się labirynt wąskich, cuchnących wilgocią uliczek, a te przyjęły ją w swe porosłe grzybem łono.

Jej obcasy wybijały głuchy, monotonny niczym jesienny deszcz, rytm, odbijając się szaleńczym echem po okrywających ją ulicach. Morowe powietrze, którym oddychało Miasto, otuliło ją chłodnym całunem nicości.

Przybrudzone patyną czasu okna spoglądały na nią bezdusznymi taflami brudnego szkła, łyskając piekielnymi refleksami, spłodzonymi przez blade światło Luny. Mgła pajęczyn, zasnuwająca oczy Miasta nadawała im smętny wyraz beznadziejności.

Żeglując kamiennymi strumieniami Miasta wtłoczyła się nieświadomie w pulsujące tętnice owego przerażającego, opuszczonego przez zdrowy rozsądek molocha. W obdrapanych, pełnych moczu i wymiocin bramach przemykały bezkształtne cienie mieszkańców, podobnie jak ona, tworzących wewnętrzny układ plugawej limfy Miasta, krążącej w nieskończonym ciele bruku i szarej cegły.

Jej oczy, przebiegające nerwowo po każdym kamieniu starych budynków, niemal na bieżąco obserwowały postępującą korozję ścian i spadzistych dachów. Niczym rak wchłaniający nosiciela i niczym robak toczący nieboszczyka, trująca ręka Miasta z wolna orała swymi szponami górujące nad nią statuy. Posępne konstrukty wieńczyła granatowa połać niebios, smutno przyglądających się krzątającemu się wśród kamiennych wstęg robactwu.

Maleńkie larwy mieszkańców, zaścielające te szare gniazda tłoczyły się i krzątały w chaotycznym pląsie. Te bijące strawionym alkoholem, moczem i piżmem istoty z dziwacznym, atawistycznym wzrokiem wpatrywały się w jej drobną, sunąca jak we śnie postać, dźgając kościstymi, żółtymi paluchami powietrze, kiedy wytykali ją sobie nawzajem.

Gęste powietrze wypełnił świst jej przyspieszonego oddechu, gdy umorusani mieszkańcy tych zapomnianych przez Boga bram miotali wulgarne przekleństwa w jej kierunku. Ich szydercze śmiechy wzbijały się wysoko nad rozsypujące się rudery, osiadając w końcu niczym pył na skorodowanych dachówkach.

Pchnięta jakimś tajemniczym rozkazem wbiegła nagle w ciasną paszczę jednego z ceglanych olbrzymów. Jej rozbieganym, łzawiącym oczom ukazał się brukowany kocim łbem okrąg podwórza, z wyrastającym z centrum jego na wpół uwiędłym drzewem. Bezlistne gałęzie poruszały się z lekkim skrzypieniem w takt szalejącego wiatru. Rozrastające się na wszelkie strony wierzbowe zwłoki pokrywały opustoszały placyk niczym ogromna pajęczyna. Ostatnia ostoja Matki Natury w tym zapomnianym świecie nuciła swoje żałobne requiem, krztusząc się buchającymi oparami pradawnego Babilonu. wokół wyschniętego pnia gromadzili się pijaczkowie, oblegając drzewo niczym pasożyt, zraszając je wydzielinami fizjologicznymi i nie strawionym winem.

Ogarnęła wzrokiem to tłoczące się, pulsujące i zionące nienawiścią siedlisko robactwa. Chciała krzyknąć, ale strach uwięził jej głos w suchej klatce krtani.

To Miasto nie było li tylko szaleńczym koszmarem, utkanym przez kapryśny umysł. To Miasto było w niej od zawsze.

V.

Tępym wzrokiem wpatrywała się w chorego, kiedy zwalistej postury sanitariusz podnosił ją z podłogi. Jej krzyk poniósł się przeraźliwym echem po wąskich korytarzach szpitala, wywołując tym samym reakcję dziesiątek pacjentów, którzy ochoczo odpowiedzieli swej Pani przeciągłym wyciem, które nie ustawało nawet przez chwilę. Cała placówka trzęsła się od szaleńczego chichotu, wrzasku i jęku, jakby to samo Piekło odsłoniło przez moment swe obłąkańcze oblicze.

Skinęła dłonią na pielęgniarza, żeby uciszył szalejących pacjentów. Przypominający niedźwiedzia mężczyzna niechętnie puścił zgrabne ciało lekarki i, mrucząc pod nosem kwiecistą tyradę przekleństw, zniknął w oślepiającej bieli szpitalnych korytarzy.

Poprawiając starannie upięty kok jasnych włosów i wygładzając kitel, blada jak ściana Dominika Junt zerknęła przymglonymi oczyma na wciąż skrępowanego pacjenta. Jego twarz nie wyrażała żadnej emocji.

– Widziałaś… – wyszeptał nagle, łamiąc kruchą taflę ciszy trzeszczącą falą niskiego tembru. – Zapadałaś się w bezdenną otchłań kamiennego bloku Miasta, tonęłaś w brudzie pierwotnego…

– Dość! – piskliwy wrzask paniki przytłumił głuche uderzenie delikatnej, kobiecej dłoni o suchą szczękę mężczyzny. Miotając się w bezcelowej psychomachii doktor Junt próbowała wyciszyć kotłujący się w jej wnętrzu lęk. Nie pierwszy raz zdarzało się, by psychiatra przejmował psychozy swoich pacjentów, zarażając swój umysł ich chorobą.

– Droga pani doktor – zaczął niewzruszenie, wpatrując się w zbielałe kłykcie zaciśniętych piąstek lekarki. – Miasto nie jest wytworem mojej, ani też pani wyobraźni. Miasto żyło, żyje i żyć w nas będzie. Na wieki wieków. I nawet gdy śmierć nas rozdzieli – zachichotał ponuro – Miasto żyć w nas będzie.

Gorzej tylko dla tych – kontynuował – którzy umieją dostrzec więcej niż ci, którym podła Fortuna powierzyła rolę pełzającego po bruku robactwa. Kiedy wpadłem w pokrytą padliną studnię Babilonu i odkryłem tętniące cielsko zepsucia, próbowałem je badać, nurzać się w szlamie Molocha. Drżącymi palcami macałem kręcące się tryby tego zepsutego mechanizmu, pozwalałem by jego żelazne ramiona miażdżyły mą pierś, wyrywając z niej resztki oddechu. Pławiłem się w ściekach wyciekających z porów kamiennej skóry tego tworu Inferna, łapczywie chwytając ów plugawy dech w nadziei, że lepiej zrozumiem tajemnicę pożądania, którą opętane jest Ono.

– Pożądanie… – przerwała Dominika Junt – Jak można odnaleźć pożądanie w oparach tego… czegoś? – urwała nagle, chwytając przerażającą myśl, że oto staje się częścią kleconej przez chorego pacjenta układanki. Przez jej pacjenta. Przez jej podwładnego. – Nieważne… Dokończymy kiedy indziej. – mruknęła – Chwilowo… odłożymy też terapię elektrowstrząsową…

Chory spojrzał na nią z zaciekawieniem, przekrzywiając głowę. Doktor Junt, odwracając się w poszukiwaniu nieistniejących strzykawek, uniknęła jego wzroku. Bała się przyznać, nawet przed samą sobą, że w lśniących białkach jego oczu nadal odbijały się groteskowe obrazy szkaradnych kreatur, płodzonych bezustannie przez rozpustny Babilon.

– Pani doktor?

Odwróciła się z udawaną nonszalancją. Jedynie drżenie jej gładkich rąk zdradzało kotłujące w niej emocje. Skinęła głową w przyzwalającym na głos geście.

– Czy nie ma pani wrażenia, że wszystko wokół pani gnije i zapada się w sobie? – zagadnął chory – Że świat zamyka się wokół niczym gigantyczne sidła, niwelując każdą komórkę pani delikatnego ciała? Że pożera panią pustka, niczym wygłodniały drapieżnik z najdalszych otchłani piekieł?

Doktor Dominika Junt odwróciła się i bez słowa wyszła z gabinetu. Przed oczyma majaczyła jej nicość. Chory odprowadził ją wzrokiem.

 

DELIRÉ DE NÉGATION: INSANIA SECUNDA

I. 

Deszcz wygrywał głuchą, chaotyczną melodię na przeciwdeszczowym płaszczu doktor Dominiki Junt. Bijące w poliestrowy kaptur wielkie krople brudnej, żółtej wody brzmiały niczym wystrzały armatnie wewnątrz skołatanej czaszki lekarki. Smagający jej ciało mroźnymi pejczami wicher jeszcze mocniej potęgował kakofonię szaleństwa. Otulając się szczelniej płaszczem, doktor Junt brnęła przez wodną barierę, próbując podjąć bezsensowną walkę z rozwścieczonym żywiołem.

Wokół niej krążyły fantasmagoryczne obrazy Miasta. Budynki, zazwyczaj jednakie w swej szarej masie, zdały jej się zmieniać kształty, pulsować żywą tkanką, wreszcie otaczać jej smukłą, drobną postać kamiennym murem.

Wyszczerzając utkane z potłuczonych okien gęby, szkaradne budowle wznosiły się nad nią, zamykając jej psyche w klatce Miasta. Pełgające w szklanych oczach Miasta płomyki lamp błyszczały złowrogo, ciskając w bezbronną postać lekarki strumieniami chorobliwego światła. Dominika Junt była gotowa przysiąc, że w uszach rozbrzmiewa jej chichot jakiegoś demonicznego Polifem.

Miasto zamykało nad nią swe martwe cielsko. Otrząsnęła się, wraz z ciężkimi kroplami deszczu, zrzucając niszczące jaźń myśli. Posępne ściany odziane w sieci srebrnych pajęczyn i kurzu przestały zachowywać się jak żyjąca istota, chłód jednak, który bił od ich zmurszałych, skorodowanych czasem ciał równie mocno przerażał lekarkę w swej beznamiętności.

Tyle lat przemierzania wąskich uliczek Miasta, tyle lat oswajania się z biciem Jego serca, tyle lat wspólnoty dotyku istoty ludzkiej i jej domostwa. Dominika Junt nigdy nie bała się Miasta. Przerażali ją ludzie Je zamieszkujący.

Jako doktorowi psychologii klinicznej udawało jej się poskramiać lęk przed Zwierzęciem czyhającym w mroku bocznych uliczek. Dzięki licznym koneksjom, jej eksperymenty na szczególnie niebezpiecznych socjopatach przechodziły bez większego echa. Nawet jeżeli, osłabiając wiotkie umysły Bestii, prowadziło to do zgonu pacjenta – stary doktor Zalewski zręcznie tuszował dokumentację.

Był jej to winien.

Do tych feralnych chwil szarego zmierzchu, upstrzonego gwałcącą zdrowy rozsądek pogodą, do tamtego momentu doktor Dominika Junt miała wszystko, czego potrzebowała – miała władzę nad Bestią. Jej drobna sylwetka górowała nad nimi niczym monument Tytana, znacząc świetlistym szlakiem ścieżkę glorii Dominiki Junt. Spotkanie z dziwacznym pacjentem, na pozór nie różniącym się zbytnio od zaścielających szpital hordach wrzeszczących i skamlących obłąkanych.

Dominika Junt poczuła, że jej jaźń kurczy się w środku, a mylący organ wzroku pędzlem szaleństwa tworzy przed nią fantazyjny obraz gnijącego w grobie świata. Mogłaby przysiąc, że każda komórka jej roztrzęsionego ciała wije się niczym toczący zwłoki robak. Czuła jak grudy ciężkiej gleby opadają powoli na trumnę jej świadomości. Wrzasnęła, by tym desperackim aktem wyegzorcyzmować ze świadomości psychotyczne wizje.

Umierała, topiąc się w zatęchłych strugach ulewy. Pośmiertne plamy pokryły jej piękne ciało szpecąc je swym plugawym dotykiem. Gdy zacisnęła zęby, poczuła nagle, że rząd białych pereł w jej ustach kruszy się i łamie, niczym figury z gliny.

Miasto – chichoczący i płaczący jednocześnie, ponury i obłąkany grabarz wrzucał sękatą dłonią kolejne grudy w lej jej egzystencji. Otoczywszy ją nieprzekraczalną ścianą szarych budowli, Babilon z perwersyjną opieszałością odcinał linię życia Dominiki Junt od widma materialnego świata.

Piszcząc i wrzeszcząc przeraźliwie, doktor Dominika Junt biegła przez Miasto, umierając z każdą upływającą sekundą.

II.

Jej wzrok spłynął po skorodowanej powierzchni ścian. Plączące się niczym macki morskich krakenów wstęgi kabli okalały zachłannie kapliczkę. Przecinająca drobną figurę rysa na przybrudzonym trupią żółcią szkle nadawała świętej figurynce wyraz jakiegoś niewysłowionego, transcendentnego smutku.

Kamienne róże, które zaścielały stopy Przenajświętszej pokrywał dywan utkany z pajęczych wydzielin, zaś w, ukrytej za taflą szkła, spękanej czasem twarzy, robactwo znalazło swój nowy dom. Kapliczkę, siostrę technologii i kamienia otaczała dziwaczna aura melancholii, choć gdy wiotka postać kobiety przemknęła obok tego przeklętego sanktuarium, zdało się słyszeć dobiegający z drewnianej skrzyni chorobliwy chichot Madonny.

Po jej bladej twarzy spływały kamienne łzy, chłodne i nieczułe, głaszczące delikatne lico posążku. Puste spojrzenie sakralnego dzieła wbijało się w nicość rozpościerającą się wokół. Dominika nie potrafiła powiedzieć, co wyrażały.

Sycząc z bólu, gdy skostniałe mięśnie podążyły za ślepym głosem steranego umysłu, Dominika junt przyklęknęła, dygocząc z zimna, gdy otulone nylonem kolano ucałowało szary bruk. Błękitne żyły stali pulsowały w ciele Miasta.

Złożyła ręce do modlitwy. Nigdy tego nie potrzebowała, nigdy jej umysłu nie raniły ostrza religii, nigdy nie złożyła siebie na ołtarzu transcendencji. Odruch ten był dziwnym przykładem atawistycznego lęku, pierwszą bronią, kiedy szaleństwo swym kościstym ramieniem otula wątłą duszę. Zetknęła swój pusty wzrok z pustym wzrokiem Matki.

– Wskaż mi co mam powiedzieć… – delikatny obłok trupiej pary wydobył się z jej zsiniałych ust. – Dlaczego on mnie opętał, dlaczego opętało mnie ono… Dlaczego opętałaś mnie ty? – łkanie wypełniło wąską uliczkę.

Z wąskich arterii Miasta wypełzły drobne, ciche niczym dżuma istoty. Ich bezkształtne oczy obserwowały, jak ciałem Dominiki Junt wstrząsa spazm rozpaczy. Ich bezkształtne, sine twarze przekrzywiały się na bok, z rosnącym zainteresowaniem, kiedy potomstwo Miasta wiło się śliskim, grobowym ciałem wokół samotnej w swej chorobie kobiety.

Matka słuchała.

Źrenice kobiety rozszerzyły się, kiedy ciało Madonny pokryło się kłębiącym się kobiercem bladawych larw, pieszczących statuę swymi śluzowatymi, obłymi ciałkami, znacząc szarość Matki cienkimi jak włos nitkami robaczej wilgoci. Madonna ożyła, niesiona przez swe bezrozumne dzieci, pulsujące najpierwotniejszym z instynktów.

Ciało Przenajświętszej puchło i rosło do ogromnych rozmiarów. Cuchnące trumiennym drzewem wije wychynęły zza posągu, zmuszając zmurszałe dłonie do zsunięcia się w dół, do pierwotnego Miejsca. Spod plisowanej w kamieniu togi wypełzły bezokie ryby, łapczywie łaknące zabójczego dla nich powietrza. Bezgłowe istoty, do złudzenia przypominające cherlawe, martwe płody bezwiednie podrygiwały, niesione spazmami synaps nerwowych.

Dominika Junt wrzeszczała i wrzeszczała, kalając krwią i żółtą plwociną blady bruk, kiedy Madonna, Matka Wszechrzeczy budziła się z kamiennego snu, wdzierając się niczym brutalny kochanek do wnętrza lekarskiego umysłu.

III.

Płomień zapalniczki tylko podkreślał bladość jej twarzy, gdy zbliżyła go do drgającego w dłoniach papierosa. Siedziała na brzegu łóżka, uprzednio pozbywszy się zatęchłej od potu bielizny i wpatrywała się w przydymioną szybę okna na Miasto. Stare bloki kamienia przesłonił kłąb siwego dymu, goniony przez głośny świst wydychanego powietrza.

Pędząca w szaleńczym tempie krew pulsowała w arteriach Dominiki Junt, ani na chwilę nie spowalniana kolejnymi porcjami nikotyny. Ciężkie krople potu, przemykające gęstą siecią po jej nagim ciele znaczyły ciemnymi plamami wymiętą biel prześcieradła.

– Kurwa… – szepnęła do siebie, jakby w nadziei, że krótkie przekleństwo wyzwoli ją od marazmu przewijających się przed oczyma obrazów. Szczupła dłoń, błyszcząca w tłumionym świetle Miasta sięgnęła po ampułkę z węglanem litu. Obejrzała ją. Jej piersi unosiły się miarowo w przyspieszonym oddechu, gdy rzucany przez pojemnik refleks przepłynął po jej ciele.

Srebrzystobiały płyn kusił ją bezustannie. Bała się jednak przyznać przed sobą samą, że żelazne dotąd łańcuchy woli zaczynają pękać.

Psychiatrzy tak mają, mawiał Zalewski, gładząc ją po pełnych piersiach i zaciągając się papierosem. Dłuższe obcowanie z chorobą powoduje, że zaczynasz myśleć i widzieć jak oni. To przydatna cecha, nigdy jednak nie pozwól, żeby tobą zawładnęła.

– Co ty, kurwa, możesz wiedzieć, stary zboczeńcu? – warknęła do pustej sciany Dominika, wspominając równie nieudolnego w filozofowaniu, co i w seksie, profesora.

Metaliczny smak antypsychotyku drażnił jej gardło. Bała się utraty kontroli. Po to została psychiatrą. Nauczyła się kontrolować i władać tymi, którzy byli na tyle nieudolni, że pozwalali by choroba zawładnęła ich umysłami całkowicie. Bała się metalicznego smaku porażki.

Ciało Miasta majaczyło za oknem. Ów, cierpiący na syndrom Boga pacjent… Czy oto spełniło się proroctwo Zalewskiego. Czy jego psychopatyczny umysł zdominował ją, Dominikę Junt?

Otrząsnęła się z tych myśli. Nigdy nie pozwalała nad sobą dominować. Skończyła papierosa, sięgając jednocześnie po świeżą bieliznę.

Wciąż miała jeszcze kilku pacjentów do przebadania…

IV.

Jolanta Nagelska, lat dwadzieścia pięć, ciężki i rzadki przypadek apotemnofilii. Rodzice oddali dziewczynę do zakładu, gdy zastali ją w łazience, pragnącą odciąć sobie własną dłoń. Przydzielona doktor Junt chora nie wykazywała najmniejszych chęci współpracy, ale lekarka podejrzewała, iż przyczynkiem choroby są problemy natury seksualnej.

Krew lekarki wzburzyła się w radosnym tańcu, gdy zbliżyła się do skrępowanej skórzanymi pasami pacjentki.

Nagielska z uporem powtarzała, tryskając wokół gęstą śliną, iż jej dłoń nie należy do niej samej, traktowała ją jako obcą część, przynoszącą jej zagładę. Niewykluczonym było wytłumaczenie, iż dziewczyna odczuwała niechęć do tej części ciała w ogóle, łącząc ją chociażby z zaistniałym w przeszłości gwałtem. Dominika Junt poczuła, jak jej uda pokrywa lepka wilgoć na samą myśl o takiej możliwości.

Odzianą w lateks dłonią pogładziła krocze Jolanty Nagielskiej. Oszołomiona araceptem pacjentka drgnęła konwulsyjnie. Dominika Junt podeszła bliżej, tak aby dziewczyna mogła ją usłyszeć w przenikliwej ciszy panującej w szpitalu.

– Od dziś należysz do mnie i moich dłoni – szepnęła, gładząc rytmicznie podbrzusze chorej. Ta zakwiliła cicho, pozwalając by strugi błyszczącej wilgoci zrosiły jej policzki. Oszołomiona lekiem zachowała wystarczająco świadomości, by pamiętać o swym największym lęku.

Dominika powoli zsunęła z dziewczyny bawełniane spodnie piżamy, z rozkoszą przyglądając się pulsującemu łonu pacjentki. Rozchyliła chłodnym dotykiem rękawic delikatne wargi, wsuwając do środka jeden z palców. Opór, który napotkała był dla niej rozkoszą niczym najgorętsza pieszczota. Drugą dłoń zsunęła na swe szczupłe uda, mrucząc cicho z zadowolenia.

– To mnie należy się nad wami władza, rozumiesz, Jolanto? – chrapliwie zapytała lekarka. Przytroczona do szpitalnej pryczy zapytana tylko szarpnęła w odpowiedzi głową, rozrzucając dookoła dywan lśniących, jasnych włosów. – Staracie się mi wmówić, że pęta szaleństwa, którymi mnie chłoszczecie są waszym insygniem władzy. Mylicie się, wy wszyscy! – nawilżyła palec by łatwiej wślizgnąć się w ciało rozdygotanej dziewczyny. – Moja jest władza nad szaleństwem, nie szaleństwa nade mną!

Siadła okrakiem na pacjentce, tyłem do jej twarzy, tak aby Jolanta Nagelska mogła czuć bijącą z Dominiki woń podniecenia. Rozchylając wargi jedną ręką, drugą wpychała coraz mocniej, poruszając przy tym palcami, tak aby chora miała świadomość, że oto piesci ją to, czego boi się najbardziej – dłoń. Wyzwolona instynktem wilgoć pokryła krocze chorej. Lekarka z lubością zanurzyła swój zmysł powonienia w kobiecości młodej pacjentki, połączonej z ostrym zapachem lateksu.

Chora wiła się niczym piskorz, kiedy Dominika przyspieszyła rytm. Siadając lekko na twarzy pacjentki, lekarka naznaczyła ją pasmami swojej rozkoszy, świecących się w bladym świetle jarzeniówki.

– Jestem władzą! Jestem waszą wyrocznią, katem i oprawcą! – jęczała w opętańczym tańcu Dominika Junt – Wyście moimi poddanymi, nie ja waszą poddaną! – chora łkała niczym bite zwierze, oblepiona płynącym gęsto śluzem lekarki.

– Jam wasz mesjasz! – wrzasnęła Dominika Junt. – Wypierdalać!

Prastary Babilon, Matka Miast, przyjął modlitwę bez słowa.

V.

Chory wpatrywał się w Dominikę Junt bez słowa. Roztrzęsiona lekarka wyciągnęła papierosa, mimo iż w szpitalu obowiązywał zakaz palenia. Mierzyła chorego wzrokiem. Nabrała oddechu.

– Dlaczego to powiedziałam? – zapytała. Oboje nie wiedzieli, do kogo skierowane było to pytanie. Pacjent nieśmiało wskazał na trzymaną przez lekarkę paczkę.

– Mogę? – nieśmiała prośba obiegła białe ściany. Gdy skierowała zapalniczkę ku niemu, blask odbił się w jego zapadłych oczach nieopisywalnym smutkiem i rezygnacją. Zaciągnął się głęboko – Pani doktor… Nie mogę odpowiedzieć pani na to pytanie, nie mogę wniknąć w pokrętne labirynty tkane przez Miasto. Czuję, jak mnie pożera, czuję, jak wypełnia me ciało przeraźliwą pustką… Czuję… czuję jakbym umierał od środka, trawiony antracytowym szponem raka.

Kiedy mówił, jego smukła twarz falowała, jakby kłębiło się pod nią gniazdo robactwa, pożerających suchą klatkę jego fizycznej powłoki. Dominika zamknęła oczy, jednak pleciony przez jej mózg obraz tkwił nadal, pod barierą powiek.

– To przyszło nagle, Matka Miast powołała mnie do siebie, zalewając mnie falą najbardziej plugawej rozkoszy, jaką jest w stanie wyobrazić sobie wątła, ludzka istota…

– Matka? – przerwała Dominika. Chory skinął głową.

– Potem… – kontynuował – potem jakby… gnić coś zaczęło w mej cielesne powłoce. Czułem się martwy, bo wiedziałem, że oto Miasto zasadziło we mnie swe nasienie. Dostrzegłem to, czego nie dostrzegają inni…

– Mówisz jak nawiedzony artysta – ironią próbowała przerwać narastające w niej kolce lęku.

– Nie – zaprzeczył pacjent – Artyści są szaleni, we mnie nie ma ani kropli tego uczucia. Jak to jest, kiedy nagle budzisz się i widzisz, że jesteś pogrzebaną za życia? Kiedy Śmierć staje tuż obok ciebie, chłoszcząc twe ciało batem uplecionym z piekielnych rozkoszy? Kiedy Miasto pożera twoją duszę, czujesz się, jakby szarpało krwawe kawały mięsa, sycąc niezaspokojony głód pieśnią twych trzewi…

– Milcz! – wrzasnęła lekarka, obserwując kłębiące się pod jego pasiastym kaftanem stado żmij.- Błagam cię… Zamilcz, proszę…

Matko, błagam Cię, niech to się skończy… Ja umieram… Proszę…

Bezimienny pacjent spojrzał na Dominikę Junt ze zrozumieniem.

VI.

– Czy znasz takie pojęcie jak zespół Cotarda? – mruknął profesor Zawadzki znad kubka parującej kawy. Dominika Junt spojrzała zdziwiona.

– Coś pamiętam, profesorze, ale myślę że to dość rzadki przypadek. Jeśli ma pan na myśli tego „mesjasza”… – z konsternacją zauważyła, że słowo to nie chciało przedrzeć się przez gardło.

– Przypomnę ci… – z nawykiem wykładowcy przerwał jej stary psychiatra – pacjentowi zdaje się, że umiera, rozkłada się wewnątrz. Doprowadza go to najczęściej do stanów suicydalnych i…

– Nie wydaje mi się! – poderwała się Dominika Junt, sama zaskoczona swoim wybuchem. Zalewski spojrzał na nią, przekrzywiając siwą głowę. – Przepraszam… – mruknęła – ale nie zgadzam się z tą opinią. Owszem, wspominał coś o… nie, raczej nie – zmitygowała się – raczej określiłabym to jako manię… Ciężko mi powiedzieć, doktorze…

Właśnie, kurwa! – Dominika drgnęła, zaskoczona wulgaryzmem płynącym z ust Zalewskiego – Ciężko ci powiedzieć, Dominiko… Może gdybyś przestała się z nim zabawiać, a zaczęłabyś myśleć jak lekarz…

Tu cię boli, skurwysynie, pomyślała lekarka. Wstała, chcąc przerwać ten potok bezsensownych przytyk. Zalewski chwycił ją za rękę.

– Nie skończyłem – warknął władczo – Przydzielam opiekę nad nim doktorowi Palczewskiemu. Tobie zaś… – przeciągnął pauzę z ironią – proponuję urlop zdrowotny…

Wrzask poniósł się po całym szpitalu. Dominika Junt szarpnęła starego lekarza za poły kitla lekarskiego, jej oczy, nabrzmiałe od krwi pulsowały szaleńczo. Jej słodkawy oddech bił go w nozdrza, kiedy zbliżyła swoją twarz ku niemu.

– Głupcze… – syknęła – ty nie wiesz, co się tu dzieje… Gdy twym ciałem szarpią robaki, a umysł twój wiruje w bezdennej pochwie Matki Miast! Nigdy nie dostrzeżesz otchłani, w której żyjesz, na zawsze będziesz tkwił w katatonicznej klatce rzeczywistości!

Szarpnęła się, gdy zwalisty sanitariusz odciągnął ją od lekarza. Miętosząc jej ciało, odrzucił ja na chłodną taflę szpitalnej podłogi. Zalewski poprawił zmierzwione włosy i, nachylając się nad Dominiką, mruknął:

– Ostrzegałem cię… Przepiszę ci jakiś środek uspokajający. Gdyby nie nastąpiła poprawa… Osobiście dopilnuję, byś zasiliła szeregi naszego szpitala. Robercie – rzucił w kierunku ściskającego ją kolosa – zamów doktor Dominice taksówkę. Pojutrze przyjedzie do nas na obserwację.

Miasto syciło się jej spojrzeniem.

VII.

Mijając kolejne elementy kamiennej układanki Miasta, Dominika Junt, lekarz psychiatra, ocierała płynące jej do oczu łzy. Przykucnięte wokół niej amorficzne stwory chichotały i łkały jednocześnie. Między jej nogami wiły się w paroksyzmach rozkoszy i bólu żabiopodobne kreatury, spijając napływający ku udom sok.

Wokół jej skołatanego umysłu grała szaleńcza orkiestra Miasta. Miarowy stukot kół wbijał się w wiotką czaszkę zwielokrotnionym echem, naciskając na nią niczym umiejscowiony w mózgu krwiak. Dyszała ciężko, kryjąc szybę całunem oddechu.

Zjeżdżała kamiennymi ulicami prosto w przepastną paszczę otwartego grobu. Na dach pojazdu spadały kolejne grudy ciężkiej, mokrej gleby. Nie, to deszcz tylko pada, uspokajała się, gdy Moloch zsypywał kolejne hałdy ziemi na jej mizerny żywot.

– Czy nie możemy… jechać szybciej? – zapytała, a z kolejną głoską białe mączniaki wysypywały się z jej pięknych, pełnych ust.

– Nie, dziecię Miasta – rozległ się głos – ceremonia trwać musi długo.

– Błagam… Pozwól mi umrzeć… – wyszeptała modlitewnym tonem.

Miasto otoczyło ją swymi ramionami.

***


Śpij, Dominiko. Okrążam twoje piękne, smukłe ciało, ukojone pozbawionym obrazów snem. Pora zakończyć Twoją historię.

Przyjemnym jest zaiste dotyk Twej aksamitnej skóry, poruszanej miarowo impulsem życia. Twoja rola się skończyła, moja niestety nie. Przyszedłem tylko zobaczyć Twe śpiące, nagie ciało.

Zaiste, piękną jest rozkosz gładzenia twych znakomicie ukształtowanych piersi, miłym jest smukłość nóg Twoich, grą Bogów jest Twój spokojny oddech.

Bawiąc się niesfornymi kosmykami Twych włosów, błękitne ostrze Ciszy rysuje ciemnym karmazynem linie na Twoim pięknie zaokrąglonym ciele.

Kiedy rozchylam płaszcz Twojego ciała, kończę Twoją historię, nie kończę jednak historii Matki Twojej, Prastarego Babilonu. tak jak i Ty, tak ja tkwić w niej będę na wieki, nawet jeśli Śmierć nas rozdzieli.

Patrz, kochana Dominiko, jak ostrze lancetu rozdziela Twą delikatną skórę. Zdejmując z Ciebie kawałki Twej fizyczności widzę, jak wypływa z Ciebie esencja Matki Miast.

***

Białe larwy kłębiły się na dywanie, wypływając potokiem z ciała Dominiki Junt.
.

.
autor: Aeshtir


To może być również interesujące:

Never more opowiadanie erotyczne 

Public relations opowiadanie erotyczne 

Pocałunek w górach – opowiadanie erotyczne

They cannot see me naked – opowiadanie erotyczne

Giles Vranckx i jego kobiety – galeria na Odcienie Czerwieni

Inkuby, koszmary i „Nocna mara” Füssliego

Kobiety Brodziaka – galeria na Odcienie Czerwieni


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

Dodaj komentarz