I hope you die by my side

 opowiadania erotyczneI hope you die by my side – megaera – opowiadanie erotyczne

Budzę się w pokoju nagrzanym do nieprzytomności. Gęste powietrze sprawia, że nawet czas wydaje się płynąć jakoś wolniej. Wszystko stoi w miejscu. Od wczoraj nic się nie zmieniło. Ten sam upał, ten sam pokój, to samo łóżko i ten sam mężczyzna. Tylko emocje opadły. Nie ma po nich śladu. Wypaliły się wreszcie w tym płomieniu, którym wybuchały przez ostatnie dni, a który spalił je doszczętnie minionego wieczoru.

Przecieram dłonią opuchnięte powieki i sięgam do stolika po pilot do klimatyzatora. Wciskam powycierane guziki i po chwili przez martwą chmurę gorącego powietrza przedziera się chłodny, orzeźwiający prąd. Leżę przez moment i głęboko oddycham przyglądając się mężczyźnie. Śpi tak spokojnie. Aż trudno mi uwierzyć, że to ten sam człowiek, który wczoraj wrzeszczał tak wściekle i w furii ciskał o podłogę wszystkim, co nawinęło mu się pod rękę.

Delikatnie przesuwam palcami po jego gęstych włosach i czuję, że coś ściska mnie w gardle. Przed oczami przelatują mi obrazy kilku minionych dni. Tygodni właściwie. Każda dzika awantura, każda detonacja i każda eksplozja. A za nimi każde wulgarne, ekstatyczne pojednanie w pościeli przesiąkniętej potem, spermą i łzami. I ta pozornie nieśmiertelna wiara, że kolejny wybuch i kolejny opad pyłu będzie tym ostatnim.

W świetle tego poranka wszystko wyglądało jednak inaczej niż zwykle. Pierwszy raz miałam wrażenie, że brodzę po błotnistym polu bitwy, podziwiam spektakularne straty po obu stronach i nie mam już sił na kolejne starcie. Chciałam już tylko wrócić do domu i odpocząć. To nie była kapitulacja. Po prostu nadszedł czas na zawarcie rozejmu i podział ziem. I ta myśl boleśnie ściskała mi wszystkie wnętrzności.

Ostrożnie, żeby nie zbudzić mężczyzny, wysunęłam ciało spod przepoconego prześcieradła. Opuściłam rozpalone stopy na kamienną posadzkę i przez chwilę rozkoszowałam się jej ledwie wyczuwalnym chłodem. Próbowałam rozluźnić mięśnie karku, ale nie odpuszczały zmaltretowane emocjonalnym napięciem, które fundowałam im systematycznie od kilku dni. Sięgnęłam po lekki szlafrok wiszący na oparciu fotela i wsunęłam go na rozgrzane ciało. Wstałam i na palcach poszłam do łazienki.

Chłodny prysznic zawsze przynosił ukojenie. Gęste strumienie wody oblewały ciało, a ja czułam jak moje mięśnie rozluźniają się i doganiają powoli świadomość, która odpuściła już zupełnie. Wszystko we mnie zaczynało godzić się z rzeczywistością. Ani ciało, ani umysł nie miały siły dłużej walczyć. Zrobiły wszystko, co mogły, wyczerpały wszelkie środki i miały świadomość, że nie zostało już nic. Nie było już nawet poczucia porażki. Tylko jakiś obezwładniający smutek.

Drzwi do łazienki otworzyły się i stanął w nich mężczyzna. Nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, ale nie potrzebowały więcej. Jego mówiło dokładnie to samo, co moje. Uśmiechnęłam się do niego lekko, kiedy bez słowa wszedł do kabiny prysznica. Była tak ciasna, że nie mogliśmy oddalić się od siebie na więcej niż kilka centymetrów. Nie potrzebowaliśmy zresztą.

Mężczyzna wziął do ręki mydło, spienił je w dłoniach i zaczął masować moje ciało z tą samą delikatnością, z jaką robił to dziesiątki razy wcześniej. Z przymkniętymi oczami poddawałam się jego ruchom, które bujały mną w kierunkach, w których podążały jego ręce. Nie było w tym nic erotycznego. Po prostu intymny rytuał, który odprawialiśmy od pierwszego spotkania. Z czułością i uwagą przesuwał dłońmi po każdym centymetrze mojego ciała. Każdym siniaku, ranie i otarciu i po każdej krwawej prędze, które zostawiał na mnie w chwilach rozpustnego uniesienia.

Kiedy skończył, wyjęłam mydło z jego ręki i dłuższą chwilę przyglądałam się błękitnej kostce obracając ją w dłoniach. Przycisnęłam ją do męskiego torsu i nie podnosząc wzroku zaczęłam delikatnie przesuwać ją w górę i dół. Mężczyzna chwilę tkwił w bezruchu, ale nagle gwałtownie chwycił moje dłonie. Głośno przełknęłam ślinę i spojrzałam mu w oczy.

– Jestem tak strasznie, potwornie zmęczony.
– Wiem – odpowiedziałam cicho i natychmiast spuściłam wzrok. Miałam nadzieję, że płynąca z prysznica woda zagłuszy lekki szloch, który wyrwał się z mojego gardła. – Pójdę zrobić śniadanie – dodałam oddając mu mydło i wychodząc z kabiny.

Owinęłam się ręcznikiem i wyszłam z łazienki ociekając wodą. Weszłam do kuchni i otworzyłam lodówkę. Przez chwilę bezmyślnie gapiłam się na szklane półki próbując dojść do siebie i przypomnieć sobie, co robię. Z zamyślenia wyrwało mnie pikanie alarmu w drzwiczkach lodówki. Pospiesznie wyciągnęłam z niej sery, wędliny i warzywa, które dzień wcześniej wspólnie wybieraliśmy na targu w nieodległym miasteczku.

Włączyłam ekspres i zaparzyłam kawę. Kroiłam chrupiące bułki, kiedy po pomieszczeniu roznosił się odurzający aromat kofeinowego naparu. Układałam jedzenie na talerzach przypominając sobie wszystkie poranki, kiedy budził mnie ten sam zapach i odgłosy krzątania dobiegające z kuchni w mieszkaniu mężczyzny.

Zastanawiałam się, czy częściej piliśmy tę poranną kawę w milczeniu przepełnionym żarliwą czułością czy nienawistną wściekłością i nie potrafiłam tego ustalić, bo moja głowa pamiętała coś zupełnie innego niż serce. Nie wiem zresztą, czy potrafiłam odróżnić od siebie te emocje, bo obie od dłuższego czasu występowały w naszej relacji z tą samą częstotliwością i intensywnością.

Mężczyzna wyszedł z łazienki, ale nie zwracałam na niego uwagi. Bałam się patrzeć mu w oczy, a w ten sposób łatwiej było mi tego uniknąć. Podszedł do mnie, więc podałam mu talerze i poprosiłam żeby zabrał je na taras. Po chwili wrócił po kolejne naczynia, ale kiedy podawałam mu tacę z jedzeniem przystanął na chwilę i dotknął mojego ramienia. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się tak entuzjastycznie, jak tylko potrafiłam.

– Nasz ostatni dzień – powiedział ciepło.
Wiedziałam, że chodzi mu o ten wyjazd, ale oboje wiedzieliśmy też, że dzisiaj każde słowo, wszystko, co do siebie powiemy ma więcej niż jedno znaczenie i ogromną wagę, bo zostanie z nami na zawsze. Ja w tamtej chwili nie potrafiłam powiedzieć niczego. Skinęłam tylko głową, wzięłam filiżanki z kawą i wyszłam na taras.

Usiedliśmy przy szklanym stoliku ustawionym w cieniu pasiatej markizy. Południowe słońce rozgrzewało powietrze do czerwoności, a dookoła panowała sielankowa cisza mącona jedynie leniwym brzęczeniem owadów. Rozciągający się przed nami widok mógł posłużyć za scenerię najbardziej romantycznego filmu w dziejach kina. U stóp tarasu, chłodnym błękitem rozlewał się niewielki basen o beżowych, kamiennych brzegach otoczonych zabudowaniami w podobnym kolorze. W niewielkiej oddali rozciągały się wzgórza pokryte długimi alejami krzewów winorośli wspartych na drewnianych tyczkach, a na horyzoncie majaczyło pobliskie miasteczko osłonięte ze wszystkich stron szpalerami wysokich cyprysów.

Jedliśmy w ciszy. Może oboje już wiedzieliśmy, że nie potrzeba więcej słów i chcieliśmy sprawić, żeby to ostatnie wspomnienie było dobre i czyste. Było takie jak uczucia, które mieliśmy dla siebie. Albo jak uczucia, które mielibyśmy, gdybyśmy mogli wiecznie trwać w tych neutralnych, magicznych okolicznościach gdzieś poza czasem, które nie były naszą codziennością wypełnioną prawdziwym życiem i innymi ludźmi. Odarci z tego wszystkiego kochaliśmy się do nieprzytomności i potrafiliśmy być ze sobą najszczęśliwsi na świecie.

[…]

Popołudnie spędziliśmy nad basenem. Mężczyzna pływał w tę i z powrotem, a ja siedziałam na brzegu z zanurzonymi nogami i przyglądałam się czerwieni swoich paznokci u stóp odcinającej się wyraźnie od delikatnego błękitu wody. Nagle męskie ciało wynurzyło się między moimi kolanami. Otrząsnął twarz z wody i oparł się ramionami o moje uda. Dotykał palcami siniaków w ich wnętrzu, a ja gładziłam skórę jego ramion naznaczoną czerwonymi pręgami, które przez ostatnie dni wyrysowywałam na nich paznokciami.

– Powinniśmy porozmawiać – powiedział bez przekonania, nie odrywając wzorku od mojej obitej skóry.
Wsunęłam palce w jego mokre włosy i pociągnęłam je lekko tak, że musiał unieść twarz ku górze i spojrzeć na mnie.
– Nie musimy – próbowałam się uśmiechnąć, ale czułam, że cała moja twarz jest obrazem jakiegoś spokojnego, bezbrzeżnego smutku.

Mężczyzna wsparł się dłońmi o brzeg basenu i wynurzył ciało z wody tylko na tyle żeby dosięgnąć moich ust. Pocałował mnie mocno, po czym zanurzył się i odpłynął. Przyglądałam się, jak jego ramiona rozbijają taflę wody, kiedy znowu raz za razem przepływał basen od brzegu do brzegu. Nie wiem, jak długo to trwało, ale kiedy wreszcie wyszedł z wody był zziajany jak po maratonie. Chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą. Opadliśmy na szeroki, wiklinowy leżak, a ja wtuliłam się w jego mokre ciało i słuchałam z uwagą dudniącego bicia serca. Mężczyzna czule gładził mnie po włosach i nie wiem nawet kiedy zasnęłam.

[…]

Obudziliśmy się, kiedy zaczynało zmierzchać. Wieczory były tutaj długie i jasne. Miałam wrażenie, że słońce zachodzi inaczej niż w domu. Szarzało wcześnie, ale dzień nie poddawał się jeszcze przez wiele godzin. Nie miałam siły wstać z leżaka. Upał wreszcie ustąpił i było tak absurdalnie przyjemnie, że chciałam tkwić w tym momencie na zawsze.

Skubałam palcami skórę na męskim brzuchu. Wodziłam dłońmi po jego ciele ścieżkami, które wytyczyłam na nim w trakcie tych wszystkich spędzonych razem poranków, popołudni i wieczorów minionych miesięcy. Drapałam lekki zarost jakbym chciała zemścić się na nim za porysowane ostrymi pocałunkami usta i policzki. Bawiłam się płatkami uszu, a mężczyzna poddawał się niemo każdemu dotknięciu.

Nie mogłam zrozumieć, czemu nie może tak zostać. Czemu nie umiemy być tak ze sobą zawsze. To był jeden z tych momentów, w których wszystko było doskonałe i wszystko wydawało się możliwe, jeśli tylko wytrwamy w tym stanie. Nie musieliśmy mówić, a wiedzieliśmy wszystko. Byliśmy taką idealną jednością przepełnioną pożądliwą miłością i uczuciem tak silnym, że powinno poradzić sobie ze wszystkim.

A jednak nie umiało. Bo ten sam magiczny moment potrafił w jednej sekundzie, jednym zdaniem zamienić się w tajfun wzajemnych oskarżeń, bezzasadnych pretensji i wyrzutów niszczących wszystko na swojej drodze. Nie potrafiliśmy dać sobie tego, czego od siebie potrzebowaliśmy i nie umieliśmy iść razem przez to pole minowe wzajemnych oczekiwań.

[…]

Po kolacji spakowaliśmy walizki. Mężczyzna wszedł pod prysznic, a ja usiadłam na tarasie z kieliszkiem wina i zapaliłam papierosa. Zaciągałam się gryzącym dymem i patrzyłam jak nad horyzontem gasną ostatnie promienie słońca. Czułam w piersiach fizyczny ból. Oddałabym wszystko żeby ten dzień się nie kończył, bo miałam poczucie jakby razem z nim kończył się świat. Właściwie byłoby mi lżej ze świadomością, że to ostatnie chwile ludzkości na ziemi. Wiedziałabym przynajmniej, że nie muszę dalej żyć bez mężczyzny. Że nie będę musiała znosić tego wszystkiego, co czekało mnie po powrocie do domu. Gdybym mogła, wcisnęłabym guzik, który wysadziłby ziemię w powietrze.

– Chodź do łóżka – głos mężczyzny wyrwał mnie z zamyślenia. Wstałam z krzesła, chwyciłam go za wyciągniętą rękę i poszłam za nim do pokoju. Zasunęliśmy ciężkie rolety i w absolutnej ciemności położyliśmy się na miękkim materacu.

Leżeliśmy na wprost siebie, ale widziałam tylko zarys jego postaci. Dotykałam dłońmi znajomych rysów twarzy i czułam jak wszystko we mnie zamienia się w rozpacz. Nie mogłam nawet zacisnąć warg na całujących mnie ustach, bo wykrzywiał je niemy szloch. Nerwowymi ruchami przyciągałam go do siebie nie chcąc pozwolić mu zniknąć, bo miałam wrażenie, że rozpływa się w ciemnościach.

Mężczyzna dotykał mnie łapczywie i boleśnie. Ściskał moje piersi, wbijał palce z talię i drapał skórę na pośladkach. Podniosłam ciało i usiadłam na nim okrakiem nabijając się na sterczącego fiuta. Opadłam ciężko na jego biodra jakbym chciała pochłonąć go bez reszty tą zachłanną cipą. W tym zawsze byliśmy dobrzy. Tutaj nie popełnialiśmy błędów. Zgadzaliśmy się ze sobą bez słów. Bujałam tyłkiem w rytm jego energicznych pchnięć i miałam wrażenie, że od tych zderzeń za chwilę wybuchnie między nami żywy ogień.

Ale eksplodowało tylko moje gardło, które nagle, niekontrolowanie zaniosło się najsmutniejszym szlochem, jaki kiedykolwiek się z niego wyrwał. Nie umiałam pogodzić ze sobą tej wzbierającej we mnie rozkoszy z poczuciem, że coś umiera. Że w tym ekstatycznym uniesieniu konamy na swoich oczach. Dyszałam ciężko drżącymi, urywanymi westchnieniami, a po mojej twarzy płynęły łzy, które paliły mi skórę płomienną rozpaczą.

Mężczyzna złapał dłońmi moją twarz i przyciągnął ją do swojej. Wbijał zęby w moje wargi rozkrwawiając je boleśnie, a ja wyłam jak dziecko i nie wiedziała czy z bólu czy z rozkoszy czy może z tego wszechogarniającego smutku.

– Nie płacz… nie płacz… – wyrzucał z siebie drżącym głosem wśród westchnień i pojękiwań. – Nic nie możemy na to poradzić… nic nie zrobimy… nic nie pomoże…
Jego słowa rozdzierały mnie na kawałki.
– Kocham cię, kocham cię potwornie, ale to na nic… – dyszał ciężko wbijając się we mnie coraz mocniej i mocniej. Oparłam się dłońmi o ścianę za łóżkiem i nabijałam biodrami na jego kutasa. Czułam jak rośnie we mnie orgazm, którego nie chciałam, bo wiedziałam, że oznacza koniec.

– Wolałabym żebyś umarł! – krzyczałam niewyraźnie w spazmatycznym płaczu. – Wolałabym żebyśmy oboje umarli, żeby cię nigdy nie było!
Nagle na moją twarz spadł siarczysty policzek. Poczułam jak skóra wybucha gorącą czerwienią i miałam wrażenie, że przytomnieję.
– Patrz na mnie! – mężczyzna wrzasnął spowolniając ruchy. – Patrz na mnie teraz.

Moim ciałem bujały silne, miarowe pchnięcia męskich bioder. Przestałam płakać. W ciemności widziałam tylko jego oczy. A może wydawało mi się, że je widzę. Mężczyzna zacisnął dłonie na moich pośladkach i kolejne pchnięcie rozlało go we mnie ciepłą falą. Naparłam na niego biodrami, zsunęłam ciało niżej i sama poddałam się potężnemu orgazmowi, który zacisnął na mężczyźnie moje drżące uda.

Drapałam jego piersi odginając ciało do tyłu i głośno dysząc. Mężczyzna uniósł się na łokciach i przez chwilę żarliwie całował moje piersi, by za moment opaść z pościel pociągając mnie za sobą. Leżeliśmy tak w przepoconym uścisku, a ja czułam jak jego fiut powoli we mnie wiotczeje jak jakaś żałosna metafora naszego związku.

[…]

Ściskałam w dłoni męskie ramię, kiedy następnego dnia wychodziliśmy z lotniska w kierunku postoju taksówek. Zatrzymaliśmy się przy pierwszym samochodzie, a ja ciągle nie potrafiłam go puścić. Nic właściwie nie zostało powiedziane na głos. Nikt nie ogłosił końca, nie zamknął tematu, nic się oficjalnie nie dokonało. Każde z nas mogło się jeszcze cofnąć. Mogliśmy udawać, że wszystko jest tak, jak było. Jak gdyby nigdy nic. Tyle, że żadne z nas nie miało już na to siły. I to było dla nas tak jasne, że nie musieliśmy nic mówić. Albo nie mieliśmy odwagi.

Pewnie dlatego pożegnaliśmy się jak zawsze. Jakbyśmy jutro mieli się znowu zobaczyć. Mężczyzna pocałował mnie czule i lekko ścisnął moją dłoń, kiedy taksówkarz wkładał moją walizkę do bagażnika. Wsiadłam do samochodu, a mężczyzna zatrzasnął za mną drzwi tak samo, jak robił to dziesiątki razy wcześniej. Tylko ja tym razem nie miałam odwagi spojrzeć na niego przez szybę i pomachać na pożegnanie.

Podałam kierowcy adres i ruszyliśmy z postoju. Jechaliśmy ulicami rodzinnego miasta, kiedy poczułam w piersiach rozdzierający ból. Szarpnęłam letnią bluzkę, której guziki rozsypały się po samochodowym siedzeniu. Patrzyłam jak skóra między moimi piersiami pęka niczym szew w starej spódnicy. Krew z rany pociekła mi po brzuchu, kiedy jakaś wewnętrzna siła wyłamywała na zewnątrz moje żebra. Zobaczyłam swoje serce, które rozdzierało się na moich oczach. Ból był tak nieznośny, że w panice próbowałam chwycić je ręką i uspokoić, ale zanim po nie sięgnęłam wyrwało się z piersi i upadło na podłogę między moimi stopami. Chwilę podskakiwało na samochodowej wycieraczce i nagle eksplodowało obryzgując wszystko dookoła brunatną krwią.

– Wyszło dwadzieścia sześć osiemdziesiąt – głos kierowcy wyrwał mnie z osłupienia.
– Co?
– Dwadzieścia sześć osiemdziesiąt – powtórzył wskazując na licznik.

Rozejrzałam się dookoła. Staliśmy pod moim blokiem. Odruchowo przyłożyłam rękę do piersi. Wszystko było na swoim miejscu. Żadnej rany, żadnej krwi, żadnej fizycznej krzywdy, która usprawiedliwiałaby ten rozdzierający ból. Zapłaciłam za kurs i wysiadłam z taksówki.

autorka: Megaera

 


To może być również interesujące:

BDSM wprowadzenie

Jak zwiększyć częstotliwość orgazmów?

Seks w ciąży

Kobiety Brodziaka – fotografie

They cannot see me naked – opowiadanie erotyczne

Brudna gra – opowiadanie erotyczne o zdradzie 

Pusta sala – opowiadanie femdom

Never more – opowiadanie erotyczne o dominacji 

Public relations – opowiadanie erotyczne BDSM


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

    • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
    • dasz nam o tym znać komentarzem,
    • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

Dodaj komentarz