Pocałunek w górach

Pocałunek w górach - Barman-Raven - opowiadanie erotycznePocałunek w górach – Barman-Raven – opowiadanie erotyczne

„O tutaj, za tymi drzewami było takie cudowne miejsce, ale akurat tu go nie widać. No i w tym miejscu…” – Nie lubię oglądania fotografii. Nie moje wspomnienia, nie mój klimat, nie moje emocje. Nienawidzę, jeśli ktoś zmusza mnie do oglądania swoich starych zdjęć. Nigdy też nie zaserwowałbym komuś tak wątpliwej przyjemności. Ale…

Obydwoje z moją córeczką siedzieliśmy w kuchni. Mała odrabiała lekcje, ja zmywałem naczynia przed obiadem. W tle szumiał laptop z przypadkowo dobraną listą utworów. W pewnym momencie moje dziecko zaczęło nucić pod nosem. „Anioły są całe zielone, zwłaszcza te w Bieszczadach / Łatwo w trawie się kryją i w opuszczonych sadach…”

– Podoba ci się to? – Spytałem, nie kryjąc zdziwienia.
– Tak, u nas dziewczyny na harcerstwie to śpiewają. – Odpowiedziała, nie podnosząc głowy znad książki.
– Ciekawe czy znasz to…
Wybrałem wszystkie utwory Starego Dobrego Małżeństwa do playlisty.
– Tato, a co to są te Wieszczady?
– Kochanie tam jest B jak Basia. To są Bieszczady. Takie góry w Polsce.
Moment ciszy.
– Tato, a ty byłeś w Bieszczadach?
– Tak, byłem. Hmm… nawet chyba mam jeszcze jakieś zdjęcia. Chcesz to wieczorem je obejrzymy. – Mała pokiwała głową aprobując plan.

Przed kolacją zasiedliśmy do pudełka ze fotografiami. I dopiero w trakcie ich przeglądania zrozumiałem, jak bardzo brakuje mi chodzenia po górach. I jak wiele mojego rozwoju mogło się zrealizować dzięki takiej włóczędze.

Moje Szczęście już śpi a ja przeglądam zdjęcia z wypraw i słucham SDM.

Mój Boże… „Czwarta nad ranem”, „Z nim będziesz szczęśliwsza…” Spoglądam wstecz i jestem ogromnie wdzięczny Magdzie, która zaraziła mnie bakcylem miłości do gór i która pokazała mi Stare Dobre Małżeństwo.  Tak naprawdę kochałem w życiu trzy kobiety. Pierwszą z nich była właśnie Magda. Gdyby nie Magdali nic w moim życiu nie byłoby takie samo.

To była naiwna, niemal platoniczna młodzieńcza miłość. Napisaliśmy do siebie ponad trzysta listów – mieszkaliśmy w odległości kilkudziesięciu kilometrów od siebie. To były czasy kiedy nie było jeszcze e-maili, sms’ów a list pisało się na papierze.
Listy od Magdy. Zanim dostawałem kopertę, już wiedziałem, że list przyszedł, że już jest u mnie w domu. W powietrzu unosił się zapach, którego nie sposób opisać. Nie sposób też zapomnieć. Pamiętam oczekiwanie i niecierpliwość z jaką otwierałem kopertę. A potem był moment, kiedy czytając pierwsze słowa, wdychałem zapach jaki jej dłonie pozostawiły na papierze.
Słowa, emocje, marzenia. Zapisane równym, kobiecym, okrągłym pismem albo załamane litery, kiedy list pisany był w pociągu lub rozchwiane pismo, jeśli pochodził z nierównego stołu schroniska w Karkonoszach. Nawet teraz opisując, mam przed oczami stronice w kratkę i jakby słodki, lekko pomarańczowy zapach wypełnił mój nos.

Całe godziny poświęcone na słuchaniu tego samego Muzycznego Radia z Jeleniej Góry i dzieleniu się emocjami. Ona tam, ja tu, obydwoje z czarną herbatą i pytaniami „czemu cię nie ma na odległość ręki? czemu mówimy do siebie listami?”. A kiedy była już blisko – włóczyliśmy się po okolicznych pagórkach, odcięci od reszty świata, wyjęci poza rzeczywistość. Jej pies zaczął w pewnym momencie patrzeć z przestrachem kiedy stawałem w drzwiach, bo rozmawiając albo po prostu będąc blisko siebie byliśmy w stanie spędzić cały dzień na spacerze.

Żałuję, tego jak zachowałem się później – mogliśmy zostać przyjaciółmi a przez moją skłonność traktowania ludzi przedmiotowo i brak szczerości straciłem z nią jakikolwiek kontakt. Oszukałem ją dla swojej wygody. Kiedy jako-tako przejrzałem na oczy, było już za późno. Niezapisana, czysta kartka w  ostatnim liście była jak policzek.

Dziś wszystko wróciło. Dotyk, zapach, smak i deszcz za oknem.
Ona nauczyła mnie chodzić po górach. Znała je jak własną kieszeń, nie potrzebowała mapy, znała przejścia graniczne, szlaki i skróty.

Magda – wysoka brunetka z wysportowaną sylwetką wyraźnie zarysowana talią, ładnymi kształtnymi piersiami i łydkami, których widoku nie zapomnę do końca życia. Przedzierając się przez górskie szlaki moja dziewczyna wytyczała trasę, tak więc dla mnie pozostawało miejsce z tyłu. Im bardziej ciążył plecak, tym niżej pochylałem się pod jego ciężarem, przed oczami mając ni mniej ni więcej tylko łydki swojej partnerki. Nie zliczę ile godzin, ile kilometrów pokonałem wpatrując się w jej nogi. Nawet teraz, gdy zamknę oczy jestem w stanie odtworzyć obraz smukłych łydek Magdy.

Wybraliśmy się kiedyś w górki z grupką przyjaciół. Gorące i parne lato w Rudawach Janowickich. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o ruiny średniowiecznego zamku Bolczów. To był ostatni postój w drodze do stacji kolejowej. Od warowni szeroką rozpadliną schodziło się coraz bardziej stromo w dół do Janowic.

Widok był niesamowity. Obronny zamek zbudowano na szczycie góry tak, że ponad gęstwiną lasu sięgającą do szczytów murów widać było całą okolicę. Ciemnozielone morze sięgające aż po widnokrąg z jednej strony, z drugiej widok ograniczał masyw Śnieżnych Kotłów. Nie trudno było dostrzec, że znad Karkonoszy nadciąga burza. Granatowo-sine chmury kłębiły się na niebie rozbłyskując od czasu do czasu błyskawicami. Po całym dniu nieznośnego upału zaczął wiać ożywczy, chłodniejszy wiatr. Nasza grupa zaczęła się zbierać do zejścia. Dziewczyny chciały zdążyć przed deszczem na stację.

Po chwili zostaliśmy sami. Byliśmy najbardziej doświadczeni w chodzeniu po górach, więc nawet zejście w deszczu nie stanowiło dla nas kłopotu. Zwłaszcza w Rudawach, które nie są – przyznajmy to szczerze – zbyt wymagające.

Trzymając się za ręce, weszliśmy na najwyższy punkt w zrujnowanej wieży a stamtąd na mury. Usiedliśmy na zmurszałych kamieniach i przytuleni ramionami do siebie patrzyliśmy na nadchodzącą burzę.

Podmuchy wiatru przyginały drzewa do ziemi. Korony buków pochylały się pod naporem nieuchronnie nadciągającej nawałnicy. W lesie jeszcze do niedawna sennym i wypełnionym leniwym brzęczeniem owadów zaczął się nagły ruch. Zeszłoroczne liście unosiły się i wirowały, jak pod dotknięciem niewidzialnej miotły. Przez przesiekę przebiegło spłoszone stado saren. Krzaki drżały w nagłych podmuchach zielenią delikatnych liści.

Niebo pociemniało. Kłębiące się obłoki wyglądały, jak gniewna armia szykująca się do ataku. Grzmiało i huczało od piorunów. Nagle wszystko ucichło. W chwili, kiedy schodziliśmy po rozpadających się kamiennych schodkach na dziedziniec, zaczęły padać pierwsze ciężkie krople deszczu.

Nie dotarliśmy nawet do połowy murów, kiedy lunął z nieba rzęsisty deszcz, a potem zaczęły spadać na ziemię duże, białe kulki gradu. Przemoczeni do suchej nitki schroniliśmy się w załomie murów. Po ataku gradem z nieba wylała się nieprzebrana ilość zimnej wody. Było chłodno i mokro, ale przynajmniej nie padało bezpośrednio na nasze głowy. Nasze schronienie nie dawało jednak osłony przed wiatrem, który wdzierał się przez otwory strzelnicze w murach. Podwórze zamku przed nami i ledwo widoczne w oddali góry przesłaniała sina mgła padającego deszczu.

Magda wyglądała cudownie. Brązowe oczy błyszczały z emocji, policzki zaróżowiły się a mokre od deszczu, wydatne wargi lśniły blaskiem. Mokre kosmyki włosów układały się niesfornie na czole. Z czułością odgarnąłem je i dopiero wtedy poczułem, że cała drży z zimna. Objąłem ją i przytuliłem. Oparła głowę na moim torsie, przywarła do mnie mokrymi piersiami wyraźnie widocznymi pod przemoczoną koszulką. To dziwne, ale nie poczułem znajomego ukłucia podniecenia. Otoczyłem ją ramieniem i osłoniłem przed wiatrem. Wtuliła się w moją pierś jak mała dziewczynka.
Chciałem oddać jej całe moje ciepło, cały zapas energii jaką miałem. Poczułem jak bardzo mi na niej zależy, jak bardzo jest mi bliska. Wiał okropny, przeraźliwy wicher. Zrobiło się ciemno, grzmiało i co jakiś czas, jak światło flesza, błyskawice zalewały okolicę białym światłem. A ona stała przytulona do mnie, ufna i bezpieczna… bo ze mną.

Odchyliła głowę do tyłu i spojrzała mi w oczy. Miałem wrażenie, jakby wszystko, co działo się wokół nas, ucichło, oddaliło się, zeszło na drugi plan. Widziałem tylko ją. Czułem jej delikatnie pomarańczowy zapach, bliskość ciała. Uniosła się lekko na palcach i przymykając powieki pocałowała mnie głęboko. Wilgotne, ciepłe wargi, lekko słony smak kropel wody, ciepły oddech… Nie zważając na strugi ulewnego deszczu, całowaliśmy się, zapominając o otaczającej nas rzeczywistości. Na moment czas stanął w miejscu.

W końcu oderwała się od moich warg. Podniosła rękę i dotknęła opuszkami mojego policzka. Jak w zwolnionym tempie zauważyłem, że o dłoń rozpryskują się krople. Podniosłem wzrok i w nieprzytomnych, brązowych źrenicach zobaczyłem czułość, odbierającą dech w piersiach.

Jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Tak silnego uczucia bycia dla kogoś ważnym nie udało mi się doznać nigdy wcześniej. Znów zerwał się wiatr. Zadrżała pod jego dotykiem. Czar prysł.
Znów słyszałem odgłosy burzy, szum liści pod rzęsistym deszczem, pioruny i wycie wiatru w ruinach. Roześmiał się w głos, cmoknęła mnie w policzek i pociągnęła za sobą.

Zbiegliśmy, trzymając się za ręce aż do samych Janowic, gdzie czekała na nas reszta grupy.

.

autor: Barman-Raven


To może być również interesujące:

Never more opowiadanie erotyczne 

Public relations opowiadanie erotyczne 

They cannot see me naked – opowiadanie erotyczne

Giles Vranckx i jego kobiety – galeria na Odcienie Czerwieni

Inkuby, koszmary i „Nocna mara” Füssliego


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

Dodaj komentarz