Fotograf

gołe zdjęcia i zdrada– Sprowadziliśmy się tu z Krakowa cztery lata temu.

Zbudowałem te domy według własnego projektu – przystojny mężczyzna około sześćdziesiątki ma być z czego dumny. Rzeczywiście, nasz dom jest małym cudem architektury. I jest świetnie urządzony.

– Będzie tu państwu dobrze, mamy tu ciszę, spokój, świeże powietrze – dodaje uśmiechnięta, pulchna kobieta w średnim wieku.

Oboje piękni, pełni spokoju, inteligencja na wygnaniu.

– Mąż też jest artystą – chwali się gospodyni. – Jego pasją jest fotografia, sprzedaje swoje prace z powodzeniem.

Co można fotografować na tym pustkowiu? Pola kukurydzy? – myślę sobie.

Nie chce mi się zawierać żadnych znajomości. Chcę tylko spokoju. Odcięcia od rzeczywistości. Na bezludziu łatwiej wietrzyć myśli.

Narzeczony wczuwa się w rolę mężczyzny pierwotnego. Przynosi własnoręcznie złowione ryby i własnoręcznie kupiony alkohol.

***

– Ma pani piękne proporcje – pan Wiktor taksuje mnie wzrokiem znawcy. Może miałaby pani ochotę…

– Sesja zdjęciowa? Nie, dziękuję. Chyba jestem już za stara.

– Ależ nie. Zresztą jest pani bardzo fotogeniczna.

– Skąd pan może wiedzieć?

– Pozwoliłem sobie… Przepraszam. Pani tak swobodnie się czuje nago. Okna były nie zasłonięte…

– Pan mnie podglądał?

– Nie, okna mojej sypialni wychodzą akurat na wasz salon… Pokażę pani. Mąż nie będzie się gniewał, przecież to sztuka…

– Mój mąż, jak go pan nazywa, nie zna się na sztuce.

– Proszę chociaż zobaczyć moje prace.

– Dziękuję. Teraz nie mam czasu.

– Oczywiście. Przepraszam. Pewnie ma mnie pani za natręta.

– Ależ skąd.

***

Tamtego wieczoru upijam się „na zmysłowo”.

– Pójdę obejrzeć zdjęcia tego śmiesznego faceta – mówię do Narzeczonego.

– Jak chcesz, to idź.

***

– A jednak pani przyszła.

– Tak.

– Piła pani? Na odwagę?

– Nie – śmieję się – ja piję codziennie. Po prostu.

– To problem?

– Tak, ale nie przyszłam tu po to, żeby mi pan robił psychoanalizę.

– Nie znam się na tym – teraz on się śmieje. Stoję na tyle blisko, że widzę dokładnie jego pogodną twarz w świetle płonącego w kominku drewna. Ma niebieskie oczy. Ładne, równe zęby. Gęste włosy. Jest tak pogodny, że mnie także udziela się jego nastrój.

– Może napije się pani mojej nalewki orzechowej?

– Czy pan nie chce mnie przypadkiem upić?

– Haha… Nie, oczywiście.

– Gdzie jest pana żona?

– A czemu pani chce wiedzieć?

– Cóż, nie chciałabym, żeby…

– Moja droga, chyba się pani nie boi.

– Pana?

Pan Wiktor nalewa złocistego płynu do małych kieliszeczków.

– Wypijmy toast za to spotkanie.

Nalewka jest mocna i aromatyczna. Czuję, jak uderza mi do głowy.

– Proszę pokazać mi swoje prace.

***

Tamtej nocy śnią mi się manekiny na polu kukurydzy. Fragmenty nagich ciał, które nie należały nigdy do żywych osób. Najgorsze są twarze wyłaniające się nagle, nie wiadomo skąd. Nieme, z zastygłymi grymasami smutku, strachu, radości. Połyskujące plastikowe maski. Pamiętam swój strach i bicie serca. Ucieczka i grzęznące w błocie nogi.

„Niepotrzebnie oglądałaś przed snem zdjęcia tego faceta”. Narzeczony jest jak zwykle pragmatyczny. „Przecież wiesz, że uwielbiam się bać. To pobudza moją wyobraźnię”. „Niedługo całkiem zwariujesz”.

***

– I co pani o tym myśli? – pyta pan Wiktor po prezentacji swoich prac.

– Ludzie w kawałkach. Skrępowane piersi, pośladki, penisy, waginy, usta, twarze.  To jest… dehumanizacja człowieka. BDSM… Gdyby pokazał pan całą postać, to byłaby już pornografia.

– BDSM to tylko gra. Zabawa w poniżanie. Te wszystkie akcesoria, sznury, pejcze, maski, a nawet siniaki – to wszystko udawanie. Charakteryzacja. Dlaczego akurat te prace zrobiły na pani takie wrażenie?

– Inne pana zdjęcia mają w sobie uśmiech, mówią o rzeczach dobrych, sama nie wiem… Zatrzymane w kadrze emocje, zamyślenia, radości. A te nie. Nie mogę ich spokojnie oglądać, bo…

– Ten, kto pani to zrobił, na pewno nie zrobił tego dla zabawy – pan Wiktor dotyka lekko mojego nadgarstka z zaschniętymi strupami.

– To akurat sama sobie zrobiłam –  śmieję się – byłam pijana.

– Dobrze, o nic nie pytam – macha rękami.

Wieczór jest ciepły i wilgotny. Żona pana Wiktora buszuje w ogrodzie. Narzeczony ogląda pornosy w Internecie. „Ruskie dziwki”, „Zbereźne zakonnice”.

– Nie nosi pani bielizny.

– Nie, lubię swobodę.

– Majtki ograniczają wolność? – śmieje się pan Wiktor.

– Powiedzmy, że dzięki temu mam mniej prania.

– Niesamowita pani jest.

– A pan jest wścibski – śmieję się teraz razem z nim. Niesamowicie mnie odpręża.

– Przepraszam. Kilka lat na odludziu i człowiek dziczeje.

– Nie szkodzi. Lubię z panem rozmawiać.

– Co na to pani mąż?

– Powinien być zazdrosny?

– A jak pani myśli?

– A pana żona co na to?

– Jesteśmy trzydzieści lat po ślubie. A pani?

– Co ja? Staż? Nie wiem dokładnie. Coś ponad dziesięć. To dość luźny związek.

– Proszę mi wybaczyć… W ogóle do siebie nie pasujecie. Czemu pani z nim jest?

– On bardzo dobrze gotuje – śmieję się – I baterie mu się nigdy nie wyczerpują.

***

– Czemu właśnie BDSM?

– Mówiłem już: to tylko zabawa. Nie dorabiam do tego ideologii. Zresztą… Pani ma swoje tajemnice, ja swoje.

– Chciałabym spróbować.

– A więc zdecydowała się pani na sesję?

– Chciałabym wziąć udział w tej zabawie, jak to pan nazywa.

– Przecież to panią odstręcza.

– To tylko zdjęcia. Sam pan mówił. Prawda?

– Jest pani pewna? Że chce pani pozować do takich zdjęć?

– Zróbmy to, teraz.

W studio pana Wiktora jest ciepło. Pachnie świeżym drewnem. Drewno – drzewo – las. Jestem jednak dość pijana, żeby się nie bać.

– Proszę spojrzeć – pan Wiktor pokazuje mi jakąś fotografię wyciętą z gazety – ta kobieta została zamordowana przez swojego kochanka. Prawie sto lat temu. Mord z lubieżności, jak to się ładnie nazywało. Czy umie się pani wczuć w jej emocje?

– Nie muszę. Mam dość własnych.

– Nie chcę nawet wiedzieć. Ale czy pani naprawdę jest gotowa to zrobić? Uzewnętrznić się? Akt to coś więcej niż fotografia nagiego ciała…

– Wiem.

– Dobrze, możemy spróbować. Może pani się rozebrać w tamtym pokoju.

– Niech pan… Mógłbyś się też rozebrać?

– Moja droga, ja tu jestem w pracy. Uniform jest niezbędny do zachowania powagi zawodu.

– Chociaż koszulę. Proszę. Będzie mi… łatwiej.

Smugi światła malują jego ciało w niesamowite odcienie czerni i bieli. Jego sutki – malutkie naprężone punkty.

– Zwiąż mnie, jak… tamtą dziewczynę ze zdjęcia.

Sznur jest szorstki. Ma słony zapach. Jak pot. Jak strach.

– Mocniej. Zawiąż mocniej.

– Jesteś pewna? Na pewno tego chcesz?

– Chyba tak.

– Jeśli będziesz chciała przerwać…

– Wiem.

Światło. Jego twarz w ciemności. Błysk lampy. Burza. Zapach żywicy. Las. Zaczyna brakować mi oddechu. Galopujące tętno rozsadza żyły. Film zaczyna przyspieszać. Szum drzew w ciemnościach. Zimny piasek. Łóżko, podłoga, Twoje ręce na mojej szyi, Twój szept przy moim uchu, strach, mdłości…

– Już, dziecinko, już…

Pan Wiktor rozwiązuje mi ręce, mówi do mnie pieszczotliwie, jak do dziecka lub zwierzęcia.

– Już?

– Tak.

– Jak wyszło?

– Zdjęcia? Nie wiem. Przestraszyłaś mnie jak diabli.

– Przepraszam.

– To ja przepraszam.

Pan Wiktor odwrócony do mnie plecami zapina guziki koszuli.

Czuję wilgoć na twarzy. Łzy?

***

– Pani Kasiu – Wiktor dotyka lekko mojego policzka – Katarzyno… Chodź, pójdziemy się przejść. Ależ masz piękne włosy – szepcze.

– Jestem łysa – bełkoczę bez sensu. Jest ledwie południe, a ja już jestem tak pijana, że zasypiam na leżaku.

– Zabieram cię na spacer.

– Po co?

– Musisz wytrzeźwieć, dziewczyno. Ten twój mężczyzna w ogóle cię nie pilnuje. Gdzie on jest?

– Nie wiem. Pewnie poszedł na ryby. Albo strzela z wiatrówki z twoim synem.

– Dzieciak… – mamrocze Wiktor – No, wstawaj – chwyta mnie za ręce.

– Gdzie mam iść?

– Pójdziemy do lasu.

– O, nie. Nie pójdę do żadnego lasu.

– Chyba się nie boisz?

– Właśnie, że tak.

– Przecież nic ci nie zrobię. Jesteś ze mną bezpieczna.

– Ale ja się boję lasu.

– Chodź, to niedaleko.

Nie mam siły mu się opierać. Wstaję, chwiejąc się na nogach. Wiktor bierze mnie pod rękę.

Gęsta ściana zieleni. Pleśń, żywica, robactwo. Zielona ciemność. Bezustanny cykl życia i śmierci w pigułce. Las. Obce terytorium.

I małe jeziorko zarośnięte tak, że niemal nie widać go z drogi.

– Może chcesz wejść do wody? Jest bardzo czysta.

– Nie mam na sobie kostiumu.

– Po co ci kostium? Nikt tu nie przychodzi. Miejscowi wolą tamto duże jezioro. Duża plaża, dużo hałasu.

Woda jest lodowata, orzeźwiająca, na kilka chwil tracę oddech.

– Tylko nie wypływaj za daleko. Ja nie umiem pływać. Nie uratuję cię, gdybyś zaczęła się topić.

– Nie jesteś rozsądny. Wpuszczasz pijaczkę do wody, a sam nie umiesz pływać. No, no…

Wiktor kładzie się na brzegu, zamyka oczy. Nie chce mnie prowokować do niebezpiecznych wybryków.

– Śpisz? – ociekając wodą, kładę się obok niego na trawie.

– Nie. Czekam na ciebie.

– Coś cię ugryzło – patrzy na moje ramię.

– Może. No i co z tego?

– Spróbuję usunąć jad, żeby cię później nie swędziało.

Przysuwa twarz do mojego ramienia. Czuję jego usta, lekkie nagryzienie, zaczyna ssać. Boże,  boże… Jakbym została porażona prądem. Obejmuję go za szyję, szukam jego ust. Oddaje pocałunek, ułamek sekundy. Wilgoć w kobiecym miejscu, wszędzie. Pragnę go. Odsuwa się ode mnie.

– Zostaw.

– Przecież za parę tygodni wyjadę. Nigdy już się nie zobaczymy. Dlaczego nie chcesz…

– Zabawić się? Tak? Ty wyjedziesz, zapomnisz, wrócisz do tego swojego… faceta, który cię tłucze, a ja?

– Przecież to tylko seks. O co ci chodzi?

Wiktor podnosi się, otrzepuje ubranie.

– Wracamy. Idziesz ze mną czy zostajesz? Chyba trafisz sama?

– Wrócę z tobą.

***

– Opowiedz mi o nim.

– O kim?

– O tym facecie.

– Po co?

– Sama mówiłaś, że za parę tygodni już cię tu nie będzie. I że już nigdy się nie spotkamy. Więc co ci szkodzi?

– Co byś chciał wiedzieć?

– Wszystko. Jaki jest facet, którego kochasz.

Facet, którego kocham… Jak bardzo nieodpowiednie jest to określenie. Myślę o Twoich niemych brązowych oczach. O Twoich dłoniach. Niskim, wibrującym „r”. Zimnych kafelkach w Twojej łazience, swoich połamanych paznokciach. Dźwięku rozpinanego rozporka. O zapachu alkoholu i perfum, które dostałeś od tamtej kobiety („nie chcę żadnych prezentów od CIEBIE”, powiedziałeś).

– Jest… inny niż ty.

– Domyślam się. I chwała Bogu.

– Jest w nim dużo… smutku. Ciemności. Jak w tamtych zdjęciach. Mroku, w którym nigdy nie wiadomo, co się czai. Co z niego nagle wychynie.

– Musi być z niego straszny ponurak.

– Nie. Nie bardzo – przypominam sobie Twój uśmiech, dystans do wszystkiego. Twoje wyrafinowane poczucie humoru. Żarty ze śmierci. I Twoje milczenie, którym odgradzasz się ode mnie w swoich najtrudniejszych chwilach. – Raczej jest cynikiem. Zresztą on nie ma właściwie powodów do radości.

– A ty?

– Co „ja”?

– Ty nie jesteś wystarczającym powodem?

– Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że chcesz mnie uwieść.

– Nigdy nie spotkałem takiej kobiety. On nie zasługuje na ciebie.

– A ty zasługujesz?

– Zawsze wiesz, jak mnie zbić z tropu – śmieje się Wiktor.

Niespodziewanie całuje mnie w rękę. Przytulam się do niego. Wdycham ledwie wyczuwalny zapach męskiego potu. Dzień jest gorący i duszny. Gdzieś daleko szczeka pies.

– Dlaczego on cię tak traktuje?

– Bo mu na to pozwalam.

– Dlaczego?

– Nie chcę o nim rozmawiać.

– Chciałbym ci pomóc. On cię krzywdzi.

– On nie robi nic, czego bym nie chciała.

Tamtego wieczoru w mojej wyobraźni masz jego dłonie, delikatne choć mocne. Przyciskam twarz do zimnych kafelków pod prysznicem, wbijam w siebie gumowy substytut Twojej męskości mocno między uda, coraz szybciej, mówię do siebie Twoimi słowami, (bywasz wulgarny tylko podczas seksu): „powiedz, lubisz być pieprzona? Powiedz”. „Lubię, kiedy Ty mnie pieprzysz”.

Okradłeś mnie z umiejętności kochania.

***

Szukam w sobie miejsca dla niego. Dla mężczyzny, który chce mnie kochać taką, jaka jestem. Chciałby oddać mi moją duszę. Znaleźć klucz. Bo teraz każdy centymetr, każdą sekundę mojego „ja” wypełniasz tak szczelnie, że nie ma tam miejsca nawet na moje ego.

Możesz być z siebie dumny. Szamanka zamknięta w Twojej garści. Jej wiedza i magia jest na Twoje rozkazy.

Smak Twojego ciała, jego konsystencja. Zapach. Jest zawsze o pół stopnia chłodniejsze od mojego. Twarda, opalona skóra. Wgryźć się w nią, głęboko. Przez błyszczące czerwono ścięgna. Aż do kości. Miłosny poczęstunek.

Lubię rany, które mi zadajesz. Siniaki, które noszę dumnie jak najdroższą biżuterię. Szkarłatne pręgi na udach, ukryte przed zazdrosnymi spojrzeniami świata, na każdym kroku przypominają o naszej tajemnicy. Nie pozwalam im się zagoić. Zrywam strupy ze wspomnień, moja głowa wciąż krwawi.

Z niedoboru Ciebie zapadłam na anemię.

***

– Unikasz mnie.

– Tak.

– Jak zwykle bezpośrednia.

– Spójrz na mnie. Spójrz jak ja wyglądam. Opuchnięta twarz, podsiniałe oczy. Wódka.

– No i co z tego? Jesteś piękna. Uwielbiam te piegi na twoim czole. I te na nosie. I włosy. I twój głos.

– Wazeliniarz.

– Chodź do mnie.

– Gdzie twoja żona?

– Pojechała do miasta. Czemu to dla ciebie takie ważne?

– Bo widzisz, ja mam zasady. Żadnych żon. Żadnych zazdrosnych kobiet.

– Moja żona… Nie jest problemem.

– Dla mnie jest.

– Proszę, chodź.

Słabe światło nocnej lampki. Twardy materac małżeńskiego łóżka. Kiedy kładzie się na mnie, jęczą sprężyny. „Nie. Nie mogę. Nie tutaj”.

Nocna poświata układa się na spokojnej tafli jeziora. Czarna toń. „Trzydzieści metrów w najgłębszym miejscu”. Cykanie świerszczy. Każdy krok zmienia się w hałas. „Nie wchodź do wody. Proszę. Nie umiem pływać. Nie uratuję cię…”

Mokra kładę się na zimnym piasku. Słyszę jego spokojny oddech.

– Prosiłem, żebyś nie wchodziła.

– Nie mogłam się powstrzymać. Woda jest cudowna.

Jego usta są ciepłe. Ręce nie zadają bólu. Porusza się powoli, ale zdecydowanie. Tak, jakby sprawdzał. Robił rozpoznanie. Jak żołnierz podbijający obce terytorium.

– I co teraz będzie? – pyta zupełnie tak jak Ty po pierwszej wspólnie spędzonej nocy.

– Nic. – odpowiadam tak samo, jak wtedy – Nic nie będzie. Wyjadę z Narzeczonym i nigdy już się nie zobaczymy.

***

Opalam się w ogrodzie. Na granicy półsnu, w jakimś delirycznym otępieniu upałem i wczorajszą katastrofą, słyszę jego kroki. Wiktor kładzie się obok mnie. Czuję owocowy zapach alkoholu.

– Piłeś na odwagę?

– Nie. Chyba nie.

Jego dłoń na moich plecach, zsuwa się niżej, odsuwa cienki materiał fig, pieści nagie pośladki.

– Zostaw. Ktoś zobaczy.

– Nikt nie zobaczy.

Moje ciało reaguje na jego dotyk, ale rozum nie śpi.

– Odejdź. Narzeczony w każdej chwili może tu przyjść.

– No i co z tego?

– Zachowujesz się jak dziecko. Upiłeś się…

– Nie jestem pijany. Wiem co robię.

– Tak?

– Nie chcę, żebyś wyjeżdżała.

– I jak to sobie wyobrażasz? Zamieszkamy tu razem: ja, ty, twoja żona i Narzeczony? Założymy harem?

– Przestań… Jesteś taka cyniczna.

– A ty dziecinny. Zostaw mnie.

Rozsuwa mi pośladki, całuje wnętrze ud. Nie potrafię i nie chcę mu się oprzeć. Słyszę jak rozpina pasek od spodni, dźwięk rozsuwanego rozporka.

– Nie tutaj…

– Tak bardzo boisz się, że Narzeczony się dowie? Mogę mu powiedzieć…

Idziemy w głąb ogrodu, mam nogi jak z waty. Co ja wyprawiam? Pozwalam na to? Ze strachu? A Ty? Może właśnie myślisz o mnie, a ja. A Ty? Może właśnie robisz to samo gdzieś. Z tą albo z tamtą. A ja. A Ty. Gówno, wszystko gówno.

Zdejmuję majtki, opieram się rękami o tył drewnianej altany, wplatam palce w pachnące stęchlizną otwory. Żeński Jezus. Jezus Christ Superstar.

– No dalej. Wypieprz mnie.

– Nie. Nie tak. Nie chcę traktować cię w ten sposób.

– Sraty taty. Nie tego chciałeś?

– Nie tak.

– Słuchaj, Wiktor. Czego ty w ogóle chcesz?

– Nie chcę, żebyś się zachowywała jak dziwka. Nie chcę czuć się jak jakiś alfons.

– Wiesz co, dajmy sobie z tym spokój. Po prostu.

***

– Przyszłaś. Jednak przyszłaś.

– Tak. Jak wtedy. Pamiętasz?

– Nawet mi nie przypominaj. Wystraszyłaś mnie jak diabli.

– Zrobisz mi jeszcze jakieś zdjęcie? Pamiątkowe? Zanim wyjadę?

– Jeśli chcesz.

– Nie jest ci do twarzy ze złością.

– Nie gniewam się przecież.

W półmroku rozpraszanym jedynie czerwienią zachodzącego słońca Wiktor wygląda niesamowicie. Gra światła i cienia zmienia jego twarz w maskę. Krzywo zapięta, pognieciona biała koszula, szare lniane spodnie. Stoi w progu z naburmuszoną miną. Duży chłopiec, któremu chcą zabrać zabawkę. Cięcie. Zapisuję ten obraz w pamięci.

– Zwiąż mnie. Tak jak wtedy.

– O, nie. Nie pamiętasz już, co się wtedy stało?

– Sam mówiłeś, że. To tylko gra.

– Ale nie dla ciebie. Prawda?

– To się nie powtórzy. Obiecuję.

Sznur znów mocno oplata moje nadgarstki. Klęczę na podłodze z ramionami wykręconymi do tyłu. Odginam głowę. Włosy dotykają nagich pośladków. Cz. ustawia lampy, parasolki, światło.

– Jesteś gotowa?

Zamykam oczy. Bez trudu przywołuję obrazy, które. Ciemność. Zapach żywicy. Sosny. Cięcie. Twój oddech przy mojej szyi. Cięcie. Jakiś obcy mężczyzna. Nie pamiętam nawet… Nie miał imienia. „Obiecaj mi, że nigdy nie wsiądziesz z obcym do samochodu”. Zresztą. Impuls. Jak Brando i Schneider. „Ostatnie tango w Paryżu”. Trącący myszką klasyk. Przypadkowe spotkanie.  („Dlaczego on jest tam taki dziwny? Ona się masturbuje, a on płacze!”. „Nie oglądałaś uważnie. Przecież jego żona niedawno umarła. Popełniła samobójstwo”. „No to co?”. „Wiesz, jak się kończy ten film?”. „Nie wiem. Nigdy nie obejrzałam go do końca”.). Cięcie. Jego złoty zegarek. Zbliżenie mojej twarzy. Odbity odcisk dłoni. Cięcie.

– Będziesz wiedział, kiedy będę gotowa…

„Nie potrzebujemy imion. Będziemy się spotykać nie wiedząc nic o sobie”.

Cięcie.

– Płakałaś.

– Tak?

– Nie powinienem… zgadzać się na to. Jesteś taka wrażliwa.

– Nie mów tak.

– Przecież to prawda.

– Nie mów tak.

– Dlaczego?

– Dla gówna psiego. Po prostu.

***

Pracownia Wiktora jest po męsku zabałaganiona. Obce, sztuczne zapachy. Chemia. Siedzimy na podłodze. Ma skrzyżowane stopy. Są bardzo zgrabne. Szczupłe. Jest zamyślony. Smutny.

– Już nigdy się nie zobaczymy?

– Nie. Nigdy nie spędzam wakacji dwa razy w tym samym miejscu.

– Ale ja nie mówiłem o wakacjach.

– Nie będę do ciebie przyjeżdżała.

– A gdybym…

– Mieszkam z Narzeczonym. Więc do mnie nie przyjedziesz na pewno.

– Spotkajmy się chociaż gdzieś w kawiarni…

– Przejedziesz ponad 200 kilometrów, żeby wypić kawę?

– Muszę… Chcę się z tobą spotykać.

– Jesteś dziecinny.

– Nie chcę, żebyś wyjeżdżała.

– Zakochałeś się, czy co?

– Strasznie jesteś bezpośrednia.

– Dziwki właśnie takie są.

– Przepraszam, wtedy nie chciałem… Wcale tak nie myślałem. Byłem wściekły, dlatego… Nie jesteś dziwką.

– A już myślałam, że coś zarobię na tym urlopie.

– Nie mów tak.

– Jak mi zapłacisz, to zrobię ci loda.

– Przestań.

– Nie chcesz? Jestem w tym dobra…

– Już przeprosiłem.

– Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o wolnej woli? – szepcząc mu do ucha, rozpinam jego koszulę.

– Tak?

– Skinner, technologia zachowania, projektowanie kultury… Jeśli człowiekiem można sterować jak maszyną, to znaczy że wolna wola nie istnieje.

– No… tak.

– Więc miłość też nie istnieje.

– Naprawdę tak myślisz?

– Miłość jest nieistotna z punktu widzenia przetrwania gatunku. Liczy się tylko wybór odpowiedniego partnera. Do takiego wyboru nie trzeba wolnej woli. Tylko instynktu.

– Co ci podpowiada twój instynkt? Teraz?

Całuje moją szyję, pieści piersi.

– To tylko seks, Wiktor. Nie chcę mieć z tobą dzieci.

Zdejmuję bluzkę. Wiktor klęka za mną. Czuję jego twardą męskość między pośladkami. Masuje moje sutki otwartymi dłońmi. Wolne, koliste ruchy. Cała zamieniam się w pragnienie. Wszystkie myśli uciekają.

– Nie chcę tu. Chodźmy do łazienki. Lubię łazienki. Lubię jak ceramika przejmuje ciepło ciała… Drewno nigdy tak się nie nagrzewa. I nigdy nie chłodzi.

Białość. Nie tak sterylna jak w Twojej łazience, bo poprzecinana zielenią ornamentów.

Kładę się twarzą do podłogi. „Weź mnie. Teraz”. Biało-zielone płytki parują od mojego oddechu.

Kładzie się na mnie. Długie, zdecydowane pchnięcia. Jeden, dwa, trzy… Dziesięć. Dwadzieścia… Gubią mi się liczby, mącą myśli, jeszcze, jeszcze… Moje ciche jęki, jego głębokie sapnięcia. Fizjologia, czysta fizjologia. To tylko seks. Tylko seks…

***

– Spotkasz się z nim? Jak wrócisz?

Przez chwilę chcę udać, że nie wiem, o co mu chodzi. Przez chwilę. Przecież należy mu się uczciwość. (Właściwie dlaczego?).

– Tak.

Odwraca się. Nie patrzy na mnie.

– A co z Narzeczonym?

– A co z twoją żoną?

Jakiś grymas przebiega przez jego twarz. Ma piękną twarz. Wszystkie emocje malują się na niej. Inaczej niż u Ciebie.

– Moja żona… Od dawna nic nas nie łączy. Właściwie to… wspólny interes. Nasze małżeństwo to biznes. Rozumiesz? Ona prowadzi pensjonat, którego ja jestem właścicielem.

– A dzieci?

– Starsze mają już własne dzieci. Najmłodszy za rok kończy liceum.

– Nie o to pytałam.

– A co chcesz wiedzieć? Miłość? Nie, taka więź nas nie łączy.

– Zdradzałeś ją już wcześniej?

– Prowadzimy osobne życia. Nie płakałaby, gdybym odszedł. Jakoś byśmy to… załatwili. Biznesowo.

– I co ja mam zrobić? Powiedz, co ja mam zrobić! Tak mi z tobą dobrze. A jednocześnie…

Obejmuje mnie, zamyka w swoich ramionach. Mocno.

– Nie wiem.

Jego usta są ciepłe. Pachną wiśniami i wódką.

– Nasz ostatni raz?

– Bądź… delikatny. Proszę. Wczoraj trochę przesadziłam…

– Nie wystarczył ci seks ze mną?

– Budzisz we mnie takie pragnienie, że… ciągle chodzę nakręcona.

Kładzie mnie na łóżku. Zdejmuje ubranie. Powoli. Całuje każdą część ciała. Delikatnie przygryza i szczypie ustami. Wariuję z pragnienia. Jego męskość w moich ustach. Pierwsze krople rozkoszy.

– Cała drżysz, dziecinko.

– To nic. Proszę, zrób to wreszcie. Tak jak ostatnio.

– A może pokochamy się… normalnie?

– Nie.

– Nie masz jakiegoś kremu z benzokainą? Coś… znieczulającego? Nie chcę, żeby cię bolało.

– Po prostu bądź delikatny. Potrafisz.

Autor: Mezzanine


Te opowiadania mogą być również interesujące:

Modliszka

Public relations

Dyfuzja kawałków lustra

Never more

Wcielenie

Konferencja

To, co zakazane


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zaobserwujesz nasz funpage, żeby być ze wszystkim na bieżąco.

6 myśli na temat “Fotograf

  1. Raczej trudno polubić ten świat pachnący stęchlizną i wódką, a jednak opowiadanie jest bardzo nastrojowe… sentymentalne i bolesne jednocześnie.

  2. Przez moment wpatrywałam się w klawiaturę zastanawiając się co napisać. Jakby literki mogły mi pomóc i same się ułożyć w zdania. :)
    Na początku nie mogłam się zdecydować czy podoba mi się czy też nie. Inaczej napisane. Inaczej niż przyzwyczaili nas pozostali Autorzy. Teraz tak myślę, że chyba mi się jednak podoba.
    Moją uwagę przykuły fragmenty, które są jak błyski flesza następujące szybko po sobie.
    Przebłyski obrazów w głowie. Pojedynczy wyraz. Kropka, wyraz, kropka… Jakby kropka była fleszem. Takich fragmentów jest kilka.: „Światło.(BŁYSK) Jego twarz w ciemności. (BŁYSK) Błysk lampy. (BŁYSK) Burza. (BŁYSK) Zapach żywicy. (BŁYSK) Las. (…)”
    Wyczuwam w tym tekście tęsknotę za mężczyzną. Tęsknotę schowaną za fizjologią i alkoholem.
    Mroczny akt czy zimne łazienkowe kafelki przypominają o mężczyźnie i jawią się jak namiastka bycia bliżej niego. Pozór bliskości?
    Ciekawa jestem kolejnych Twoich tekstów. Bardzo!

  3. Rozumiem dylemat Nika, struktura tekstu powoduje, że w pierwszym czytaniu mózg dostaje między oczy i chwilę trwa zanim otaguje ‚podoba się / nie podoba się’. Oszczędna, pozbawiona ozdobników językowych forma sprawia, że opisane detale są bardzo wyraziste, nie można ich przeoczyć, przemilczeć. Mnie te krótkie, czasem jednowyrazowe zdania przywodzą na myśl sposób napisania Pamiętnika z Powstania Warszawskiego Mirona Białoszewskiego. Nie pozostawiają miejsca na domniemania, rzeczywistość odmalowana tak realistycznie, że wyobraźnia nie ma co robić. To tekst dla analitycznej części mózgu – wiwisekcja detalu.
    Uchylając rąbka tajemnicy powiem, że z tekstami Mezzazine jest jak z filmami Alfreda H. – napięcie rośnie :).

  4. Niekiedy oszczędna forma jest ogromną zaletą tekstu. Zawsze powtarzam, że pisać krótkie formy trzeba umieć. Uważam też, że to większe wyzwanie dla Autora. To umiejętność tak operować słowami, by przekazać co się chce bez rozwlekania i sygnalizowania Czytelnikowi jak co ma odczytać.
    Lubię tez krótkie zdania, równoważniki zdań czy same wyrazy w tekście. One dodają dynamiki tam, gdzie jest to potrzebne. Powoli skracając długość zdań rozpędzamy tekst. :)
    Napięcie rośnie, mówisz? Zatem liczę na to, że przy którymś opowiadaniu spadnę ze stołka zachwycona :)

  5. Cóż niestety autor tekstu mnie napawa obrzydzeniem, nie wiem czy to chora fantazja czy realne wydarzenie lecz to się nadaje do czytania przez patologię i nie koniecznie nie taką z dysfunkcją rodzinną i biedą.
    Obiecuję że więcej tu nie zajrzę .
    Nie pozdrawiam.

Dodaj komentarz