Harfa

Opowiadanie erotyczne bdsm harfaHarfa – opowiadanie erotyczne – Barman Raven

Głębokie koleiny terenowego samochodu prowadziły w głąb ciemnego lasu. Prószący delikatnymi płatkami śnieg oraz niska temperatura nie pozwalały zapomnieć o tym, że na Mazowszu wciąż królowała zima. Pochylone nisko drzewa, oszronione gałęzie i obsypane śniegiem, jak cukrem pudrem, choinki tworzyły spokojną, niemal bajkową krainę. Zimowy krajobraz. Ciepłe oddechy rozwiewały się szarymi obłoczkami pary w chłodnym wieczornym powietrzu. Pomarańczowe światło pojedynczej, zagubionej na drodze, latarni oświetlało przejazd kolejowy. Cisza. Bezgłos zimowego wieczoru, bez poruszeń i szelestu liści, bez świergotu ptaków, bez owadów i szemrzącego w tle grania świerszczy. Zimowy wieczór.

Pociąg już dawno odjechał, ciągnąc za sobą tumany śnieżnego pyłu. Zostaliśmy tylko my, zimowy las i pomarańczowy krąg światła na śniegu. Lada moment miał pojawić się nasz gospodarz, by zawieźć nas do siebie, ale tymczasem napawałem się ciszą i spokojem. Popatrzyłem na towarzyszącą mi kobietę. Oddychała spokojnie i głęboko, spoglądając na mnie co jakiś czas, jakby sprawdzała, czy wciąż tu jestem. Wprawiała mnie w zachwyt najmniejszymi drobnostkami – jeszcze przed chwilą ślizgała się jak pierwszoklasistka na oblodzonej drodze, a teraz opierała się rozgrzana i zarumieniona o moje ramię.

Zmieniałem się. Miałem tego świadomość. Byłem, jak się wydawało, spełnionym facetem, który osiągnąwszy trzydzieści lat spróbował już niemal wszystkiego. Szalałem erotycznie bez oglądania się na konsekwencje i własne bezpieczeństwo. Zdradzałem i byłem zdradzany, oszukiwałem i sprawiałem ból. Kochałem spokojnie i rozważnie, poznałem uśmiech własnego dziecka i ciężar codzienności w związku, by wszystko to zaryzykować i poddać się, obsesyjnej miłości. Wściekałem się, nienawidziłem i cierpiałem z tęsknoty. Aż w końcu znalazłem bezpieczną przystań, która dawała miłość, pożądanie oraz akceptację.

Byłem przekonany, że niemalże wszystko już „za mną” i że niewiele pozostało do poznania.

Żyłem na swój sposób. Czy dobry, czy zły – nie umiem ocenić. Był jedyny, jaki znałem. Przez wszystkie minione lata, przeżywając nawet najsilniejsze emocje, w każdej sytuacji, we wszystkich relacjach i z każdą partnerką towarzyszyło mi poczucie swoistego braku. Układałem w głowie wzorzec kobiety idealnej i pomimo, że w każdej kochance dostrzegałem pojedyncze cechy żadna z nich nie była moim prawdziwym dopełnieniem.

Spotkanie z Kotką było jak grom z jasnego nieba. Była połączeniem skrajności – wulgarnego sexappeal’u i subtelności, delikatności i drapieżności, piękna i zepsucia. O takich kobietach poeci mówią femme fatale. Zawróciła mi w głowie. Oczarowała mnie i wyjechała. Zabrała pożądanie, zabrała zabawę dystansem i ironią. Zostawiła tylko niespełnienie i palącą potrzebę, by jeszcze… by choć na chwilę znów poczuć na sobie pożerający wzrok, by poczuć, że ktoś pragnie mnie całym sobą.

Po najdłuższych trzech tygodniach w moim życiu znów mogłem popatrzeć w migdały zielonych oczu. Zielonookie Zauroczenie. Tak. Zatraciłem się w jej oczach. To jednak, co zaczęło się od wybuchu kolorowych fajerwerków, nie było jedynie przelotną miłostką, ale okazało się szansą na prawdziwą relację i całkowite spełnienie. Postawiła jeden warunek – całkowita szczerość. Szczerość nielimitowana do seksu, nie ograniczona do relacji ze światem zewnętrznym, nie podzielona na prawdę i brak kłamstwa. Szczerość, jakiej nigdy nie odważyłbym się oczekiwać od drugiej osoby.

Tak więc podzieliłem się z nią wszystkimi grzechami, wszystkimi słabościami, wszystkim, co wstydliwe. Nie zostawiłem dla siebie żadnego sekretu. A Kotka z lubością taplała się w moich brudach, bez skrępowania uchylając przy tym drzwi do własnej ciemnej strefy tajemnic. Pokazałem jej swoją prawdziwą twarz, rezygnując z odgrywania roli samca alfa, pozbawiając się świadomie kreowanej maski człowieka pozbawionego skrupułów. Odsłoniłem wszystkie czułe punkty.

„Jesteśmy przecież tacy sami” zwykła mawiać z rozbrajającym uśmiechem, kiedy na jej tyrady o moim zakłamanym wizerunku ripostowałem, podając ją samą, jako przykład podobnego postępowania.

Siadywaliśmy wieczorami przy świecach i winie, a ja rozkładałem przed nią swoje życie i duszę jak talię kart. Szczyciła się talentem do rozumienia i dostrzegania. Cóż, ciężko byłoby tej układanki nie złożyć w całość, mając wszystko podane jak na tacy. Umiała słuchać, a ja lubiłem do niej mówić. Poznała mnie więc takiego, jakim byłem naprawdę – będąc moją pełnią, dostała mnie pełnego – z całym bagażem doświadczeń i lęków dotychczas skrzętnie skrywanych przed światem.

Byliśmy wobec siebie nadzy. Bez wygórowanych oczekiwań i pragnień, bez kokieterii i ułudy. Nadzy, otwarci na siebie i zachłanni każdej chwili spędzonej razem. Emocje pulsowały między nami w magicznym porozumieniu. Zewnętrzny świat jawił się jak zamazany krajobraz na horyzoncie. Wydarzenia z otaczającej nas rzeczywistości były mało istotną scenerią, w której odgrywało się nasze wzajemne zafascynowanie. Wszystkie troski i problemy codzienności przestały się liczyć. Każdy dzień odkrywał w nas nowe pokłady zadurzenia, był pretekstem do tego by mocniej, by bardziej, by więcej. Czułem się jak zahipnotyzowany.

Dziś przyjechaliśmy na to pustkowie, by po raz kolejny odkrywać siebie – tym razem we współpracy z innymi. Nowe fetysze i wynajdowane przez nas sposoby na spełnianie się w seksie zaskakiwały mnie samego. Zadziwiały tym, że nigdy wcześniej nie przyszły mi do głowy i tym, że czerpałem z nich radość podwójną, bo odzwierciedloną w odczuwaniu drugiej osoby.

W oddali pokazały się światła – to nasz gospodarz pojawił się z kilkuminutowym opóźnieniem. Terenowa toyota przywitała nas przytulnym wnętrzem i ściszoną muzyką. Wsiadając na przednie siedzenie, odwzajemniłem ciepły uścisk dużej dłoni, w której nawet moja wydawała się drobna. Dostrzegłem zaciekawione spojrzenie, jakim mężczyzna obrzucił sadowiącą się na tylnym siedzeniu Kotkę. Czułem się swobodnie. Przysłuchiwałem się niezobowiązującej rozmowie, śledząc wzrokiem wyłaniające się w snopach reflektorów drzewa na wąskiej drodze.

Kontakty z mieszkającą na odludziu parą (mam na myśli gospodarza i jego partnerkę) stanowiły dla mnie wyzwanie. Różnica wieku i doświadczeń powodowała, że zawsze starałem się korzystać z ich wiedzy, a opinie i wypowiedzi obojga traktowałem jako istotne w dyskusji. Niewątpliwie nasze spotkania były dla mnie ważne.

Gwałtowne hamowanie wyrwało mnie z zamyślenia. Dojechaliśmy na miejsce. Duży dom czerniał na tle jasnego, zimowego lasu. Kilka kroków przez ogród, obok altany, wokół której dostrzec można było kikuty oplatającej ją w letnich miesiącach winnej latorośli i wpadłem w objęcia Zuzy. Żona gospodarza była korpulentną blondynką dobiegającą czterdziestki. Szeroki uśmiech i serdeczność bijąca z twarzy – właśnie taki jej obraz nosiłem w pamięci. Śmiech męża wprowadził nas do salonu.

Jeszcze moment i stanąłem oko w oko z harfą. Delikatne, wypolerowane drewno lśniło woskowaniem w pobłyskach żółtego światła rzucanego przez kominek. Z niewielkiej odległości spoglądałem na narzędzie tortur i rozkoszy w jednym. Zapach palących się bierwion, szeroki, wygodny fotel i obiekt zainteresowania na wprost moich oczu. Czułem onieśmielenie. Mebel wykonany kilka lat wcześniej specjalnie na potrzeby fetyszystycznej imprezy miał dziś posłużyć moim zachciankom, miał być narzędziem w moich rękach, miał zaspokoić moje perwersje.

Zastanawiało mnie, czy nie porywam się na zbyt wymagające przedsięwzięcie. Przekonaniu, że dam sobie radę z technicznymi trudnościami, towarzyszyła niepewność co do estetycznych efektów moich starań. Chciałem, by wizja wykreowana w głowie była warta wspominania, by spełniła oczekiwania przed nią stawiane. Pragnąłem by stała się godna mojej wymarzonej kobiety. Jedynej naprawdę ważnej kochanki. Jedynej i jednocześnie ostatniej, bo wiedziałem, że po niej nie będzie już nikogo tak ważnego, nikogo z kim współgrałbym tak doskonale.

Mocny alkohol z brzęczącymi w grubym szkle kostkami lodu. Wyborny aromat, ciężki smak, miodowa gorycz łagodnie drażniły zmysły. Zapatrzony w Kotkę, widziałem jej uśmiech i ciekawość rysującą się na twarzach naszych gospodarzy, wdychałem łaskoczące podniebienie zapachy.

Nie wiem już sam, co bardziej nakręcało – świadomość, że spełnienie jednego z najbardziej nieprzyzwoitych pomysłów jest tuż, tuż na wyciągnięcie ręki, czy może to, że miałem w końcu kogoś, z kim nie obawiałem się go zrealizować.

A może była to nadzieja, że tym razem po zrealizowaniu kolejnej perwersji będę czuł bliskość i zrozumienie, zamiast niesmaku i zawodu z powodu zmarnowanej szansy na spełnienie.

Zuza i Darek byli klasą sami w sobie, a Kotka bez trudu dotrzymywała im kroku. Poczucie humoru, umiejętność spierania się i wymiany opinii oraz bezpruderyjne widzenie seksualności. Tak scharakteryzować można było osoby towarzyszące mi w dyskusji. Uczta intelektualna.

Zapomniałem niemalże, co było pretekstem do tego spotkania. Nie była nim bynajmniej harfa. Dopiero kiedy szczupłe palce Kotki zniknęły w dłoni żony Darka, pełniącej dziś rolę mistrza ceremonii, zorientowałem się, że nadszedł długo wyczekiwany przez naszą gospodynię moment. „Fetyszyści wszystkich krajów łączcie się” przemknęło mi przez głowę.

– Zostawimy panów na chwilę sam na sam… – gospodyni przejęła inicjatywę.

Przez moment poczułem ukłucie niepokoju i zazdrości. Między dziewczynami od pierwszej chwili zaiskrzyło. Domyślałem się, że Zuza jest zafacynowana fizycznością Kotki.

Krótkie zawahanie. Kontakt wzrokowy ze mną. Spojrzenie, które nie było rzuconym, jak zwykle, wyzwaniem, ale pytaniem o aprobatę i potwierdzeniem, że znajduje się pod moją opieką. Aż drżała z ciekawości, odkąd nasza dzisiejsza gospodyni ledwie napomknęła, ledwie wspomniała magiczne słowo-klucz dla wszystkich fetyszystów dotyku: vacbed. Dwie warstwy lateksu, pomiędzy którymi znajduje się nagie ciało. Druga skóra, która zwielokrotnia odczuwanie bodźców.

Krótki kontakt wzrokowy, w którym wyczytałem zarówno mnóstwo obaw, jak i mnóstwo ciekawości. Skinąłem głową, potwierdzając, że kontroluję sytuację, że nie musi się niczego obawiać i że może beztrosko oddawać się rozpuście.

– Za kilka chwil do was zajrzę. – Pozostawiłem sobie możliwość, by zainterweniować w każdej chwili.

– Jeszcze szklaneczkę? – spokojny głos Darka odwrócił uwagę od znikających na schodach postaci.

Popatrzyłem na gospodarza i niemal roześmiałem się w głos. Zwalista sylwetka usadowiona w fotelu przywodziła na myśl Sarmatę.

Popatrzył zdziwiony.

– Stary, wyglądasz jak jakiś szlachcic. Jeszcze ten kominek i zima za oknem… Jak jakieś panisko po łowach – wyjaśniłem.

– No, w końcu ktoś dostrzegł we mnie „Pana” – uśmiechnął się w odpowiedzi.

Bawiliśmy się w dominację od wielu lat. Choć nasze drogi potoczyły się zgoła odmiennie, jednakże poczucia dystansu i autoironii wciąż mogłem się od niego uczyć. Od słowa do słowa rozmowa nabrała nowego biegu i rytmu. Nie zastanawiałem się, co dzieje się piętro wyżej. Po niespełna pół godzinie usłyszałem kroki na schodach.

– Kruku… – niedopowiedzenie w słowach nie pozostawiało wątpliwości. Na krótki moment spojrzałem w źrenice krótko ostrzyżonej blondynki, która zapraszała mnie do swojej sypialni. Dwa kółka nieprzytomne z zachwytu. Czy mogłem się jej dziwić? Jak inaczej mogłaby zareagować na nagą, podnieconą i na dodatek pozwalającą się dotykać Kotkę?

Zapraszającym gestem wskazała ciało opięte metaliczno-fioletowym lateksem.

Na szerokim małżeńskim łóżku leżał vacbed, we wnętrzu którego zamknięta była Kotka. Jeden rzut oka pozwolił mi zorientować się, dlaczego rozkochana w dotyku kochanka reagowała ekscytacją na możliwość skorzystania z tego urządzenia. Na obszernej ramie rozpięta była podwójna gumowa membrana – pomiędzy jej warstwami uwięziona była naga kobieta. Po odessaniu ze środka zbędnego powietrza, jej ciało zostało całkowicie unieruchomione.

Smukła postać zamknięta w cieniutkiej warstwie gumy. Poślizg nienaturalny, spotęgowany oliwką. Zwielokrotnione odczuwanie nawet najdelikatniejszych muśnięć.

Kotka prężyła się pod fioletową membraną. Urywany, chrapliwy oddech wydobywał się z małej rurki pozostawionej, by umożliwić oddychanie. Widziałem przed sobą przykryte lateksem pragnienie dotyku. Niezwykły widok ciała kochanki wijącej się teraz pod dłońmi innej kobiety.

Nie czułem zazdrości. Ta myśl zaskoczyła mnie i zatrzymała w pół kroku. Omiotłem spojrzeniem pokój; miękkie światło błyskało refleksami, załamując się na wyraźnie zarysowanych kształtach nagiego ciała, podczas gdy po powierzchni sunęły błyszczące od oliwki ręce Zuzy.

Jeszcze kilka chwil wcześniej byłbym w stanie skoczyć do gardła każdemu, kto ośmieliłby się jej dotknąć. Była moja. Nie do podzielenia się. Ani z kobietą, ani z mężczyzną. Chciałem jej na wyłączność – tylko dla siebie, czując, że to, co razem stanowiliśmy było niepodzielne i nierozłączne. A teraz stałem zadziwiony brakiem zazdrości. Czy sprawiła to nasza gospodyni swoim nienachalnym zachowaniem, czy może lateks odrealnił kwestie dotyku i nagości – wciąż nie wiem. Być może po prostu nie myślałem wtedy o sobie, skupiłem się na tym, by dawać przyjemność Kotce.

Pierwsze chwile na zapoznanie się z nowym dla mnie materiałem. Wyczuwałem pod opuszkami palców miękkość i lekkość dotyku, którego nie sposób osiągnąć na nagiej skórze. Uczyłem się tego, jak korzystać z oferowanych przez lateks możliwości; natłuszczony i przygładzony przywierał do wklęsłości i pozwalał łagodnie drażnić każdy zakamarek, napięty do granic wytrzymałości okrywał jak druga skóra.

Zaczęliśmy z Zuzą koncert na cztery ręce, w którym instrumentem było ciało mojej ukochanej. Poprzez szyję, zgniecione pod lateksem piersi, dalej na brzuch aż do kości bioder. Od łona, przez naprężone uda aż do napiętych stóp. I z powrotem, te same ruchy, których drogę zmieniałem, dostosowując się do gestów dłoni naszej gospodyni. Kobieta na wprost mnie z wprawą i zręcznością dotykała, głaskała i drażniła najczulsze strefy erogenne, przejmując po raz kolejny tego wieczoru inicjatywę. Starałem się przez moment dostroić do tego tempa i sposobu dotykania, jednak już po chwili zatraciłem się w przekazywaniu bodźców Kotce.

Znałem jej ciało chyba nawet lepiej niż swoje, jednakże intensywność z jaką reagowała na najlżejsze muśnięcie była dla mnie prawdziwym zaskoczeniem. Zuza uśmiechała się, rozmarzonymi, nieobecnymi oczami, przesuwając rękoma po uwrażliwionej skórze. Wyglądała, jakby znajdowała się w innej rzeczywistości. Nasze dłonie spotkały się w końcu, bo żadne z nas tego spotkania nie unikało. Wyczułem ciepłe opuszki palców. W zetknięciu z moim chłodem i mocnym dotykiem, musiały stanowić niezwykły kontrast. Kochanka balansowała już na granicy orgazmu. Wypychała biodra przed siebie, próbując znaleźć spełnienie w dotyku któregokolwiek z nas. Byliśmy bezwstydni w tym drażnieniu się ze sobą. Ona – jęcząca i domagająca się kolejnych bodźców oraz my – zafascynowani jej cielesnością i dawkujący pieszczoty na tyle szczodrze, by trwała na wysokiej fali i na tyle oszczędnie, by nie pozwolić na szczytowanie.

Byliśmy bezwstydni. A przecież wszystko było tak naturalne. Jak zawsze z Kotką, pomysły przychodziły same, nie trzeba było niczego wymyślać, prowokować, wzmacniać. Tak jak teraz – ledwie w głowie pojawiła się myśl, już ją realizowałem. Pochyliłem się w stronę naszej gospodyni i szeptem poprosiłem, by i jej mąż dołączył do nas. Po chwili nad srebrzysto fioletowym rozedrganiem pochylały się trzy postacie. Zuza zajęła miejsce u wezgłowia dotykając twarzy, Darek położył swoje dłonie na brzuchu Kotki, podczas gdy dla mnie pozostało w pełni wyeksponowane łono.

Mogłem jedynie wyobrazić sobie, co w tej chwili odczuwała. Wiedziałem, jak bardzo ma wrażliwą twarz. Dzięki zaledwie chwili głaskania można ją było doprowadzić do pełnego podniecenia, bądź do stanu całkowitego relaksu i rozluźnienia. Dotyk na twarzy moje Zielonookie Zauroczenie uwielbiało wręcz pasjami.

Ciepłe dłonie blondynki i duże szorstkie ręce jej męża współgrały z moimi. Nasze połączone starania wzmacniały i potęgowały podniecenie.

Mocny uścisk pomiędzy udami poprzez doskonale widoczne, opięte lateksem rozchylone wargi sromowe. Kilka ruchów dłonią. Urywany oddech. Wypchnięte ku górze biodra. Kotka wyprężyła się i zastygła w bezruchu. Przez jej ciało przebiegły spazmy. Pod ściśle przylegającą powierzchnią lateksu widziałem, jak napręża mięśnie i obciąga palce stóp. Nieskończenie długo trwała w napięciu. Opadła na łóżko z westchnieniem.

W pokoju zapadła cisza, przerywana chrapliwym oddechem kobiety doprowadzonej do spełnienia dotykiem. Zapatrzony w moją ukochaną nie zauważyłem nawet, że nasza gospodyni również uszczknęła coś dla siebie. To jedna z tych cech, które w Zuzie rozumiem, ale której efektu nigdy sam nie poczuję. Żona Darka posiadała rzadką umiejętność współodczuwania posuniętą aż do granic. Potrafiła nie tylko dzielić emocje, ale nieomal odczuwała fizyczną stymulację, jakiej poddawano drugą osobę. Już po kilku sekundach, mimo współdzielonego z Zielonooką orgazmu, na powrót stała się mistrzem ceremonii.

– Dajcie jej chwilę, niech ochłonie. – Kotka ledwie wydostała się spomiędzy dwóch warstw lateksu. Rozmazane resztki makijażu, drżące mięśnie, skóra pokryta warstwą potu. – No już.. Idźcie zapalić.
Zostaliśmy niemal siłą wypchnięci przez Zuzę za drzwi sypialni.

Krótki moment na wychłodzenie podnieconej głowy. Zaciągnięcie się papierosem w mrozie zimowej nocy przywróciło zdolność składnej rozmowy. Spokój i milczenie Darka dały moment na poukładanie myśli.

Podzieliłem się ciałem mojej kochanki, podzieliłem się moją fascynacją. A przy tym nie czułem najmniejszej nutki żalu, czy złości. Mieszane uczucia kłębiły się w głowie; niedowierzanie, zaskoczenie i akceptacja. Przekroczyłem Rubikon. Stało się to, co dotychczas było niewyobrażalne.

Niedopałek sparzył palce.

Wracając na górę, wstąpiliśmy do salonu, by przepłukać usta lodowatą, miodową whisky. Przemknęło mi przez głowę, że jeśli miałbym wybrać alkohol towarzyszący najbardziej dziwnym i jednocześnie najbardziej podniecającym wydarzeniom w moim życiu, to nie miałbym kłopotów z wyborem.

Wchodziłem po schodach i zastanawiałem się, co też czeka na mnie za uchylonymi drzwiami. Jeszcze kilka kroków i miałem się przekonać.

W progu sypialni napotkałem uśmiech. Szczupłe ciało okryte grubym szlafrokiem drżało pod wpływem zmęczenia wywołanego orgazmem Przyciągnęła mnie ku sobie i oplotła długimi nogami. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, jej wargi zgniotły moje usta w zaborczym pocałunku.

– To jest… to było… niesamowite! – Kolejne minuty dzieliła się wrażeniami.

Opowiadała z przejęciem o tym, co sam przed chwilą widziałem, co czułem w dotyku i drżeniu jej ciała, czego byłem współsprawcą i inicjatorem. Widziałem roziskrzone spojrzenie i niegasnący uśmiech. Uwielbiałem ją taką, dzielącą się swoimi przeżyciami tuż „po”. Uwielbiałem, kiedy nie panowała nad potrzebą przekazania mi swojego spojrzenia, podzielenia się swoją perspektywą. Ja lubiłem każdą z erotycznych sytuacji przemyśleć na spokojnie, przetrawić. Ona zaś, dzieliła się wrażeniami w pierwszej chwili, kiedy tylko zostawaliśmy sami.

Zuza patrzyła z boku. Czułem jej spojrzenie na plecach, ale nie wywoływało ono skrępowania.

Kilkanaście minut później siedzieliśmy znów na wprost kominka, dyskutując o koncepcjach filozoficznych, literaturze, fetyszach i tolerancji. Przeskakiwaliśmy z jednego tematu na drugi. Bez autocenzury i bez wstydliwości. Tak, jakby ekscesy erotyczne w sypialni naszych gospodarzy ledwie kilka chwil wcześniej były najzupełniej naturalnym zachowaniem ludzi odwiedzających ten dom. Wieczór szybko przemienił się w noc.

Harfa wciąż czekała na swoją kolej. Przyszedł w końcu moment, gdy mogłem dotknąć nawoskowanej powierzchni. Obszedłem ją wokół podziwiając staranność wykonania. Na pozór przypominała po prostu instrument, jakie można spotkać w czasie koncertów orkiestr symfonicznych. Całość składała się z trzech elementów wykonanych z wygładzonego, ciemnobrązowego drewna. Podstawę stanowił masywny stojak, na którym umocowane było poprzeczne, górne ramię, sięgające na wysokość wyprostowanego mężczyzny. Gładkie drzewce wyginało się nieznacznie w falę, kończąc się delikatnym łukiem. Bez trudu można było dostrzec miejsca, gdzie w górnej części instrumentu zahaczały się struny.

Pozostałą część miało stanowić ciało mojej kochanki, i do jej ciała właśnie, za pomocą igieł miałem zamiar zamocować dolne końce strun. Poczułem dreszcz na plecach. Jak tuż przed sięgnięciem po zakazany owoc.

Ciepło promieniujące z kominka zapewniało komfort rozbierającej się bez najmniejszych oznak zakłopotania Kotce. Wciąż nie dowierzając szczęściu, że spotkałem na swojej drodze taką samą ekshibicjonistkę jak ja, przyglądałem się z uśmiechem, jak w pośpiechu pozbywa się ubrania. Już po chwili zupełnie naga, jeśli nie liczyć srebrnego wisiorka na szczupłych ramionach, przymierzała się do harfy, próbując, w jakiej pozycji będzie najlepiej wyeksponowana.

Zabawa bólem wywoływanym igłami była naszym wspólnym odkryciem. Nigdy wcześniej nie pomyślałem nawet o takim wykorzystaniu srebrzystych kawałeczków stali. Pierwsze ukłucia w moim wykonaniu były niewprawne i niepewne. A potem skok na głęboką wodę i kilkadziesiąt igieł w smukłych plecach, od karku, przez szczupłe łopatki, niemal aż po zaokrąglenie biodra, tworzące dwie wygięte w łuk linie, po zamocowaniu których, moje Zauroczenie odpłynęło w ekstazie. Wtedy wystarczył sam ból nakłutych pleców. Dziś też mieliśmy wykorzystać igły, by w ten sposób sięgnąć po kolejną porcję przyjemności i jednocześnie stworzyć żywy instrument.

Moment na organizację przestrzeni i przygotowania, by zapewnić minimum bezpieczeństwa. Zuza zniosła z pokoju na górze płyn do dezynfekcji i jednorazowe rękawiczki. Kiedy wciągałem obcisły lateks na dłonie, moje oczy spotkały się ze spojrzeniem gospodyni po raz kolejny dzisiejszego wieczoru. Tak jak poprzednio jej wzrok pełen był ekscytacji, tak tym razem dojrzałem w nim jedynie obawę. Wiedziałem, że wkraczamy w obszar BDSM, którego nasza gospodyni nie czuła i nie rozumiała, ale nie spodziewałem się aż takiej reakcji. Zanim zakończyliśmy przygotowania, blondynka, która była dla mnie przewodniczką przez większą część wieczoru, pożegnała się i uciekła przed widokiem nakłuwanego ciała. Zostaliśmy sami.

Kotka z podkulonymi pod pupę nogami i związanymi na wyciągniętym ramieniu harfy nadgarstkami wyglądała jak kwintesencja uległości.

Pierwsze ukłucie. Aksamitne ciało, które poddało się mojemu dotykowi. Zebrana w palcach fałdka skóry, wszystkie mięśnie napięte w oczekiwaniu. Srebrzysta igła zanurzyła się w skórze. Nie przedłużając nadmiernie tego momentu pozwoliłem, by srebrny czubek przedostał się na drugą stronę. Wyczułem bardziej niż usłyszałem, jak kochanka wypuszcza wstrzymywane powietrze.

Podniosłem się z klęczek w poszukiwaniu dezynfekującego alkoholu. Pomocna dłoń Darka podała małą buteleczkę ze spirytusem. Zupełnie zapomniałem o jego obecności. W drugiej dłoni trzymał aparat fotograficzny.

– Macie coś przeciwko, żebym…

– Nie ma sprawy – równocześnie z Kotką wyraziliśmy akceptację.

Porozumienie bez słów. Zadziwiające, ale nie było w nas nieufności, czy choćby odrobiny zawahania. Zwykle w takich momentach nie pozwalałem sobie na jakąkolwiek dokumentację, świadectwo, które mogło stać się dla nas zagrożeniem w przyszłości, gdyby takie zdjęcia dostały się w niepowołane ręce. Zwykle takie wspomnienia pozostawiałem tylko swojej pamięci. Tym razem jednak obdarzyliśmy go pełnym zaufaniem, pomimo że nie ustalaliśmy tego wcześniej.

Odmierzając skrupulatnie odległości, wkłuwałem igłę po igle. Każde z miejsc odpowiadało jednej strunie, każde musiało być zaznaczone i zdezynfekowane, każde musiało być na tyle głębokie i na tyle odległe od pozostałych, by skóra wytrzymała napięcie.

Najpierw uda. Napięte i nieruchome oczekiwały na dotyk. Pod palcami skóra reagowała mrowieniem w okolicach, które wybierałem na miejsce wbicia srebrnego metalu. Cała uwaga skupiła się na tym, by całkowicie kontrolować to, co dzieje się na coraz rozleglejszym polu kłutej skóry, a jednocześnie pozwolić kochance w pełni odczuwać przyjemność z bodźców, którymi karmiłem jej ciało. Srebrne szpilki znaczyły jej nogi. Przy każdym poruszeniu skóra napinała się, zachwycając swoją gładkością.

Z jednej strony ledwie panowałem nad przemożną ochotą przytulenia policzka do delikatnej powierzchni ud, z drugiej wypełniało mnie pragnienie, by każdy centymetr ciała pokryć srebrzystością i bólem.

Wpinając każdą kolejną igłę, czułem się, jakbym odbierał niewinność kolejnym fragmentom pokrytej gęsią skórką powierzchni.

Podniosłem wzrok znad jasnej skóry i spotkałem spojrzenie kochanki. W jednej sekundzie dotarło do mnie, że nie o ciało i zadawane mu cierpienia chodziło. Zrozumiałem, że wszystko działo się bardziej w naszych głowach.

Po zamocowaniu igieł na udach przyszła kolej na biodra i brzuch. Kotka była piękna. Cierpliwie znosiła ból, spływając podnieceniem. Patrzyłem na nią zafascynowany. Zielonookie Zauroczenie, które pozwalało mi kaleczyć swoje ciało, czerpiąc z tego czystą, przyjemność. I kontakt między nami – spokojny, ale pełen energii, nastawiony na branie, ale z wsłuchaniem w siebie nawzajem.

Magia – to słowo najlepiej oddaje to, co działo się między naszą trójką.

Między trzema osobami, bo aparat fotograficzny też miał wpływ na nastrój chwili.

Obecność Darka była dodatkową motywacją, by wykonywać jak najbardziej symetryczne wbicia.

Niemy zachwyt w oczach gospodarza pokazywał, jak niesamowite było połączenie zgrabnego ciała Kotki z masywnością polerowanego drewna.

Migawka aparatu wydawała charakterystyczny dźwięk przy każdym zdjęciu. Towarzyszyła przy poszczególnych ukłuciach, przy każdym zmarszczeniu brwi, przy każdym napięciu mięśni. Gospodarz bezwstydnie zaglądał w zakamarki ciała mojej ukochanej.

Spomiędzy dwóch wyraźnie zarysowanych warg sromowych ledwie zauważalną strużką wyciekało podniecenie. Tuż powyżej różowiła się perła łechtaczki okryta delikatnym kapturkiem, który tak lubiłem lizać i ssać.

Dotychczas nie wyobrażałem sobie, bym dopuścił kogokolwiek do tak intymnych momentów, a teraz sam rozsuwałem palcami srom Kotki, wystawiając go na widok obiektywu. Zadawałem sobie sprawę z tego przecież jak bardzo lubi pozować do zdjęć, jak mocno karmi to jej próżność. Ale nie spodziewałem się, że towarzyszący nam aparat również na mnie wywrze taki wpływ.

Kolejne srebrne szpilki znaczyły ciało. Pokazała się kropelka krwi. Musiałem mocno panować nad sobą, by nie zlizać, by nie przejechać szorstkością języka wzdłuż płaskiego brzucha. Pieprzyki wokół pępka, jak księżyce Saturna, podpowiadały, gdzie rozłożone są sfery erogenne. Sterczące z podniecenia sutki, wygięte w tył ciało, odchylona głowa i nabrzmiałe podnieceniem wargi. Kotka była piękna. A ja byłem w niej bezbrzeżnie zakochany.

Nie sposób opisać satysfakcji z oddania i zaufania jakim zostałem obdarowany tego wieczoru. Nie sposób opisać słowami milczącego porozumienia i aktywnej zgody na to, co moje palce robiły z jej ciałem. Za każdym razem, kiedy zbliżałem się z następną igłą, czułem magnetyczne przyciąganie i niemą prośbę w oczach – pragnienie więcej.

Kotka oddychała głęboko i spokojnie. Nie był to jednak spokój ukołysanego i rozluźnionego ciała, ale pełnia odczuwania, emocji wynikających z poddania się cierpieniu. Pełnia odczuwania wykraczającego poza zwykły ból. Każda kolejna igła przyjmowana była z uśmiechem Nie czułem satysfakcji z zadawania bólu. To nie było sadystyczne czerpanie przyjemności z tego, że znęcam się nad ofiarą. Czułem się, jak bym brał udział w niepojętym przepływie energii pomiędzy nami, gdzie jej ciało i moje dłonie pełniły tylko rolę narzędzi, a rzeczywista wymiana dokonywała się na poziomie zjednoczonych umysłów.

Pocałunek. Ekstatyczny. Spokojny. Wilgotny. Potwierdzenie naszego kontaktu i współdzielonych emocji.

Kończąc dzieło, wbiłem ostatnią igłę. Jeszcze tylko przeciągnięcie ciemnych nici, tak by ciało drżało naciągnięte na strunach. Poczułem narastające podekscytowanie. Pewność manipulujących przy kobiecym ciele dłoni, nie zdradzała niecierpliwości, by ujrzeć finalne dzieło mojego pokręconego umysłu.

Kiedy wszystkie struny zostały już umocowane podniosłem się, by ocenić efekt moich starań. Od górnego ramienia harfy do ciała Kotki biegły ciemne sznurki pełniące rolę strun. Delikatnie szarpnąłem za ciemne nici, jakbym próbował wydobyć z nich dźwięk…

Naprężyła się cała. Zacisnęła powieki i zagryzła wargi, lecz nie zaprotestowała ani słowem. Oddała się całkowicie władzy instrumentu. Z każdym dotknięciem drżała i prężyła się, sterowana niesłyszalną muzyką.

Takiej jej chciałem. Oddanej i spływającej podnieceniem. Współdzielącej ze mną najbardziej rozpustne marzenia.

Oparłem dłoń o rozciągnięte od ciał Kotki do drzewca harfy sznurki, przyglądając się, jak naznaczona igłami skóra naciąga się do granic wytrzymałości. Poprzecznie umocowane szpilki opierały się naciskowi strun, przekazując każdy mój ruch wprost do ciała. W szklistym wzroku kochanki mogłem dostrzec, że jest w stanie odrealnionego uniesienia. Niezwykły moment, kiedy wszystkie bodźce zredukowane były do jednego. Zmieniałem naprężenie nici, raz po raz wydobywając zduszone westchnięcia z ust Kotki. To dziwne, ale mimo, że czuliśmy się zupełnie swobodnie oraz mogliśmy pozwolić sobie na nieskrępowane wyrażanie emocji, całość koncertu na ciało i harfę odbywała się w całkowitej niemal ciszy.

Nie umiem określić, jak długo bawiliśmy się wszystkimi możliwościami, jakie dawała harfa. Nie wiem, ile trwał niemy koncert – czas tego wieczoru to zwalniał, to przyspieszał, nie mając nic wspólnego z sekundami, minutami czy godzinami.

W końcu obydwoje byliśmy nasyceni.

Za oknami świt posrebrzył śnieg. Wyplątana ze strun, oswobodzona z igieł, swobodna i rozluźniona Kotka przysłuchiwała się mojej rozmowie z naszym gospodarzem. Miodowy posmak alkoholu pozwalał bez trudu odpędzić senność. Nie zauważyłem nawet, kiedy noc zmieniła się w jaśniejący coraz bardziej dzień.

Pora już było wracać.

Tym razem wnętrze samochodu powitało nas chłodem mroźnego poranka. Pod powiekami kłębiły się obrazy z ostatnich kilkunastu godzin.

Zmieniłem się. Wewnętrzna bestia, którą sam w sobie wyhodowałem znikła jak pod wpływem czarodziejskiej różdżki. Nie gnałem w pogoni za doznaniami – nie musiałem tego robić, bo przychodziły same. Nie szukałem zaspokojenia wiecznego głodu, bo już go nie odczuwałem. Potrafiłem się nasycić. I to nie wrażeniami fizycznymi, ale czymś, co było o wiele cenniejsze – uwspólnionymi z kimś innym emocjami.

Teraz, blisko siebie, wyczuwałem obecność osoby, dzięki której ten wieczór mógł się zdarzyć. Czy mogło być coś ważniejszego w tej chwili?

.

autor: Barman Raven


To może być również interesujące:

Stealthing, to nie był gwałt

BDSM wprowadzenie

Jak zwiększyć częstotliwość orgazmów?

Seks w ciąży

Brudna gra – opowiadanie erotyczne o zdradzie 

Pusta sala – opowiadanie femdom


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zaobserwujesz nasz funpage, żeby być ze wszystkim na bieżąco.

Dodaj komentarz