Praeteritum xxx

opowiadanie erotyczne imprezy studenckieOpowiadanie erotyczne – studenckie imprezy – Praeteritum – Aeshtir – seks na imprezie

 

I.

Strużka ciemnego płynu popłynęła po ogorzałej twarzy Mariusza Jeleckiego, kiedy ten próbował uporać się z pochłonięciem kolejnego łyku niebywale kwaśnej i obrzydliwej nalewki. Wpatrując się tępo w brązowe szkło butelki, znad którego unosił się fetor zgniłych owoców, Jelecki dumał nad swoim parszywym losem alkoholika. Przewiercając niemal butelczynę spojrzeniem, Mariusz rozmyślał o świecie pustych butelek, plastikowych workach na śmiecie, wygrzebywaniu resztek zjełczałego pokarmu z przerdzewiałych kontenerów czy przeczesywaniu nieskończonych uliczek Miasta w poszukiwaniu co większych niedopałków. Usadowił się wygodniej w swoim kartonowym lokum, starając się przymknąć oko na przerażający chłód dobiegający od zmurszałej ściany.

Splunął gęstą flegmą na rozścielające się wokół kocie łby, szare jak jego żywot. Żółta plwocina wsiąkła między kamienie tak jak on wsiąkł w potworne trzewia Miasta. Marian patrzył smutnie, jak wydzielina stapia się z brukiem.

Nigdy, przenigdy, w najgorszych koszmarach, nie spodziewał się, iż tak będzie zmuszony do wyrywania kolejnych bolesnych kartek w swoim pożółkłym i zatęchłym kalendarzu. Jak każdy młody człowiek widział siebie triumfującego na dachu świata, w pełni glorii i egzaltacji.

Większość młodych mężczyzn pragnie być strażakami, lotnikami, żołnierzami. Ciekawe, że żaden z nich nie marzy nigdy o karierze bezdomnego. Dzieciństwo kocha kreować barwne niczym w disnejowskich kreskówkach wizje Arkadii, której na imię Przeszłość, by potem bez najmniejszych ceregieli wrzucić małego marzyciela w kubeł z pomyjami, któremu na imię Rzeczywistość.

Mariusz siłą woli powstrzymał płynące ku oczom łzy. Oczyma przeklętej wyobraźni widział niewyraźną, przesłoniętą latami i tanim alkoholem sylwetkę młodego, pełnego życia Mariusza Jeleckiego. Człowieka gotowego zaatakować stojące naprzeciw niemu Miasto i niczym drapieżna bestia szarpać kawały krwawego mięsa dla własnej przyjemności. Przyszłość błyskała jasno niczym nie przesłonięte kłębami chmur słońce.

Jak miało się okazać, to Miasto chwyciło jego, ostrymi kamiennymi kłami przegryzło wiotką szyję, zrosiło bruk posoką i przetrawiło w swym cuchnącym żołądku. Zapewne kilka lat temu, taka wizja przysporzyłaby Mariuszowi dobrych powodów do szczerej eksplozji nieświadomego rechotu. Dziś, tkwiąc po uszy w odorze moczu, tanich win i wymiocin, nie było mu ani trochę do śmiechu.

Młody, niedoświadczony Mariusz Jelecki stał teraz koło cuchnącego niemytym od tygodni ciąłem starego pijaka, stworzony skorodowanym umysłem żałosnej karykatury człowieka i płakał rzewnymi łzami. Młody Mariusz nie miał jeszcze w swej świadomości, iż nieudane małżeństwo, złe towarzystwo i przegrana walka między rzeczywistością a kolejną butelką wódki może przetoczyć się po człowieku niczym tornado.

Młody Mariusz, pijacki fantom sklecony z odłamków przeszłości pochylał się nad utaplanym we własnej padlinie starym człowiekiem i płakał. Nie z powodu świadomości, iż kiedyś stanie się takim człowiekiem.

Po prostu nie mógł zrozumieć, w jaki sposób można tak bardzo sięgnąć dna.

II.

Nikłe światło rzucane przez naftową lampę oświetlało mdło maleńkie pomieszczenie, znajdujące się na poddaszu jednego z niezliczonych kamiennych budynków kalających bezkresne połacie Miasta. Obdrapane, pożółkłe od nadmiernej ilości tytoniu boazerie przyglądały się tkwiącej na środku niewielkiego pokoiku postaci. Towarzyszyły im sterty śmieci, kartony zawalone starymi, uszkodzonymi zabawkami oraz unoszący się w nie wietrzonym pomieszczeniu duch stęchlizny.

Rozbiegane oczy rzucały wściekłe refleksy, kiedy przenicowana krwią biel zderzała się ze światłem lampy. Drobne dłonie obracały nerwowo małą, nadgryzioną zębem czasu figurkę ołowianego żołnierzyka. Zmierzwione, tłuste włosy opadały na pociągłą twarz, co rusz ukazując drżące, sine wargi, jakby powtarzające jakąś mantrę. Co kilkanaście uderzeń serca dobywał się z nich cichy, nerwowy szept.

– Jak… Powiedz… – wargi w szaleńczym tańcu wyrzucały z siebie natchnione dzikością słowa – Jak ona mogła… Podłość, prawda, że podłość, prawda… Tak, podłość…

Ciało mówiącego trzęsło się w katatonicznym tangu, podrygując niczym bezgłowy kurzy korpus w ostatnim akcie istnienia.

– Ona myśli – kropelki żółtej śliny skapywały na podłogę – że nie pamiętamy, prawda? Że to już minęło. Miłość nie posiada w swoim słowniku hasła „minęło”. Opiekowaliśmy się, nawet, kiedy wrzuciła nasze powłoki do worka z gnijącymi odpadami. Kiedy znęcała się nad nami, plugawiąc swoje piękne ciało nasieniem podłych bestii… Prawda to, prawda… obaj płakaliśmy nad jej pięknym ciałem, kiedy przenikały ją brudy i plugastwa wypełniające lędźwie tych, którym oddawała swoją kobiecość. Prawda. Lecz my nie zapomnimy. Nie… Prawda? – ostatnie słowa przerodziły się w łkanie.

Bezkształtna twarz ołowianej zabawki pozostawała nieruchoma.

III.

-Chłopaki, Sylwia przyszła! – nerwowo wycharczał jeden z uczestników akademickiej imprezy. Męska część towarzystwa znieruchomiała. Magiczne imię noszone przez jedną z najatrakcyjniejszych (plotka niosła się również, iż jedną z mniej cnotliwych) dziewczyn na roku działało na rozochoconą testosteronem grupę niczym płachta na byka.

Wnikliwy obserwator z miejsca zauważyłby błyskawiczne zmiany w imprezowiczach. Poprawianie włosów, sprawdzanie, czy pod paznokciami nie kryją się zbyt wielkie ilości brudu, nie wspomniawszy o zwyczajowym prężeniu mięśni.

– Wiecie, że zachowujecie się jak samce głuszców? – skwitowała nieco już podchmielona Agnieszka, organizatorka zabawy. Oszołomione wizją łatwego seksu towarzystwo zbyło ją kompletnie. Opuszczona dziewczyna z westchnieniem sięgnęła po papierosa, kiedy to oczekiwana z utęsknieniem gwiazda wkroczyła w przepełnione tytoniem, wódką i potem pokoje.

Pozostawiona sama sobie Agnieszka rzuciła krótkim spojrzeniem znad mocno pociągniętych fioletem oczu w stronę wchodzącej kobiety. Z ociąganiem musiała przyznać, iż w kwestii urody, Sylwii Madrzańskiej niewiele mogło dorównać.

Nie chodziło tylko o zgrabną figurę, pełne biodra, foremne piersi, kształtne nogi. Ta przyczyna nie tkwiła w regularnych rysach twarzy, szerokich oczach barwy mocnego indygo, długich rzęsach, ustach, o których malowaniu mógłby marzyć sam Tycjan… Nie chodziło o wyzywający strój, sposób chodzenia… Nawet komasacja tych wszystkich czynników nie była odpowiedzią, dlaczego, kiedy ta kobieta wkraczała w jakiekolwiek miejsce, przyciągała wzrok niczym światło ćmę.

Na Boga, pomyślała Agnieszka, matka tej dziewczyny musiała chyba wejść w konszachty z Diabłem.

-Agnes? – głos niczym całe zastępy chórów anielskich rozbrzmiał tuż przy jej uchu, rozpraszając dotychczasowe myśli. Sylwia usiadła miękko koło niej, obciągając króciutką spódniczkę i krzyżując długie nogi, co wywołało cichy pomruk nieszczęścia wśród męskiej części grupy – mam prośbę…

– Hm? – mruknęła Agnieszka, wilżąc usta kolejnym piwem. Nie czuła się zbyt komfortowo, kiedy akademicka Wenus siedziała blisko niej. Czuła się wtedy niczym trabant postawiony obok najnowszego modelu lexusa.

– Weź pomóż mi wypierdolić całą tą hałastrę – wulgarne zgłoski dziwnie nie pasowały do delikatnych ust wypowiadających je dźwięcznymi trelami. – Patrz, kurwa, na nich. Jaja im pękają od spermy…

– Mhm… – mruknęła Agnieszka znad puszki. Sama nie miałaby najmniejszych oporów, gdyby owa rozpychająca jaja sperma któregokolwiek z obecnych tu mężczyzn znalazła się w jej opuszczonym niczym wrak Tytanica ciele.

– Kurwa… – kontynuowała Sylwia, zupełnie niezrażona małomównością swojej towarzyszki – Każdy myśli tylko o tym, jak mi tu zasadzić drąga w cipę. Pojeby pierdolone – mruczała, zapalając papierosa i rzucając wściekłe spojrzenia w kierunku kręcących się wokół zalotników.

Ciekawe, czy twoi absztyfikanci wiedzą, jakie cudowne masz o nich mniemanie, pomyślała Agnieszka. Swoją drogą, na ostatniej imprezie, robiąc laskę co drugiemu z obecnych wówczas jakoś ci to nie przeszkadzało… Zamiast zwerbalizować jednak swoje przemyślenia, ograniczyła się tylko do kolejnego „mhm”.

– Co jest, Agnes? – zapytała piękność – ciotę masz, czy co?

Agnieszka zakrztusiła się piwem, pryskając sporą zawartością puszki na własne dżinsy. Zaklęła głośno, wycierając jednocześnie plamę na kolanach i zanosząc się od śmiechu.

– Jezu, Syl… – parsknęła – po prostu jakoś nie chce mi się wysłuchiwać, kto ma ochotę cię przerżnąć, a kto nie… Daj spokój…

– Aha. – brzmiała odpowiedź. W chwilę potem, Agnieszka została sama.
IV.

Doktor Śniadecki zamknął pokaźną teczkę zawierającą dokumentację choroby swojego pacjenta. Znad umieszczonych w cienkich, srebrnych oprawkach, okularów zerknął na kuszące pośladki swojej asystentki. Poprawił się nerwowo w krześle, by nabrzmiewający krwią penis nie uciskał zbyt mocno.

– W czymś pomóc jeszcze, doktorze?- równie oddziałującym na pierwotne instynkty jak zgrabny tyłek, głosem zapytała Marta.

Śniadecki uśmiechnął się z rozrzewnieniem. Od kiedy wyłowił to dziewczę spośród dziesiątków studentów psychologii, sypiał z nią regularnie. Marta jednakże stanowczo odmawiała przejścia z nim na „ty”. Atrakcyjna asystentka znała słabości starego psychologa. Świadomość jego wyższości nad dziewczyną jeszcze bardziej go podniecała.

O tak, przyznał w myśli Śniadecki, mała będzie dobrym specjalistą.

Wstał zza biurka i podszedł do drzwi. Przyrodzenie niemal rozsadzało mu spodnie. Marta niechybnie musiała to zauważyć, przysiadła bowiem na skraju biurka, muskając je zmysłowo biodrami i mrużąc zalotnie oczy znad akt trzymanych w dłoniach.

– Ta… sprawa… – bąknął stary doktor – ten przypadek z tej portowej dzielnicy… – wizja nadciągających chwil rozkoszy przyćmiewała mu świadomość. Walczył jednak ze swoim zwierzęcym ego. Takie były zasady gry.

– Właśnie je przeglądałam, doktorze. Ponoć adwokaci chcą wysunąć wniosek, iż podmiot męczyły jakieś bolesne wspomnienia z dzieciństwa. Jakiś tani motyw, wydaje mi się… – mruknęła Marta, rozpinając nieznacznie dekolt białej bluzki.

– Nie do końca, moje dziecko – żachnął się Śniadecki, ganiąc się jednocześnie w myślach. Nazywanie dzieckiem kogoś, kto po mistrzowsku potrafi przy pomocy ust zająć się twoim penisem zakrawa na bluźnierstwo, przemknęło mu przez głowę. – Trauma wynikająca z dzieciństwa – kontynuował, przekręcając klucz w drzwiach – potrafi na długo zakorzenić się w naszym umyśle, a nawet kompletnie wypaczyć osobowość…

– Poważnie? – zdziwiła się młoda asystentka, wyginając się niczym kotka podczas rui, gdy stary doktor przywarł do niej swym ciałem, przypierając ją do biurka – chce pan doktor powiedzieć, że z powodu jakiejś atrakcyjnej gówniary pojawiły się jakieś traumatyczne wizje, które spowodowały tą, nie nazwę inaczej, rzeź?

– Poważnie, moja droga – Śniadecki rozkoszował się mocnym zapachem jej perfum, wtulając głowę między jej piersi – Dla młodych ludzi kompleksy na tle seksualnym mogą nieść poważne skutki… – jęknął cicho, gdy głowa Marty nagle znalazła się na wysokości rozporka, a jej drobne dłonie masowały jego penis – Może nie dla każdego tak traumatyczne, ale… – Z trudem się powstrzymywał, gdy cudownie wilgotne usta asystentki objęły jego członek. – Chyba zdajesz sobie sprawę, jak ważną dla młodego człowieka jest sfera seksualna?

Ciemne kędziory na głowie Marty podrygiwały rytmicznie, podczas gdy ich właścicielka zajęta była uświadamianiem doktorowi Śniadeckiemu, ojcu dwóch synów, iż obsesja na punkcie seksu nie jest typowa li tylko dla młodych ludzi.

Za oknem gabinetu starego doktora Śniadeckiego szalejąca wichura dawała upust swej wściekłości.

V.

– Wyobrażasz sobie? – zza szczerbatej kurtyny brązowych od taniej machorki zębów wypłynął skorodowany wódką głos – Ten tam, nie? – utytłana w szlamie i przeterminowanej żywności, stanowiącej kolację mówcy, dłoń wskazała długim, czarnym palcem na skuloną w mokrym kartonie postać.

– Józek – obniżonym alkoholem o dwie oktawy głos starszej kobiety wybełkotał z trudem, identyfikując przedmiot zainteresowań.

– No, Józek – zgodziła się ogorzała i zarośnięta twarz – Wiesz, że kiedyś miał własny warsztat z furami?

– Pierdolisz… – bełkotliwość odzianej w niezliczone ilości szmat kobiety została dodatkowo utrudniona przytkniętą do popękanych i pełnych ciemnych zajadów ust flaszką nalewki porzeczkowej. – Józek? Ten stary moczymorda?

– Na Ducha Świętego ci, kurwa, przysięgam – mężczyzna przytknął dłoń do zapadniętej piersi – Nie wiem dokładnie, czy rozpił się, bo mu się żonka puszczała, czy zmarła, czy może Iny chuj… Wiem tylko, że facet, zupełnie nagle, kompletnie spierdolił sobie życie. Wiesz, jedno złe wydarzenie i bach! Jedna flaszka, druga, potem długi, może rozwód…

-Chujowo tak przejebać sobie życie – skonstatowała kobieta, osuszając karmazynowy płyn do końca i lustrując z niesmakiem sugerujące suchoty denko butelki. – Ty, Grzesiu, kotku – zacharczała nagle – jak on taki bogacz, to może ma parę groszy na jednego bałagana?

-Daj mu spokój, kobieto – rozwiał nadzieje mężczyzna zwany Grzegorzem – Niech śpi. Może przyśnią mu się dawne, dobre czasy.

– Romantyk się, kurwa, znalazł – mruknęła – chcesz dupy?

Szare budynki przyglądały się bezwiednie kłębowisku brudnych, nieszczęśliwych ludzi, których Miasto zawsze przyjmowało z otwartymi ramionami.

VI.

Agnieszka Sierakowska z niesmakiem zbierała na plastikową szufelkę kolejną porcję parujących wymiocin. Bez cienia litości kopnęła drobną stopą leżącego obok nieprzytomnego znajomego. Ogarnięcie pogorzeliska pozostałego po całonocnej imprezie było wyzwaniem godnym samego Heraklesa. Augiasz dostałby zawału, widząc ten syf, pomyślała Agnieszka. Lekki szmerek w głowie jeszcze bardziej utrudniał niełatwe zadanie.

Impreza zakończyła się stosunkowo wcześnie. Goście ogołocili cały pokój. Kto mógł, szukał ratunku w pobliskich knajpach, zostawiając ją. Samą.

Wszędzie leżały porozrzucane puszki po piwie, butelki po winie i wódce, szarą wykładzinę porastał dywan niedopałków. Niemal całą zawartość lodówki wywleczono na zewnątrz, włącznie ze zjełczałą sałatką z patisonów. To, co zostało wtłoczone w gości, równie skutecznie wywleczone zalegało teraz całą łazienkę i kuchnię. Fetor gryzł kwasem niemiłosiernie, nawet znieczulone alkoholem nozdrza Agnieszki.

Zza ściany dobiegały głośnie jęki i krzyki Sylwii Madrzańskiej. Ciekawe, który żałosny pajac cię puka, cnotko, z goryczą pomyślała Agnieszka.

Z goryczą i lekką nutką zazdrości, przyznała po chwili.

Obejrzała się w lustrze. Nie była specjalnie nieatrakcyjna, tak przynajmniej twierdziła sama o sobie. Była kimś, kogo określa się najczęściej sloganem „z twarzy podobna zupełnie do nikogo”. Towarzystwo Sylwii również nie było powodem do nadmiernej adoracji przez płeć przeciwną.

Sylwia przeżywała prawdopodobnie nasty orgazm z rzędu, wywnioskowała po kakofonii jęków Agnieszka. Ewentualnie, największa latawica w akademiku dawała popis mistrzowskiego aktorstwa erotycznego, co ponoć miała w zwyczaju.

Wiedziona dziwaczną świadomością, Agnieszka zajrzała do sąsiedniego pokoju. W bladym świetle księżyca ujrzała podrygujący na Sylwii blady tyłek Michała, kolegi z grupy oraz błyszczące od kropelek potu pełne piersi dziewczyny. Ciemne brodawki rysowały się wyraźnie na ich tle. Na ten widok Agnieszka wciągnęła głęboko powietrze.

Sylwia wiła się niczym piskorz, gdy chłopak wchodził w nią i wychodził. Przygryzała subtelnie palec, powstrzymując krzyk. Agnieszka stwierdziła z przekąsem, iż jej ruchy są wyuczone niczym u najlepszych gwiazdeczek filmów porno, ale nie mogła się oprzeć narastającemu podnieceniu.

Gdyby tylko mogła być tam, zamiast niej…

Pieprzone instynkty pomyślała, kierując się do brudnej i cuchnącej łazienki, by tam własną dłonią uspokoić szalejące hormony. Pieprzony seks, myślała, zamykając drzwi na klucz.

Jak on potrafi zniewolić człowieka…

VI.

– Patrz, co skonstruowałem na dzisiejszy wieczór – niskie tony wypełniły mały pokoik, łącząc się z odorem moczu i papierosów w pełnym krajobrazie obłędu.

Drobna, niepewna dłoń sięgnęła do blaszanego pudełka. Pozbawionej oczu twarzy ołowianego wojownika ukazał się niewielki, skręcony z kilku warstw cienkiego sznurka i obleczony dodatkowo cieniutką linią drutu pejcz rozdzielający się na jednym końcu niczym łby mitycznej Hydry. Każdy łeb dzierżył mały, miedziany kieł.

– Powiesz mi, jak mogła? – żołnierzyk przyjął płaczliwe pytanie bez emocji – Odtrącić moją miłość. Ile to już lat, kiedy poprzysięgłem jej swoje serce? Była taka piękna, tak niewinna… – Gorzkie łzy kapały na nieczułą głowę zabawki. – To ja pierwszy zwróciłem na nią uwagę… JA, nikt inny… – łkanie przerodziło się w skowyt.

Kolejnym przedmiotem, który opuścił pudełko był niewielki drążek, uwieńczony kolcem, przypominający nieco bosak. Żyły na trzymającej go dłoni zarysowały się dokładnie niebieskimi wstęgami.

– Tym też ogłoszę dzisiaj znów swoją miłość, przyjacielu – poruszały się niepewnie spierzchnięte i zaciśnięte usta – Tak, prawda to. Tyle lat obserwowałem ją z ukrycia, prawda. Roniłem łzy w ciemnym kącie, kiedy to z pięknego pąka czerwonej róży przeradzała się w okazały kwiat. Wiedząc nawet – skowyt przerodził się w krzyk – iż nie chce mnie w swoim sercu przysiągłem jej wieczną protekcję i uwielbienie.

Postać wstała, sięgając po leżące w nieładzie ubranie. Żołnierzyk upadł z głuchym stukotem na wypaczone wilgocią klepki podłogowe.

– A ona jak mi się odwdzięcza, nieprawda to? – mruczała postać, wdziewając bieliznę – tak, tak… Wiem, że nie traktuje swego ciała tak jak na to zasługuje. Odtrąciła moją miłość wiele lat temu. Ja nie pozwolę jej, by to samo zrobiła z moim uwielbieniem. Musi dostać nauczkę, przyjacielu, musi.

– Gdyby mnie nie odrzuciła tak boleśnie – powiedziała postać stając w drzwiach – nie pogrzebałaby swojej boskości w rynsztoku i nasieniu przypadkowych brutali. Pozbawiono jej jedynej miłości. Jedynej, prawda. Dziś muszę ją o tym poinformować. Dziś dowiedziałem się, gdzie jej szukać… Po tylu latach…

Żołnierzyk nie słuchał. Leżał tyłem, w pozycji takiej, w jakiej zostawił go jego właściciel.

VII.

Sunął niepewnym krokiem przez niekończący się labirynt bruku i cegły. Zewsząd, zdawało się otaczały go wścibskie spojrzenia prastarych murów, pragnące wedrzeć się w jego umęczoną tragicznymi wydarzeniami z przeszłości duszę. Brudne i przydymione okna i witryny odbijały zamajaczoną postać, zniekształcając ją niczym płótno szaleńca zniekształca rzeczywistość.

Wiele lat temu był innym człowiekiem, pragnącym jak każdy ciepła i spokoju. Człowiekiem, którego marzenia obracały się ponad Miastem, ponad szpetotą, smogiem i wnętrznościami pełnymi ścieków i padliny. Wiele lat temu jego oczy patrzały na świat z radością. Światło bijące z jego postaci wyrażało pokój i nadzieję na lepsze jutro, na ucieczkę z kneblujących go murów.

Jego podbite buty wygrywały nieregularną pieśń na przemian uderzając w kocie łby, szare jak otaczająca go rzeczywistość i kałuże mętnej wody barwy jodyny. Dmący z piekielną furią wiatr zdawał się powstrzymywać go przed podejmowaniem ostatecznego kroku. Drobna postać z trudem odejmowała walkę z żywiołem. Determinacja okazała się skuteczniejsza niż czynniki zewnętrzne.

Gdyby tylko zechciała przyjąć choć jedno z jego spojrzeń, gdyby tylko zechciała poświęcić mu choć jedną z chwil. Tyleż razy wyobrażał sobie tę chwilę, kiedy razem spacerować będą z dala od Miasta i trawiącej ich gangreny.

Kiedy jego marzenia prysły, zadecydował, iż jej obraz czcić będzie po wieki. Przez długie lata podpatrywał ją dyskretnie, sycąc się każdym jej szczegółem. Ruchem dłoni, spojrzeniem, nawet cichym kichnięciem. Podniecała go nawet chwila, w której podnosiła drobną rączkę, prosząc wychowawcę o możliwość pójścia do toalety podczas zajęć. Podążał za nią dyskretnie wzrokiem, sycąc się delikatnym muśnięciem jej sukienki, kiedy przechodziła obok. Z nabożną czcią oglądał jej twarz ze zdjęcia klasowego.

Do czasu. Miłość i uwielbienie przeradzają się w nienawiść równie szybko niczym komórki nowotworowe trawiące zdrowy organizm.

Wszedł do budynku. W dalszym ciągu czuł na karku mroźny oddech wichury. W powietrzu unosił się gryzący, rybi odór.

VIII.

Agnieszka wciąż siedziała na brudnym i cuchnącym klozecie, próbując złapać oddech po przeszłej przez jej ciało fali orgazmu, kiedy usłyszała krótkie, stanowcze pukanie do drzwi.

-Kogo, kurwa, niesie o tej porze… – mruknęła ze złością, wrzucając do worka z brudną odzieżą wciąż wilgotne figi. Ociągając się i walcząc z sennością podeszła ku korytarzowi. Pewnie recepcjonistka albo sąsiad zniesmaczony wybrykami Syl, pomyślała, zaciskając drobne dłonie.

-Słucham? – krzyknęła bełkotliwie. Zdążyła jeszcze zerknąć w świeżo zbite lustro, czy na jej twarzy nie ma zbyt widocznych rumieńców.

-Ja… – dźwięk dobiegający zza drzwi był nieco niepewny, ale Agnieszkę urzekła subtelna barwa głosu mówiącego – Ja… Przepraszam, że tak późno, ale… szukam pani… Madrzańskiej. To ważne. – dodał nieznajomy już nieco bardziej stanowczo.

Agnieszka uchyliła nieco drzwi, nie zdjęła jednak blokującego je łańcucha. Zlustrowała błyskawicznie czekającego za progiem. Młody człowiek, na oko równolatek. Urzekła ją bijąca od niego nieśmiałość i duże, szczere oczy, może nieco napuchnięte. Spodobał jej się, mimo iż wyglądał jak siedem nieszczęść. Zdjęła łańcuch.

– Wejdź… proszę… – gestem wskazała mu swój pokój. Nie kojarzyła zupełnie przybysza, lecz wydał jej się na tyle niegroźny (i, przyznać trzeba, pociągający), iż wpuściła go w swe progi bez większego wahania. – Sylwia… chyba już śpi… Chodź, siadaj, zaraz ją obudzę. Kawy? – zaproponowała, licząc że przybysz nie jest kolejnym zalotnikiem Panny Najpiękniejszej.

– Chętnie – skinął głową chłopak. Wydawał się być poruszony, choć niewiadomo było dlaczego. Wszedł niczym wystraszona mysz w pobojowisko, w które zmieniła się kwatera Agnieszki.

– Nie przejmuj się – uspokoiła go dziewczyna – Zwykła balanga studencka. Siadaj tam, gdzie nie narzygane – próbowała rozruszać nieco duszną atmosferę.

– Dzięki… – wybełkotał tamten – Czy… Sylwia… też uczestniczy w takich imprezach? Wiesz… dawno jej, prawda, nie widziałem. Prawda…

Agnieszka z trudem stłumiła śmiech. Ten chłopaczek musi być jej bratem, czy kimś takim, pomyślała. Może kochasiem z dawnych lat… Może…

-No… Syl to generalnie nieźle sobie poczyna… – poczęstowała go papierosem. Kiedy podawała mu ogień, zauważyła, iż trzęsą mu się ręce – Wiesz, ładna laska, to i ma powodzenie na popijawach – ostatnie frazy wypowiedziała ze ściśniętym gardłem. Dlaczego zawsze był ktoś od niej lepszy, przemknęła jej przez głowę myśl niczym stalowa igła.

-Znaczy… Ma chłopaków? Chodzi na randki? – mruknął chłopak – Pod koniec liceum zniknęła tak nagle. Niedawno dowiedziałem się, że przebywa w tej części Miasta… Chciałem z nią porozmawiać.

Zza ściany dobiegł cichy jęk Michała. Agnieszka oczyma wyobraźni widziała Sylwię, pseudonim konspiracyjny „Królowa Laski”, Madrzańską, operującą ustami przy jego członku. W konfrontacji z pytaniem przybyłego chłoptasia zabrzmiało to nader komicznie i groteskowo.

-No… Pewnie tak – wybełkotała, starając się zachować kamienną twarz. Przysunęła się bliżej, eksponując jak tylko było to możliwe, co bardziej reprezentacyjne fragmenty swojego ciała. – A ty? Nie masz kobiety? – zamruczała, wypinając ku niemu swe pełne piersi.

-J… ja… – wymamrotał tamten, zastygając w miejscu, gdy Agnieszka otarła się o niego. Czuł jej oddech na swoim policzku. Skup się, powtarzał sobie, skup się. – Ja… Dawno mnie tu nie było, prawda… Nie mam doświadczenia, prawda… Prawda…

Agnieszka była wyjątkowo rozochocona. Podniecała ją myśl, że bez problemu może w tej właśnie chwili odebrać należnego Sylwii męskiego członka. Przez całe życia Agnieszka żyła w czyimś cieniu. Siostry Wiktorii, bardziej od niej „wyzwolonych” koleżanek z liceum („Co? Masz czternaście i jeszcze się nie pieprzyłaś? Obciach!”), w końcu tej cholernej Sylwii.

Teraz, podbudowana w dodatku niemałą ilością alkoholu, była niczym rozgrzana do czerwoności maszyna, napędzana feromonami.

Objęła chłopaczka. Zapomnij chwilowo o niej, powiedziała. Jej dłoń opadła na jego spodnie.

Zza ściany dobiegł ich przeciągły jęk Sylwii Madrzańskiej. Chłopak zerwał się jak oparzony.

Kurwa jego mać, pomyślała Agnieszka.

IX.

Stał jak wryty. Jego miłość, budowany od dzieciństwa posąg runął właśnie niczym kryształowa rzeźba rozbita toporem rzeczywistości.

Jego Sylwia. Leżąca. Wijąca się. Niczym wąż. Sycząca. Jęcząca. Rozsiewająca ferment zepsutego życia. Zapach potu. Zapach moczu. Zapach Sylwii. To coś między jej pośladkami. Pośladkami, które ubóstwiał. Jej drobne piąstki zaciśnięte na prześcieradle. Krople śliny ściekające jej po wargach. Zaciśnięte oczy.

Tyle razy widział to w myślach. Nie oszukiwał się. Wiedział, że Sylwia nie jest już jego. Że jest stracona. Jej kołyszące się piersi, wciąż oblepione kleistą mazią. Wygięta w łuk linia kręgosłupa. Nie tak to widział. Nie tego się spodziewał. Jego dłonie zaciśnięte na jej biodrach, podrygujące miarowo. Penis tego czegoś zanurzony w niej. Za wiele.

-Te, młody, pomyliłeś pokoje? Wypierdalaj, zajęci jesteśmy! – gromkim głosem huknął obłapiający ją orangutan. Chłopak sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, nie zważając na bluźnierstwa sączące się z ust potwora.

-Kurwa twa! Głuchy jesteś? – To Sylwia. Dobry Boże, nie, przemknęło mu przez głowę. Tylko nie ona. Te cudowne tony dobywające się z tych pięknych ust, bezczeszczone szkaradną wymową. Boże, nie… – Wypierdalaj, gówniarzu – To znów Sylwia. Miriady igieł wpijających się w jego mózg, wgryzających się w nerwy i szarpiących niczym dzikie psy. Tylko nie Ona… Tylko nie…

Prawda.

Krępy stwór odsunął od siebie Jego Sylwię, gdy stojący w drzwiach wyciągnął własnoręcznie skonstruowany pejcz.

-Ja pierdolę, jakiś świr – wrzasnęła Sylwia. Jego Sylwia. – Agnes, szmato, ty go tu wpuściłaś? Wypierdol go, albo dzwoń po suki!

Pejcz świsnął w powietrzu, z niezwykłą precyzją rozcinając skórę na klatce piersiowej szarżującego na chłopaka potwora. Obłapiającego Jego Sylwię.

-Kurwa! – wrzasnął stwór, padając jak kłoda na zasłaną moczem wykładzinę. Chłopak uderzył raz jeszcze. Metalowe kły Hydry szarpały bezlitośnie ciało, wyrywając połacie mięsa. Potwór wił się z bólu.

-Czego, kurwa, od nas chcesz? – wrzeszczała piękność, odruchowo przykrywając się wilgotnym i cuchnącym prześcieradłem – Zostaw nas w spokoju! Zajmij się lepiej tą Agnes, suczą, co cię wpuściła, kurwa twa!

-Sylwio… – słowo padło niewyraźnie niczym gruda ziemi uderzająca w wieko trumny. – Nie poznajesz mnie, ukochana?

Przyglądała mu się przez kilka chwil.

-O ja pierdolę – krótkiej frazie towarzyszył błysk zrozumienia – Co ty tu robisz, pajacu? Zawsze byłeś jebnięty, ale że aż tak? Agnes, kurwa, dzwoń po suki! – wrzasnęła.

-Sylwio… – znów imię zawisło w powietrzu – Szukałem cię przez tyle lat, a ty co z sobą zrobiłaś? Mój ty ideale, miłości, która mnie odtrąciła…

-Kurwa, człowieku, w życiu z tobą słowa nie zamieniłam! – dziki wrzask przebił się przez jego serce niczym włócznia – Pierdolnięty jesteś, zostaw mnie!

-Sylwio – znów to samo – Nie mogę patrzyć na to, co zrobiłaś ze swoją doskonałością – wycharczał, wyraźnie szykując się do zadania ciosu. Kochałem cię, a teraz, prawda, widzę cię… Jak ostatnią… Ale to nie szkodzi. Wciąż możesz się zmienić.

-Jezu Chryste, ty jesteś naprawdę świrnięty! – syknęła, przerażona nie na żarty – Agnes, idiotko, dzwonisz, kurwa, czy nie?

-Kocham cię, Sylwio – zabrzmiało w następującej po krzyku dziewczyny ciszy – ale za te lata się upodlenia, prawda, musisz ponieść konsekwencje.

Zbliżył się ku niej.

X.

Gabinet doktora Śniadeckiego wypełnił się słodkawym aromatem waniliowych papierosów. Marta wciąż dyszała, oparta o hebanowe biurko, podczas gdy starszy mężczyzna wyrzucał do kosza zużytą prezerwatywę. Zapiął rozporek i pogładził ją po wciąż czerwonym policzku.

Młoda asystentka przytuliła się na chwilę do swojego przełożonego, po chwili jednak ogarnęła zmierzwione i niesforne kosmyki, opadające na jej śliczną twarz. Chłodnym, rzeczowym głosem powiedziała:

– No i jak, panie doktorze, z tą sprawą? Jaką rolę ma tu odgrywać wpływ dzieciństwa?

– Niekoniecznie dzieciństwa, moja droga – równie rzeczowym tonem odparł doktor. Takie były reguły ich gry. – Zasadniczo, wszystko to, co działo się w przeszłości, może mieć wpływ na tak niespodziewane zachowania. Porażki życiowe, brak rodziców, w końcu brak partnera seksualnego. To wszystko wypełnia twoją psychikę niczym hel balon i w końcu voila! pęka na milion kawałków, czyniąc hałas i niemałe szkody.

-No… Zdecydowanie niemałe. Trzy ofiary. Jedna pobita niemal śmiertelnie. Szkoda tej dziewczyny, ładna się wydaje bez tych ran – stwierdziła Marta, oglądając zdjęcia dowodowe.

-Prawdopodobnie o tą dziewczynę poszło. – stwierdził Śniadecki – Sprawdziliśmy. Wiesz, lokalna piękność. Wszyscy jej.

-Rozumiem – mruknęła Marta. – Ciekawe, skąd tak dziwaczna broń. No wie pan, panie doktorze, nie łatwiej było jakąś pałą przylać?

-Myślę, że jest to narzędzie w jakiś sposób sugerujące sposób zemsty. Tło seksualne. – stwierdził doktor – Rozumiesz. Brak kontaktów erotycznych. Ta dziewczyna jako źródło wszelkich niepowodzeń. Sprawdziłem, są wszelkie podstawy, żeby tak myśleć. Kompleksy spowodowane zbyt niską samooceną.

-Ciekawe… – zauważyła Marta – dlaczego poharatała też tak tego chłopaczka. Zwykłego uczestnika zabawy. Sąsiedzi początkowo słyszeli ponoć wrzaski tej… Madrzańskiej, a później… Jak ona? Sierakowskiej, tak?

-Tak – kiwnął głową doktor – ponoć upatrywała w Madrzańskiej swoją rywalkę od dawna. Pewnie nakryła ją razem z jakimś jej idolem i bach! Balon pękł. Straszną jatkę im wyrządziła. Ponoć obecnie znajduje się w stanie kompletnej katatonii.

-Pomyśleć, jak wielką ilość tych kompleksów musiała w sobie zbierać, prawda, panie doktorze? – szepnęła.

-Prawda, prawda… – Śniadecki skinął głową – no, jutro dokończymy, moja droga. Muszę spadać, żona czeka z obiadem.

-Jak dzieci? – zapytała Marta, zapinając bluzkę i sięgając po płaszcz

-Znakomicie. Józef idzie we wrześniu do samochodówki. – powiedział z dumą Śniadecki – Wiesz, zrobi sobie zawód, otworzy warsztat… Jak nic sobie w życiu nie schrzani, będą z niego ludzie.

-Proszę dbać o jego przyszłość, panie doktorze – zamruczała Marta – żeby z powodu jakiś złych wrażeń nie skończył jak ta ze sprawy.

-Nie skończy, najdroższa. – zapewnił doktor, gasząc światła. – Do jutra.

Ruszyli w objęcia Miasta.

 

Aeshtir 2006

==============================================================================================================================================================================

To może być również interesujące:

BDSM wprowadzenie

Jak zwiększyć częstotliwość orgazmów?

Seks w ciąży

Kobiety Brodziaka – galeria na Odcienie Czerwieni

Giles Vranckx i jego kobiety – galeria na Odcienie Czerwieni

They cannot see me naked – opowiadanie erotyczne


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

 

Dodaj komentarz