Walkiria

męska dominacja

Walkiria – Boober – opowiadanie erotyczne

Pierwszy kontakt z Walkirią? To było na jakimś przyjęciu. Mniejsza o to, kto je organizował i z jakiej okazji. W każdym razie gdzieś w okolicy baru. Stała i rozmawiała z jakimś nudnawym typem. Niby taka „ładna buzia”, ale miała w sobie coś, co nie pasowało do całości.

Potem jeszcze raz, przy szwedzkim stole. Nienagannie skrojona, ciemnogranatowa garsonka, ołówkowa spódnica, szpilki… No niby typowa „młoda zdolna”, ale coś w niej nie pasowało. Potem wypadła poza radar, przyjęcie rozpłynęło się w nijakości, a ona – zlała z innymi twarzami.

Na kolejny raz przyszło czekać z pół roku, jak nie lepiej. Parapetówka w nowym domu dobrego przyjaciela. Sporo znajomych, jeszcze więcej znajomych znajomych, głośna muzyka, tańce w ogrodzie, alkohol w ilościach hurtowych. No wszystko to, co mieści się w kategorii „gruba balanga”. Czas jakiś zajęło mi wykopanie w czeluściach pamięci twarzy. Ale za to wiele dało się przy okazji zaobserwować. Na przykład to, co „nie pasowało” za pierwszym razem. Wystarczyło spojrzeć na nią na parkiecie, a konkretnie tarasie, na którym kilkanaście osób kiwało się przy ryczących głośnikach. Przypominała zwiniętą sprężynę. Każdy ruch sprawiał wrażenie precyzyjnego, starannie zaplanowanego, nie tracąc ani na moment naturalnej płynności. Nie, na pewno nie była tancerką. Tancerze mają nawyki i maniery, które zdradzają ich nawet wtedy, kiedy nie tańczą. Ona czyniła to naturalnie, swobodnie. Ale każdy ruch zdradzał nieprzeciętną sprawność. Coś trenowała na pewno, tylko co? Raczej nie sporty walki. Ich adepci też mają całą gamę łatwo obserwowalnych nawyków. Na gimnastyczkę była już zdecydowanie za dorosła. Figura, szybkość ruchów pasowałyby do czegoś w rodzaju szermierki czy skoków do wody…

Początkowo luzackie ubranie, jakie na siebie włożyła z pewnością utrudniło mi jej rozpoznanie. Wąskie dżinsy, ciut przymały t-shirt, zamszowe półbuty były czymś zupełnie innym niż garsonka i szpilki. Zajmowane przeze mnie stanowisko w ogrodzie pozwalało na swobodne kontemplowanie tego, co działo się na tarasie. Papieros, piwo… Podobała mi się. Lubię osoby z charakterem, a ona na pewno go posiadała.

– Oglądasz ją zawodowo, czy prywatnie? – z zamyślenia wyrwał mnie głos jednego z przyjaciół.

– A co za różnica?

– Jak zawodowo, to sobie odpuść. Gadałem z nią kiedyś na ten temat. Czysta jak łza i nie ma zamiaru zmieniać tego stanu. Na twoje pomysły raczej nie da się namówić…

– Prywatnie.

– Co, prywatnie.

– Obserwuje ją prywatnie.

– To w sumie też na nic. Podobno strasznie niedostępna. Ale jak chcesz coś więcej o niej, pogadaj z Pawełkiem. O ile pamiętam, to on ją przyprowadził.

Kupić, nie kupić, potargować warto. Pawełek okupował szeroką kanapę w salonie, w towarzystwie dwóch kobiet. Znając gospodarza imprezy, w którego otoczeniu przewaga samotnych samców nad samotnymi kobietami była aż bolesna, obie panie należały do grona kobiet zawodowo towarzyskich. Na imprezach u niego było to niemal normą. Zwłaszcza, że lubił, gdy wraz z upływem czasu i alkoholu przyjęcia przekształcały się w orgietki. Pawełek na mój widok rozpromienił się niczym kot na widok baleronu. Władczym ruchem dłoni nakazał jednej ze swoich towarzyszek ustąpić mi miejsca na kanapie.

– Siadaj. Co tam u ciebie, interes dobrze idzie?

– Nie narzekam… Starcza na rachunki… Pawełek, możesz mi powiedzieć parę słów o jednej osobie?

– Cel pościelowy czy materiał na kolejne dzieło?

Bezpośredniość Pawełka wielokrotnie zahaczała o grubiaństwo, ale wszyscy jego przyjaciele do tego przywykli i traktowali z przymrużeniem oka. Na reszcie Pawełkowi najwyraźniej nie zależało.

– Jeszcze nie wiem.

– A o kogo chodzi?

– Dżinsy, podkoszulek z Che Guevarą, zamszowe półbuty, złoty sześćdziesiąt, jasne włosy, drobna buźka. Kojarzysz?

– Ma na imię Karina. Pół Szwedka, pół Polka. Robi coś w filmie, ale nie pamiętam już, co konkretnie. O ile wiem, luzem. Poznałem ją przy okazji jakiegoś projektu i się zaprzyjaźniliśmy. Tylko jeśli chodzi o łóżko, to mam wrażenie, że to stuprocentowa wanilia. W ogóle wydaje mi się jakaś taka przesłodzona. I niedostępna. Coś próbowałem, ale Arktyka przy niej to niemal tropiki.

– Lubię poznawać ludzi. I czasem robię to dla przyjemności innej niż interes, jakkolwiek rozumiany – cóż, czasem prawienie ludziom drobnych złośliwości jest silniejsze ode mnie. – Baw się dobrze.

– Jak zawsze… – Pawełek pociągnął długi łyk piwa wprost z butelki i poklepał jedną ze swoich towarzyszek po krągłym tyłku. Nic tu po mnie. Nie przepadam za patrzeniem ludziom na ręce tudzież inne części ciała podczas pracy. Mnie to wkurza, więc unikam robienia tego innym. A że damy negocjowalnego afektu do pracy zabiorą się lada moment, było niemal pewne.

– Masz na imię Karina, prawda?

– Karin, nie Karina. Skąd wiesz? – dziewczyna odstawiła piwo i spojrzała na mnie badawczo.

– Od jednego wspólnego znajomego. To raczej niespotykane w tym kręgu kulturowym imię…

– Taa… Matka ma na imię Ylva, więc kwestia kręgu jest dyskusyjna…

– Norweżka?

– Szwedka. I to tylko do połowy…

– Licząc od góry, czy od dołu?

Najpierw jakby nie zrozumiała żartu. Potem popatrzyła na mnie i roześmiała się. Uroczy uśmiech… Była interesująca. Miała jakąś zadziorność w oczach. I apetyt na życie. Są ludzie, którzy wprost pachną chęcią czerpania z życia pełnymi garściami i smakowania każdej chwili. Coś w środku nie pozwala im zatrzymać się, odpocząć… Nie tracą czasu na drobiazgi, ale szukają przeżyć w najczystszej postaci.

– A tak w ogóle, nasz wspólny znajomy wspominał, że pracujesz w filmie… Jeśli jesteś aktorką, to przepraszam, ale nie wiem, w czym grałaś. Raczej nie oglądam filmów.

– Jestem kaskaderką – znów ten uśmiech. – Nie patrz tak na mnie. Nie tylko Bond potrzebuje dublera. Dziewczyny Bonda też, a zasadniczo prościej jest wynająć do tego dziewczynę, niż dorabiać facetowi biust i uczyć go delikatnych ruchów… A ty? Z czego żyjesz? Też z branży?

– Poniekąd. Między innymi charakteryzacja, a głównie to wszelkie aspekty piękna. Kosmetyka, tatuaże, piercing…

– O, to ostatnie kompletnie nie dla mnie.

– A to czemu?

– Po pierwsze z praktycznego punktu widzenia. Przeszkadzałyby mi pracy. Po drugie z praktycznego punktu widzenia. Kolczyki są zagrożeniem dla mnie i partnerów. Wiesz o co chodzi.

– We wszystkim jesteś taka praktyczna?

– Zasadniczo tak… To wiele ułatwia.

– Co na przykład?

– Na przykład nie przejmowanie się nadmiernie tym, z czego się żyje. Praca to zajęcie nudne i męczące. Trzeba je wykonywać tylko przez tyle czasu, ile jest to niezbędnie konieczne…

Roześmiała się. Uroczym, zaraźliwym śmiechem… Dotarło do mnie, że wiele dam, żeby ją mieć. Pytanie, czy się uda.

– Wiesz co, chodźmy gdzieś dalej do ogrodu, od tego łomotu już mi uszy puchną. Papierosa?

– Dzięki, rzuciłam czas jakiś temu… Ale pal, już mi to nie przeszkadza…

Gadała ze mną gdzieś do czwartej rano. Dała numer telefonu „zadzwoń, jak będziesz mieć w planach skakanie z jadącego samochodu”, ja jej swój – „jakbyś chciała zrobić się na bóstwo, daj znać”.

W taksówce wiozącej mnie do domu wciąż gdzieś na dnie świadomości kołatał się obraz tej dziewczyny. Nie, na pewno nie było to zakochanie, ten stan od jakiegoś czasu jest mi całkiem obcy. Raczej zainteresowanie z mocnym podłożem erotycznym. Owszem, była stuprocentową wanilią, ale zmiana tego stanu nie jest rzeczą niemożliwą. I nie jest też niemożliwe przekonanie jej do ewentualnych zdobień ciała… W końcu poglądów nie zmienia tylko krowa. A okiełznanie takiej dzikiej lamparcicy, zamienienie jej w potulną i powolną mi kotkę to ten typ wyzwania, który bardzo, ale to bardzo mi leży… Tylko czy aby na pewno mam ochotę ją zmieniać?

Zadzwoniła po dwóch tygodniach. W sumie raczej w celach interesownych – potrzebowała się zrobić na jakąś rodzinną uroczystość, wesele w rodzinie czy coś podobnego. W zasadzie to mógł to załatwić któryś z moich ludzi. Odmówienie jednak sobie takiej okazji by nieco poznać jej ciało, a właściwie tylko twarz, byłoby błędem który trudno jest wybaczyć swojej własnej głupocie. Przyszła pół godziny po telefonie. Z tęgim sińcem na twarzy i podrapanym czołem.

– Cześć. Słuchaj, idę po południu na eleganckie przyjęcie. Oczywiście, zapomniałam, że obiecałam siostrze się na nim pojawić. Mam godzinę z kawałkiem, i muszę wyglądać jak kobieta, a nie jak kaskader po ciężkim dniu zdjęciowym, który właśnie mam za sobą. Zrób coś… Reputacja cię wyprzedza, więc liczę na cud, prawdę mówiąc…

– Bez przesady… Siadaj i pokaż buźkę…

Faktycznie, wyglądała nienajlepiej. Przede wszystkim z powodu potężnego siniaka na prawym policzku. Coś, gdzieś wyszło nie tak, jak powinno i oberwała jakimś kołkiem. Na całe szczęście skończyło się na potłuczeniu.

Fajnie jest robić w takiej branży. Można ludzi bezkarnie obmacywać po twarzach… A Karin miała skórę przemiłą w dotyku. Sprężystą, jak cała ona. Szkoda, że na czas przyjęcia nie będzie tego widać. Ale inaczej siniaka nie da się zamaskować.

– Dobra, zrobię co się da, ale obiecaj mi coś…

– Co?

– Wpadniesz do mnie po tym przyjęciu.

– Żartujesz?

– Nie.

– Dobra, ale nie obiecuję. Wiesz, jak się za bardzo sponiewieram, to jadę do domu…

– Nie sponiewieraj się…

Przyszła. O wpół do pierwszej zadzwonił domofon. Wyglądała cudownie. Klasyczna mała czarna, delikatne szpileczki… Jak ciastko z Alicji w Krainie Czarów z napisem „zjedz mnie”. Tyle, że zanim to ciasteczko da się schrupać, długa droga…

– Cześć…

– Cześć… Jestem, jak obiecałam… Tylko nie wiem, po co… – roześmiała się tym charakterystycznym śmiechem ludzi na rauszu. – Bo chyba nie zaciągniesz mnie do łóżka…

– Kto wie…. Na początek to pewnie zaciągnę cię do kuchni. Pijesz herbatę, wino?

– Wiesz co, jak masz, to wino. Najlepiej białe, wytrawne.

– Mam. Chodź.

Dwie godziny gadania, nawet nie wiem, kiedy minęły. Kuchnia została zamieniona na salonik, a właściwie podłogę prze kominkiem. Teraz wygaszonym, bo lato w pełni. Karin zrzuciła szpilki, oparła się wygodnie o poręcz fotela… Odpoczywała. Opowiadała o swoim życiu, o wyjeździe w Alpy… A ja? Cóż, znacznie bardziej interesujące od słuchania jej było kontemplowanie krągłości, dyskretnie opiętych małą czarną. Przez cienką tkaninę przebijał delikatnie kontur sutków, nie pozwalając na oderwanie od siebie na dłużej wzroku… Tak, trzeba ją zdobyć… Jest taka urocza, taka zadziorna… I trzeba ją zdobyć, nie łamiąc… Jeszcze nie dziś. Dzisiaj trzeba pościelić jej na kanapie, dać miękką poduszkę i pozwolić spokojnie wyspać się do rana…

Wstała pierwsza. Spotkaliśmy się w kuchni. Karin była na etapie kontemplowania przycisków ekspresu do kawy, owinięta ręcznikiem i z mokrą głową. Ciemnozielona frota kończyła się tuż poniżej krągłego tyłeczka, odsłaniając apetyczne uda.

– Poradzisz sobie?

– Ta… Tylko czemu ta zaraza tak długo się nagrzewa?

– Nie wiem. Ten typ tak ma, ale za to robi świetną kawę…

– Mnie nie jest potrzebna kawa świetna, tylko zawierająca końską dawkę kofeiny… Słuchaj, a z innej beczki… Skąd masz tą kolekcję żelastwa na ścianie?

A, czyli jednak ją to zainteresowało. Kolekcja nie była może imponująca, ale każdy okaz białej broni, jaki się w niej znalazł, był w pełni funkcjonalny. Żadnych ładnych atrap, wszystko ostre. Katana, replika średniowiecznego bastarda, replika gladiusa, kilka bagnetów, kilka noży, kaukaski bojowy czekanik… Starczyłoby na niejedną rozróbę…

– Pamiątki z różnych dziwnych życiowych zdarzeń… – nie wdawajmy się w detale. Szkoda czasu. – Chcesz się do czegoś przymierzyć?

– Teraz?

No cóż, aż się prosi o małą prowokację…

– A czemu nie. Chyba, że gdzieś się bardzo spieszysz…

– W sumie nie… Na planie mam być dopiero po południu…

Podeszła do ściany i sięgnęła po gladius. Zważyła miecz w dłoni, szukając balansu. A potem od niechcenia wykręciła elegancki młynek i wyprowadziła niskie, szybkie cięcie w nieistniejącego przeciwnika. Ów nieistniejący, za to podstępnie wykorzystujący grawitację nieprzyjaciel zerwał z niej ręcznik.

Co dziwne, Karin absolutnie się tym nie przejęła. Kopnęła zawadzającą jej materię w kąt i dalej walczyła z niewidocznym wrogiem. Wysoki sztych, tercja, parada, zastawa, septyma, przerzut na lewą rękę… Nie wiem, co było bardziej urzekające – jej nagie ciało, czy piękno harmonijnych ruchów. Cóż, ona pewnie patrząc na mnie mogła zobaczyć coś, co przypominało cielaka gapiącego się na malowane wrota. No, może nieco dyskretniejszego w okazywaniu zachwytu. W końcu miecz wrócił na ścianę, A Karin, znów grzecznie owinięta ręcznikiem, do kuchennego stołu, na którym pojawiły się dwie filiżanki espresso.

– Lubisz to?

– Co?

– Szermierkę.

– Kiedyś trenowałam. Ale masz rację, lubię. W ogóle lubię białą broń. Nie wiem, ale jak dla mnie, nóż jest cholernie erotyczny. Pal sześć skojarzenia z fiutem, ale na przykład taki dotyk zimnej stali na skórze… – odchyliła się lekko na krześle. – Dobra, Magnusson, uspokój się…

Mam cię! I wcale nie jesteś aż taka waniliowa, jak się Pawełkowi zdawało…

Zaczęły się spotkania. Niby nic zobowiązującego, kawka, pub, wypad do klubu. W końcu, po dość wesołej imprezie w gronie znajomych „coś zaiskrzyło”… A zaczęło się przypadkiem, od zabawy wąskim, rosyjskim nożem myśliwskim. Jeden z przyjaciół dał mi go kilka tygodni wcześniej, w charakterze spóźnionego prezentu urodzinowego. W domu, w trakcie oglądania, coś mnie podkusiło, żeby dotknąć tępą stroną ostrza jej karku.

– Przestań…

– Czemu?

– Nie ręczę za skutki…

– Tak?

Stal znów zetknęła się z odsłoniętym karkiem. Znów tylko tępą stroną, tak, żeby zaznaczyć swoją obecność.

– Przestań… Mokro mi się od tego robi…

Tym razem nóż okazał więcej zdecydowania. Czubek ostrza znalazł się na jej kręgosłupie, kilka milimetrów ponad krawędzią bawełnianej koszulki.

– Co ty wyczyniasz? – westchnęła. Jeszcze walczyła ze sobą. Nie bardzo wiedziała, czy ma ulec mnie i nożowi, czy wstać wyjść. Mogła to zrobić, w każdej chwili, nic jej nie trzymało. Ale nie zrobiła tego. Oderwała grzbiet od kanapy i objęła dłońmi swoje kolana. Teraz nóż miał dostęp do całych jej pleców. I z niego skorzystał.

Ostrze dokładnie odrysowało na karku krawędź podkoszulka, zostawiając na skórze ledwie widoczny, o kilka zaledwie tonów jaśniejszy od naskórka ślad. Karin aż jęknęła, i z całą pewnością nie był to jęk bólu…

Wiem, to co stało się potem było ryzykowne. Ale nic nie było w stanie mnie powstrzymać… Cóż, skłonność do ryzyka była jedną z tych cech, które czyniły Karin w jakimś sensie podobną do mnie. Nóż zjechał jednym, płynnym ruchem wzdłuż kręgosłupa, przecinając bawełnę. Był naprawdę piekielnie ostry. Mnie też to w sumie zaskoczyło. Ale jeszcze bardziej zaskoczyła mnie reakcja Karin. Właściwie należało się spodziewać raczej niezbyt pochlebnych słów na temat mojej inteligencji i zniszczonego podkoszulka. Tymczasem z jej gardła wydobył się dźwięk, który najbardziej przypominał gotującego się do ataku tygrysa, czy innego dzikiego kota. Dziewczyna wyprężyła się, odrzucając głowę w tył.

– Przestań, bo zacznę wrzeszczeć… – wystękała po chwili. – Jestem strasznie głośna w łóżku…

– No to co… – jak powiedziało się „a”, to trzeba powiedzieć i „be”.

– Djävlar… Vad som helst…

– Co proszę?

– Zrób mi dobrze, wszystko jedno jak, ale zrób… – wyjęczała.

No a po co to całe przygotowanie? Przecięta bluzka spadła na ziemię, zanim jeszcze Karin zdołała dokończyć zdanie. Jak zwykle, nie miała stanika. Nóż zastąpiły moje usta, chciwie poznające jej biust. Karin, masz za co dziękować swojej matce… Piersi pół-Szwedki były przecudowne. Sprężyste, jędrne jak u nastolatki. Mój język oszalał, kiedy poczuł twardość różowych sutków, ich słonawy smak… Nóż chwilowo poszedł w odstawkę, nikt i nic nie będzie mi przeszkadzać w kontemplowaniu tak cudownej kobiety… Jej pierwszy orgazm przyszedł nagle, bez najmniejszego uprzedzenia. Wyprężyła się w moich ramionach, wbiła mi paznokcie w plecy, a potem z jej gardła wyrwał się okrzyk, którego nie powstydziłyby się nawet najbardziej dumne walkirie…

Nóż znów wziął się do pracy, wodząc po jej skórze, tym razem wokół sterczących sutków, po sprężystych piersiach, brzuchu… Sama pomogła mi zdjąć spodnie, a potem pozwoliła, by majtki podzieliły los podkoszulka… Ostrze kilka razy prześliznęło się po jej udach, a potem przejechało po wąskim paseczku włosów… Była mokra, tak mokra jak tylko potrafi być mokra kobieta podniecona do granic bólu. A noc dopiero się zaczynała.

Czubek ostrza zaczął rysować wzory na jej nagim ciele. Kilka razy okrążył sutek, ześliznął się po łagodnej krzywiźnie piersi, przez mostek aż na sprężysty brzuch. Kiedy ostrze zaczęło kreślić swoje esy-floresy wokół jej pępka, pod skórą zarysowały się napięte mięśnie. Szpic, klasyczna „finka”, z lubością odrysował wszystkie zagłębienia pomiędzy bruzdami wypracowanymi niemal nieustannym treningiem. Z gardła Karin wydobyło się kolejne ni to westchnienie, ni to pomruk… Tymczasem stal wędrowała dalej. Ostrożnie, żeby przypadkiem nie skaleczyć dziewczyny, czubek klingi prześliznął się wzdłuż niewidocznej linii, która oddziela brzuch od podbrzusza i znów wsunął się w pomiędzy króciutko przystrzyżone włoski na wzgórku.

– Proszę… Zaraz zemdleję… – jęknęła.

Taka prośba nie mogła pozostać niespełniona. Nóż od razu wiedział, gdzie się znaleźć. Dotknięcie czubkiem ostrza jej śliskiej, nabrzmiałej perełki podziałało. I to tak, że na wszelki wypadek na kilka chwil ręka z nożem znalazła się jak najdalej od ciała Karin. Ona po prostu eksplodowała orgazmem, do jakiego zdolna jest jedynie kobieta…

A potem nóż wrócił na jej ciało. Jeszcze raz, i jeszcze raz… I nic nie chcąc w zamian, dzisiaj jest jej noc… Jej rozkosz, ja natomiast będę ją dawać. Czas na branie przyjdzie później… Tak piękne ciało, tak cudowna kobieta zasługuje na pieszczotę, której nie musi odwzajemniać… Nóż jeszcze wiele razy badał jej ciało. Ostrze ślizgało się po najbardziej wrażliwych miejscach. Gdzieś tam, w Walhalli, Walkirie wsłuchiwały się w śpiew swojej uczennicy i z dumą kiwały przybranymi w rogate hełmy głowami… Kiedy wyczerpana kolejnymi orgazmami wtuliła się we mnie i zasnęła, dane mi było jeszcze raz, w całej okazałości, poczuć ciepło jej rozpalonego ciała… Było cudowne… Zasnąć w objęciach takiej kobiety to najlepsza pointa wieczoru, jaką można sobie wyobrazić…

Przez parę dni chodziła mi po głowie myśl, żeby zaproponować jej wprowadzenie się do mnie. Jednak nim udało się zamiar wprowadzić w czyn, Karin akurat wyjechała na plan. Miało jej nie być kilka dni, ale wyjazd przeciągnął się na prawie trzy tygodnie. Co oczywiście nie oznaczało, że nie utrzymywała ze mną kontaktu. Na kilka dni przed planowanym powrotem zadzwoniła pod wieczór.

– Słuchaj, a może wdepniesz do nas? W sumie to raptem parę godzin jazdy..

– Nie lubię przeszkadzać ludziom w pracy…

– Nie będziesz, o ile nie wleziesz w kadr…

– W sumie… Na razie nie mam nic konkretnego do załatwienia w mieście… Gdzie to jest dokładnie?

Podała mi adres.

*

Udało mi się tam dojechać wczesnym popołudniem. Ktoś z obsługi planu poinformował mnie, że Karin akurat przygotowuje się do ujęcia, szykowali jakiś numer z motocyklem. Popatrzeć zawsze warto…

Numer nie był jakiś szczególnie wymyślny. Z kilku zdań, które w ramach wyjaśnienia rzucił mi ktoś z asystentów ekipy kaskaderskiej, wynikało, że dziewczyna po prostu ma przejechać na motocyklu po kilku samochodach, przeskoczyć nad jednym z nich, a wszystko to przy akompaniamencie wybuchów.

Zajęcie wygodnego stanowiska obserwacyjnego na dachu przyczepy techników okazało się idealnym pomysłem. Widok stamtąd był doskonały. Karin chodziła po planie, już w kostiumie do ujęcia. W peruce w kolorze platynowego blond dawało się ją poznać właściwe tylko po figurze, ale ta była mi aż za dobrze znana. Co za kretynizm, ktoś kazał jej jeździć na motocyklu w wieczorowej sukni. Klasycznej, z odsłoniętymi plecami, niemal do samej ziemi. No, jak Karin przez tę kieckę nie zrobi sobie krzywdy, to będzie naprawdę niezły numer…

Wyczekiwanie na „Grande finale” trwało jeszcze prawie godzinę. W końcu ktoś przez megafon ogłosił ciszę na planie, ruszyły kamery, rozległo się sakramentalne w branży zawołanie „akcja” i zaczęło się. W sukni dziewczyna wyglądała na motocyklu niczym jakaś parodia Batmana, któremu płaszcz z niewiadomych przyczyn osunął się na pas. Wszystkie dźwięki zagłuszył ryk silnika czarnego (a jakże) ścigacza. Jeszcze najazd na rampę, i zaczęło się. Motocykl skakał z dachu jednego samochodu na drugi, wybuchy goniły czarną postać. W końcu, z niejakim trudem, przez kłęby dymu, udało mi się dostrzec, jak motocykl wyskakuje w powietrze, przelatuje nad srebrnym kabrioletem i przy akompaniamencie kolejnych eksplozji znika w następnej chmurze dymu.

Ekipa rzuciła się gasić to, co przed chwilą pracowicie podpalała, ktoś klaskał. Karin po kilku chwilach podjechała na motocyklu do swoich partnerów. Poklepywania po plecach, gratulacje, uściski dłoni. A potem dostrzegła mnie na dachu przyczepy.

– Jesteś! Chodź do nas.

– Poczekam, nie będę wam przeszkadzać!

– Skończyliśmy na dzisiaj.

Minutę później przytuliła się do mnie na powitanie.

– Chodź do mojej przyczepy, muszę pozbyć się tej kiecki i peruki.

Odwróciła się na pięcie. Wtedy moim oczom ukazało się coś, co z mojego stanowiska obserwacyjnego wyglądało jak część sukni. Tymczasem był to tatuaż. Tandetny wzór z czaszkami, płomieniami i różami, jakie z lubością majstrują sobie motocykliści albo podrzędne gwiazdki rocka. Parę sekund zajęło mi uświadomienie sobie, że to po prostu charakteryzacja, namalowana na skórze. Śmiechu nie udało mi się opanować, niestety.

– Co cię tak bawi?

– Kto wydał z siebie ten bohomaz na twoich plecach?

– Daj spokój, cały ten film to zdaje się taka sama chała. Ale płacą i robimy tu naprawdę sporo fajnych numerów. Reżyser to idiota, im więcej wybucha, tym się bardziej się cieszy… Zaraz to zmyję…

No dobra, zmycie tatuażu pozostawiła mnie. A także zmycie potu, kurzu i zmęczenia… To mycie zajęło nam trochę czasu. Na całe szczęście tym razem Walkiria postanowiła nie śpiewać, bo gdyby jednak wpadła na taki pomysł, ekipa mogłaby mieć niezły ubaw…

Wieczorem w hotelowym pokoju Walkiria jednak rozśpiewała się na całego. Cóż, było trochę do nadrobienia. I kolejny krok do postawienia.

Troszkę pracy wymagało przekonanie Karin, by pozwoliła zaprosić do zabawy troje nowych przyjaciół. Przyjaciół, którzy przyjechali ze mną w granatowej, ortalionowej torbie. Pierwszym był miękki, pleciony sznur, drugim komplet skórzanych bransolet na ręce i nogi. Każda z mocnym, stalowym pierścieniem. Towarzyszyła im przyjaciółka z czarnego aksamitu – opaska na oczy.

– Djävlar…

– No, jak klniesz po szwedzku, to znaczy że się zgodzisz…

– Nie wiem, czemu się na to godzę… To dziwne…

Przyjaciele wzięli się sprawnie do pracy. Po kilku chwilach oba nadgarstki Karin, opięte skórzanymi bransoletami, blisko zapoznały się ze narożnikami łóżka. Tak samo nogi. Leżała na granatowym, hotelowym prześcieradle, przypominając wielki znak „X” na rysunku technicznym. Niesamowicie podniecający, uroczy, powoli rozpalający się do czerwoności „X”. Kilka chwil kontemplacji jej zielonych oczu, w których podniecenie walczyło o lepsze z niepokojem i aksamitna przyjaciółka otuliła ją ciemnością.

– Jestem twoja… Wanilia? – powtórzyła signale.

– Wanilia.

Jej ciało było tak urzekające, że zostało obdarowane najpierw pieszczotami. Na ból, no może odrobinę, przyjdzie czas później. Moje palce badały każdy skrawek skóry, dotykały wszystkich miejsc, których teraz, nawet gdyby chciała, nie mogła osłonić. Jej podniecenie stawało się coraz bardziej wyczuwalne, coraz mocniej reagowała na dotyk. Spod delikatnej woni balsamu do kąpieli i lekkich, kwiatowych perfum powoli zaczął wydobywać się jej własny zapach. Zapierająca dech w piersiach mieszanka siły i pożądania. Palce delikatnie otarły się o szparkę. Była już pełna wilgoci.

– O tak.. Teraz tu… – westchnęła.

O nie, kochanie, jeszcze nie „teraz” i na pewno nie „tu”. W mojej dłoni znalazła się kostka lodu ze stojącego na nocnej szafce wiaderka z napoczętą butelką białego wina. I bez żadnego uprzedzenia opadła na wyprężony, twardy sutek. Możecie nie wierzyć, ale mimo mocnego sznurka, Karin niemal zrobiła mostek na łóżku. Sosnowe drewno zaskrzypiało w proteście przeciwko tak brutalnemu traktowaniu, jednak dźwięk ten szybko utonął w jęku dziewczyny.

Dobrze, odpocznij… Lód po chwili spada na drugi sutek. Łóżko znów trzeszczy, a w Karin do nocnego lotu zaczyna budzić się Walkiria. Teraz już zimna kostka nie odrywa się od skóry. Kreśli na niej lśniące, śliskie, mokre i zimne ślady. Szyja, twarz, szyja, obojczyki, ramiona, pachy, boki, piersi, brzuch… W końcu biodra, uda, a potem, po wewnętrznej stronie napiętych mięśni nóg prosto w stronę krocza. Kilkanaście centymetrów od nabrzmiałych, lśniących podnieceniem warg odrywam lód od jej skóry. Karin płonie.

Nie pozwalam jej wybuchnąć. Jeszcze moment. Czekam.

Fala opada. Jej oddech zwalnia, uspokaja się. Zamieniam kostkę lodu na ostrze. Nic specjalnego, niewielki MiniFlight. Specjalnie na tą okazję, na wszelki wypadek, nieco stępiony, Wiem, dla takich co z premedytacją tępią noże jest specjalne miejsce w piekle, ale nadmiar ryzyka też jest głupotą. Moczył się w wiaderku z lodem. Czuję na skórze jego chłód. Ostrze najpierw przejechało przez mostek, potem niżej, na brzuch. Zakreśliło niedbałą pętelkę wokół pępka, a potem przeniosło się wyżej, do szyi. Przez parę chwil wędrowało po linii obojczyków, żeby ostatecznie płaz noża znalazł się na policzku mojej blondyneczki. Zabieram go szybko. Jeszcze nie czas na finał. Przenoszę ostrze nad jej rękę. Przeciągam czubkiem ostrza po ramieniu, od pachy aż po łokieć. Wiedzę napinające się pod skórą mięśnie, kiedy stal zostawia na skórze ciemniejącą szybko krechę.

Jest zaskoczona. Nie spodziewała się bólu. Zatrzymuję się na moment. Jeżeli signale ma paść, to najpewniej teraz. Ale Karin jedynie coraz ciężej oddycha. Na drugiej ręce pojawia się taka sama krecha. A potem jeszcze kilkanaście… Chłodna stal znaczy jej skórę. Jej oddech jest coraz szybszy, coraz bardziej urywany. Sięgam dłonią do wiaderka z niemal całkowicie roztopionym lodem po ostatniego gracza.

Dildo nie jest duże, raptem piętnastocentymetrowe. Ale tworzywo, z którego je wykonano dobrze trzyma temperaturę. Jest zimne. Bardzo zimne. Sięgam opuszkami między napięte, lśniące od potu uda mojej Walkiri. Delikatnie gładzę ociekające sokiem wargi, a potem bez żadnego uprzedzenia, bez najmniejszego zdradzającego mnie szelestu, wpycham w nią dildo. W tym samym momencie Walkiria zrywa się do lotu. Dosłownie. Poprzeczka łóżka, do której przywiązany były nogi Karin pęka z trzaskiem, ale ona tego nie słyszy. Wije się po łóżku, przeżywając wywracający ją na nice orgazm… Jest taka piękna, szarpiąca się po łóżku, z mięśniami grającymi swoją symfonię pod skórą, krzycząca z rozkoszy.

W końcu fala opada, a Walkiria ląduje, przywracając Karin ziemi. Dziewczyna z trudem łapie powietrze szeroko otwartymi ustami. W końcu, między jednym a drugim haustem słyszę, jak ze zdartego okrzykami rozkoszy gardła wydobywa się ciche słowo

– Wani… lia… Nie mam już siły…

Kilkoma szybkimi ruchami rozluźniam węzły, uwalniam jej ręce. Kiedy chcę sięgnąć po opaskę, przytrzymuje moją rękę.

– Zostaw… przytul…

Kładę się obok niej. Karin wtula się w mnie plecami. Czuję na swoim brzuchu jej wciąż jeszcze wibrujące pośladki. Wtulam twarz w gorące od niedawnej rozkoszy ciało, chłonę zapach jej skóry, podniecenia, potu… Mijają błogie, pachnące spełnieniem i rozkoszą minuty. Jej oddech staje się spokojniejszy, drżenie powoli ustaje. I kiedy już wydawało mi się, że zasypia, oderwała się ode mnie. A potem, bez słowa, jej usta rozpoczęły wędrówkę po moim ciele. Chcę coś powiedzieć, ale władczym ruchem kładzie mi palec na wargach.

– Nic nie mów… Czuj…

Dała mi rozkosz. Rozkosz, jaką tylko kobieta potrafi ofiarować. Jej usta były wszędzie, na całym ciele. Nie mam w zwyczaju krzyczeć w łóżku, ale tym razem trudno mi było się powstrzymać.

Rano obudził mnie zapach kawy. Karin siedziała naga na łóżku i bawiła się kosmykiem włosów.

– Wiesz co? Chcę zrobić sobie tatuaż – zaatakowała. Jak to ona, bez wstępów, przygotowania, prosto z mostu.

– Na mnie nie licz.

– No co ty? Przecież umiesz. I to naprawdę rewelacyjnie. Widziałam fotki.

– Nie tatuuję znajomych.

– Jak to? A ta piękną róża na łopatce Pauliny? A mustang Kaśki? Nie powiesz mi chyba, że to obce ci osoby.

No to pięknie… Co? Mam jej wytłumaczyć, że obie były swego czasu moimi sukami? Że tatuaż był jak naznaczenie? Coś jak wypalony na skórze krowy znak właściciela? Kurwa… Czy ja nie chcę, żeby Karin była moją suką? Albo się starzeje, albo… Nie. Nie ma mowy. Jak chce, mogę jej zaprojektować rysunek. Ale nie namówi mnie na to, żeby ją kłuć.

– Zamknięty temat. I wybacz, ale nie mam ochoty o tym rozmawiać.

– Boisz się – bardziej stwierdziła, niż spytała.

– To już twoja interpretacja.

Zapada cisza. Karin z westchnieniem przeciąga się, spinając mięśnie. Mała cholernica, wie jak lubię takie widoki…

– A one najpierw były twoimi sukami, czy najpierw przyszły po tatuaż? – wypaliła. Jak to zwykle ona. Bez uprzedzenia, prosto z mostu. Kurwa, ktoś tu odrobił lekcje. Ciekawe, kto przy okazji miał długi jęzor. Dowiem się, ale to nie ma teraz znaczenia. Sytuacja zaczyna robić się co najmniej skomplikowana.

– To sprawa między nimi a mną, ciebie nie dotyczy. Jeśli bardzo chcesz, to możemy zrobić tak: ja przygotuje dla ciebie wzór, a wykłuje go Chudy albo Marika.

– Nie. Ty mi zaprojektujesz, a potem ty mi wykłujesz. O tu! – wstała i przejechała dłonią po swoim podbrzuszu.

– Nie mam mowy.

– Mogę dla ciebie być jak Kaśka albo Paulina.

– Co proszę!? – wiele kosztuje mnie utrzymanie głosu na tym samym, leniwie niedbały poziomie.

– Będę twoją suką… – Karin opadła na kolana, pochylając głowę. – Zrobię cokolwiek…

No jakby w tym momencie do pokoju wparował sam Ajatollah Chomeini i zaczął tańczyć czaczę, to chyba nie wprawiłby mnie w większe osłupienie. Jakim cudem nie udało mi się zauważyć czegoś tak oczywistego? Wabeyante Karin nie było ani krztyny fałszu. To nie była wystudiowana poza, zaplanowany gest. Ona naprawdę klęczała przede mną jak niewolnica. I chciała nią być. Urodzona suczka o duszy Walkirii… Ja tu kombinuję, jak ją ułożyć, ujeździć, jak zmienić tę dziką panterę w potulnego domowego kotka, a tu taki numer? Dostaję na tacy? Albo ja się starzeję, albo głupieję, albo jedno i drugie. Mój wzrok znów zatrzymał się na niej. Bangarang! Olśnienie. Może jeszcze nie jest ze mną tak źle…

– Wstań, daj mi kawę i siadaj tu – klępnięcie w materac to chyba wystarczająco precyzyjna wskazówka.

Usiadła.

– A teraz krótko i na temat. Dlaczego twoje poprzednie związki się rozpadły? Byłaś rzucaną, czy rzucającą?

– Sama nie wiem, jak to poukładać. Te relacje były chore. Za każdym razem przekraczałam granicę… I to nawet nie chodzi już o łóżko. Po prostu byłam straszliwie dominująca. Ustawiałam wszystko pod siebie, tak jak ja chciałam. A potem oni się zmieniali. Na zawsze. Coś w nich łamałam, nawet nie wiem, jak. Jedne związek skończyliśmy jakoś tak po partnersku. Ale pozostali po prostu któregoś dnia odchodzili, raz nawet bez pożegnania. No, a teraz trafiłam na ciebie i wszystko się rozjebało o kant dupy. Nawet przez moment nie chciałam cię podporządkować. Nie mam odwagi. Coś we mnie przeskoczyło. Tobie to ja nawet boję się sprzeciwić. Nie wiem czemu. Na siłę i tak nic mi nie zrobisz, bo jestem od ciebie i silniejsza, i sprawniejsza… To coś z psychiką… Djävlar, nie powiem ci, że cię kocham, bo chyba sama tego nie wiem… Może po prostu w końcu trafiłam na większą alfę od siebie?

Bingo. Mam cię. Teraz jesteś moja i mogę z tobą wszystko. Podaj mi pięknie gardło do rytualnego pokąsania. Tylko co ja teraz mam z nią zrobić? Decyzję trzeba podjąć tu i teraz. Kawa była gorzka, parzyła w gardło, ale filiżanka został opróżniona jednym haustem. Klamka zapadła, nim jeszcze przesycone kofeiną espresso dotarło na dobre do żołądka.

– No. I to nawet nie wiesz, jak. W moim plecaku jest czarne etui. Przynieś – ostatnie słowo brzmi niemal jak „aport”. Wstała, zakręciła się po pokoju, znalazła plecak. Wydobycie z piórnika cienkiego pisaka było kwestią chwili.

– Kładź się. Tu? – moja ręka zakreśliła elipsę nad jej brzuchem.

– Tu… Zrobisz?

– Zrobię. Suczko… – ostatnie słowo zadziałało tak, jak powinno. W zasadzie od jej reakcji zależało, jak to się skończy. Karin spuściła oczy, pochyliła głowę, a potem posłusznie położyła się na łóżku.

Wzór powstawał szybko. Większość moich projektów powstaje szybko, boję się, że z głowy uleci to, co właśnie w niej powstało. Projekt był nieco większy od dwóch złączonych dłoni. Zaczynał się na granicy lewego uda i sięgał niemal do pępka. Na skórze Karin pojawiła się walkiria, w pozbawionym ozdób napierśniku, poszarpanej sukni, bez hełmu, przywiązana do skały i krzycząca w przestrzeń. U jej stóp leżał złamany miecz i potrzaskana tarcza. Pokonana, ale nie złamana, zwyciężona, ale nie upokorzona… Taka teraz jesteś, Karin… Moja suczko…

Wieczorem Marika przywiozła moje narzędzia. Maszynkę, igły, tusze, cały majdan. Zanim Karin ułożyła się na hotelowym łóżku, dla wygody wydepilowana na gładziutko, tak na wszelki wypadek, usłyszała jeszcze ode mnie niemal rytualne pytanie:

– Jesteś pewna? Jak zacznę, to wymazać to można tylko nożem i laserem, a ślady zostaną na całe życie…

– Chcę. Naznacz mnie.

Wydawać by się mogło, że to rutyna. W końcu spod moich rąk i igieł wyszły tysiące wzorów, moich własnych i cudzych. Ale za każdym razem kiedy zaczynam robić tatuaż, to jest, może to śmieszne, jak pierwszy raz w łóżku. Zostawiam po sobie na kimś ślad nie do zmazania.

Maszynka zaczęła brzęczeć. Na twarzy Karin pojawił się grymas, zdradzający niepokój.

– Pamiętaj, masz to przyjąć bez jednego jęknięcia… – w końcu to moja suczka. Igła wbiła się w skórę, znacząc swój ślad ciemnym konturem. Dziewczyna skrzywiła się, ale nawet nie pisnęła. Tylko po napięciu mięśni, po rysujących się pod skórą, drgających kształtach można było się domyślić, że boli. I boleć musiało. Miejsca mało, do kości blisko, gorzej już tylko tatuować na kręgosłupie i głowie… A brzuch też nie lepszy… Cóż, cierp ciało, co ci się chciało…

*

Mijały godziny. Maszynka brzęczała, na skórze Karin, linia po linii, cień po cieniu, materializowała się pokonana Walkiria. Walkiria krzycząca, przestrzegająca swoich wrogów przed jej własnym gniewem, głosząca im zemstę. Walkiria powalona w nierównej walce, pozbawiona oręża, ale nadal dumna i groźna. Ciało dziewczyny pokrywało się coraz gęściej potem, coraz mocniej zaciskała pięści i przygryzała wargi, ale z jej ust nie wydobył się ani jeden dźwięk. Czasem tylko gwałtowniej wciągała powietrze, kiedy ból stawał się silniejszy. Leżała przede mną. Płótno przed malarzem. Już wiedziała, że teraz to ode mnie zależy, kim będzie i co się z nią stanie… Moja suczka… Naznaczona… Podpisana…

*

Tatuaż był skończony o czwartej rano. Jeszcze tylko zmycie resztek tuszu, łagodząca, antyseptyczna maść…

– Gotowe… Możesz wstać i się obejrzeć w lustrze.

Karin chwyciła podaną przeze mnie rękę. Nic dziwnego, że trudno jej było wstać. Paru klientów podczas robienia tej wielkości wzoru mdlało mi na fotelu, a chłopy były jak dęby. Zrobiła kilka niezbyt pewnych kroków i stanęła przed lustrem, naga, ubrana tylko w tatuaż. Długo kontemplowała rysunek w lustrze. W końcu odwróciła się do mnie ze łzami w oczach.

– Jest piękny…

A potem mi podziękowała. Tak jak suczka powinna podziękować za okazaną jej łaskę. Nisko pochylając głowę i wpatrując się we własne kolana. Dopiero na moje wyraźne polecenie podniosła twarz.

– Śpij. Na dzisiaj wystarczy wrażeń.

*

Odwiedziła mnie, kiedy tatuaż się wygoił. Późnym wieczorem, po długiej, odświeżającej kąpieli, usiadła przed kominkiem. Zasady zostały omówione wcześniej. W czterech ścianach domu Walkiria była sygnałem. Dopóki pozostawała ukryta, Karin była po prostu Karin, kaskaderką. Kiedy jednak krzycząca pokonana została odsłonięta, przeistaczała się w Karin-suczkę. Posłuszną mi. I wiedziała, że będzie mogła zakryć tatuaż dopiero wtedy, kiedy jej na to pozwolę. Przed kominkiem siedziała w sportowym topie i cienkich majtkach z prześwitującej tkaniny. Walkiria prezentowała się w całej okazałości. No, prawie całej. Karin przyjęła pozycję abeyante, i zza złożonych na udach rąk widać było tylko część rysunku. Ale to wystarczyło.

– Rozbierz się. I podejdź tu.

*

Uniosła się. Stringi i podkoszulek, starannie złożone, znalazły się na oparciu kanapy. Naga przeszła przez cały pokój. Uwielbiam obserwować jej ruchy. Nie raz i nie dwa dane mi było oglądać poruszające się nagie kobiety, ale jej ciało było niesamowite. Precyzyjne, idealnie harmonijne, pod całkowitą kontrolą. Urzekające. Uklęknęła przede mną.

– Przynieś gladius.

To trwało ułamek sekundy. W jej oczach pojawiło się zaskoczenie. Ale natychmiast zostało stłumione. Podeszła do ściany i ostrożnie zdjęła broń z haków. Podała mi ją na wyciągniętych dłoniach, znów klękając, jak przystało suczce.

– Suczka powinna panować nad swoim ciałem. Potrafisz panować? Potrafisz je kontrolować?

– Staram się.

– Sprawdzimy.

Stal opadła na jej plecy. Pod skórą zagrały mięśnie, ale Karin nie poruszyła się nawet o milimetr. Wiedziała, co ją czeka, jeśli nie będzie się kontrolować. Poznała to w hotelu, w noc po tym, jak jej skórę ozdobił tatuaż. Nieposłuszeństwo zostało ukarane. Godziny pieszczot, podniecenia, obietnicy rozkoszy, ale bez spełnienia. Nim wreszcie dane jej było poczuć ulgę orgazmu, błagała mnie o prawo do zapomnienia się w przyjemności. Wiele razy. Drugi raz tego błędu nie popełni.

Czubek miecza powędrował wzdłuż kręgosłupa, w dół, aż do pośladków. A potem w górę, powoli, aż do nasady włosów. I znów w dół. I w górę. Drżenie mięśni stało się coraz bardziej widoczne. Sucha do tej pory skóra powoli zaczęła wilgotnieć od potu. Trudno ci jest, suczko. Ale trzymaj swoją walkirię na smyczy, jeszcze nie pora na jej lot i śpiew…

Miecz przesunął się na bark, a potem wsunął pod brodę. Ruch nadgarstka wskazał, co ma zrobić. Posłusznie ułożyła się kamieniach przed kominkiem. Miecz znów zaczął wędrówkę po jej ciele. Szyja, ramiona, piersi, brzuch… Tak, moja suczka to skondensowana energia, energia którą trzeba okiełznać, opanować… Ruch ostrza nakazał jej rozchylić nogi.

Nie spodziewała się tego tak szybko. Owinięta rzemieniem rękojeść miecza bez żadnego uprzedzenia wbiła się aż po jelec między jej nogi. Prawdę mówiąc, to że jej jedyną reakcją było spięcie całego ciała i gwałtowniejszy wdech zaskoczyło mnie. Zaskoczyło bardzo pozytywnie. Grzeczna suczka. Powinna dostać nagrodę.

– Masz prawo do jednego życzenia. Zostanie spełnione, pod warunkiem, że da się je wykonać tu i teraz. Jakie jest twoje życzenie?

Zastanawiała się przez chwilę. Rękojeść wciąż tkwiła w niej, ale ona jakby teraz tego nie czuła. Przez jej twarz przemknął ledwie dostrzegalny uśmiech.

– Jak masz naprawdę na imię? Bo do tej pory znam tylko przybrane…

Zaskoczyła mnie. Moja Walkiria, pokonana, ale wciąż gotowa walczyć…

– Naprawdę chcesz je poznać?

– Tak. Takie jest moje życzenie.

Delikatny ruch dłoni. Rękojeść powoli wysuwa się jej mokrego, podnieconego wnętrza. Nakazuje jej gestem, by wstała i podeszła do mnie. Pozwalam jej przytulić się, a potem szepczę wprost do ucha:

– Natalia…

.

autor: Boober


To może być również interesujące:

Never more opowiadanie erotyczne 

Public relations opowiadanie erotyczne 

Opowiadania nieprzyzwoite (Mateusz Skrzyński) – recenzja

Osiemdziesiąt dni czerwonych (Vina Jackson) –  recenzja

Giles Vranckx i jego kobiety – galeria na Odcienie Czerwieni

Kobiety Brodziaka – galeria na Odcienie Czerwieni

Merz: Jestem całkiem spokojną wariatką


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

6 myśli na temat “Walkiria

  1. Excellent! Cały Boober w pełnej krasie. Tego właśnie zazdraszczam najbardziej – wyobraźni i lekkości zmiany akcji, zaskoczenia czytelnika.
    Szczególnie polecanie dla miłośników noży i bedeesemowców.

  2. Co mam na myśli? Jakąś taką plastyczność, uginanie się materii, tworzenie jak w plastelinie. Poza tym podniecona kobieta kojarzy mi się z miękkością, nawet jesli mięśnie grają pod skórą. W oddaniu, w uległości jest pewna miękkość (pozytywna). Tak jakoś mi się kojarzy.

  3. Uniosła mnie Twoja narracja, znalazłam się w niebie, a potem runęłam z powrotem na ziemię, jak kamień. Jak mogłeś zrobić z niej pokonaną Walkirię?? Autorze!

Możliwość komentowania jest wyłączona.