Babe, I’m on fire!

ruchanie opowiadanieBabe, I’m on fire! – megaera – opowiadanie erotyczne

Wczoraj w moim pięknym mieście bez rzeki spłonął skład opon. Wysoki słup czarnego dymu unoszący się nad horyzontem widoczny był z odległości kilku kilometrów, a mnie przypomniała się historia innego wielkiego pożaru, który zafundował mi emocjonalne tornado i jedno z najlepszych rżnięć mojego życia. Będzie długie i romantyczne jak w Harlequinie.

Było to prawie równo 14 lat temu – w majówkę 2003 roku. Był to trzeci dzień długiego weekendu, który spędzałam z mężczyzną w Gdańsku. Zatrzymaliśmy się w pięknym hotelu położonym nad brzegiem Motławy, z którego okien rozciągał się malowniczy widok na rzekę i miasto. Było romantycznie do zrzygania, a ja byłam zachwycona. Wszystko było idealnie – moje ukochane miejsce na ziemi, cudowny facet, intymność hotelowego pokoju i niczym niezmącona sielanka. Cały wyjazd był niespodzianką zorganizowaną dla mnie przez mężczyznę i spędzaliśmy go spacerując, jedząc, pijąc i pieprząc się w nieskończoność.

Stałam w łazience susząc włosy, kiedy mężczyzna kolejny raz zajrzał do środka:
– Błagam cię, pospiesz się, bo spóźnimy się na śniadanie.
– Już kończę, obiecuję – odpowiedziałam odwieszając suszarkę i w pośpiechu układając krótkie włosy.

Jeśli jest we mnie coś stereotypowo kobiecego, to z całą pewnością jest to zbyt długie szykowanie się do wyjścia i spóźnialstwo, które doprowadzało mężczyznę do szału. Zawsze miał dokładny plan dnia i zajęć, a ja notorycznie je burzyłam i kłóciliśmy się o to dziesiątki razy w przeszłości. Teraz jednak szczególnie zależało mi żeby nie psuć naszej sielanki, więc w pośpiechu wciągnęłam na nagie ciało lekką sukienkę, założyłam szpilki i wybiegłam za nim z pokoju.

W windzie mężczyzna stojąc obok mnie przesunął dłonią po moim udzie i wsunął ją pod sukienkę. Dotknął nagiego pośladka.
– Nie założyłaś majtek?
Spojrzałam na niego i już miałam wyjaśnić, że nie zdążyłam, bo mnie poganiał, ale zanim cokolwiek powiedziałam objął mnie mocno w talii i przyciągnął do siebie tak, że poczułam jego erekcję. Ok, czyli moje przypadkowe niedociągnięcie odzieżowe okazało się rozpalającą zmysły zagrywką. Może być i tak. Uśmiechnęłam się tylko zalotnie i lekko przygryzłam wargę odsuwając się od niego.

Winda zatrzymała się na parterze, a ja wyszłam z niej energicznym krokiem. Szłam przed mężczyzną bujając biodrami i wiedziałam, że wszystko w nim kipi. Przez całe śniadanie nie odzywaliśmy się do siebie prawie słowem, a napięcie między nami rosło. Zachowywałam się jakbym nie miała pojęcia, o co mu chodzi, ale robiłam wszystko żeby jeszcze bardziej go nakręcić.

Uwielbiałam takie gierki. Znałam go na wylot, wiedziałam, co go podnieca, którędy pełza jego wzrok i dokąd prowadzi go wyobraźnia. Nakładając jedzenie na talerz pochylałam się nisko nad stołem pozwalając sukience unosić się lekko ku górze, a siadając na krześle poprawiałam ją tak żeby mężczyzna widział, że siedzę na nim gołym tyłkiem. Kiedy kelner zbierał naczynia z naszego stolika od niechcenia machałam kolanem rozsuwając uda i najbardziej czarującym głosem, jaki potrafiłam z siebie wydobyć mówiłam mu, że jedzenie było zachwycająco pyszne.

Kiedy wstaliśmy od stolika mężczyzna mocno złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Musiałam biec żeby za nim nadążyć. W windzie staliśmy obok siebie jak obcy ludzie, a moje serce waliło jak pojebane, bo wiedziałam, co zaraz się stanie.

Otworzył drzwi naszego pokoju i popchnął mnie do środka. Zatrzasnął je za nami z impetem i mocno chwycił mnie za gardło przyszpilając moje ciało do ściany. Wsunął rękę między moje uda, przesunął ją ku górze i złapał za mokrą cipkę wsuwając palce do środka. Przysnął się bliżej, a ja miałam ochotę się na niego rzucić. Z trudem łapałam oddech i próbowałam go pocałować, ale mi nie pozwolił. Zaczął lizać moje ucho, co zawsze doprowadzało mnie do szaleństwa. Uginały się pode mną nogi i słyszałam swój przyspieszony oddech.

– Kto nie zakłada majtek idąc do restauracji? – wysyczał spokojnie przez zęby.
– Nie wiem… – dyszałam ciężko. – Nie wiem, kto tak robi…
– Ja wiem. Wstrętne szmaty. Tylko takie zepsute szmaty jak ty chodzą bez majtek – nie przestawał ruszać palcami w moim wnętrzu. – Idź do łóżka, uklęknij, wypnij tyłek i podciągnij sukienkę.

Przeszłam przez pokój tak spokojnie, jak tylko potrafiłam. Weszłam na łóżko i zauważyłam, że było świeżo zaścielone. Klęczałam w tej śnieżnobiałej pościeli bez zapachu, w butach, z gołym, wypiętym tyłkiem i wrzałam z podniecenia. Tak tu czysto i pięknie, a my zaraz zamienimy to wszystko w przesiąknięty spermą, śliną, potem i łzami barłóg. Marzyłam żeby natychmiast mnie zerżnął.

Ale mężczyzna stanął obok łóżka i tylko mi się przyglądał. Odruchowo spuściłam wzrok, bo jego spojrzenie nadal mnie peszyło. Złapał mnie mocno za włosy i podciągnął moją głowę do góry tak, że musiałam popatrzeć mu w oczy.

– Wiesz, co muszę zrobić? – zapytał wyciągając ze spodni stary, gruby skórzany pas z ciężką, zdobioną sprzączką, który przywiózł z jakiejś dalekiej podróży i którym katował mnie wiele razy w przeszłości.
– Ale dlaczego? Nie zrobiłam nic złego – naprawdę uważałam, że kara jest w tym wypadku niezasłużona.
– A kto świecił tyłkiem przed gośćmi hotelu? Kto odsłaniał cipę przed kelnerem? Przez kogo stał mi przez całe śniadanie?! – wrzasnął, puścił moje włosy i wymierzył mi siarczysty policzek.
– Przecież nikt niczego nie widział! Byłam ostrożna – odpowiedziałam w lekkiej panice mrużąc oczy ze strachu przed kolejnym uderzeniem.
– Mam to w dupie, ja widziałem co robisz szmato – odsunął się na krok i zamachnął ręką, w której ściskał pas.

Pierwsze uderzenia znosiłam dzielnie, chociaż mężczyzna się nie oszczędzał. Byłam tak potwornie napalona, że wydawało mi się, że straciłam czucie i wytrzymam wszystko żeby tylko w końcu mnie zerżnął. Ale on nie przestawał. Pas spadał z impetem na moje pośladki, a ja zaczęłam krzyczeć z bólu. Ta zabawa przestała przypominać wstęp do pieprzenia, a do mnie dotarło, że to prawdziwa kara. Zrobiło mi się przykro i zaczęłam płakać po części z bólu, a po części z rozczarowania, złości i poczucia krzywdy.

Kiedy pas kolejny raz zsunął się niżej, na uda, nie wytrzymałam i opadłam w pościel łkając jak dziecko.
– Wstawaj, jeszcze nie skończyłem.
– Proszę cię, już nie, już nie mogę, nie bij mnie już – wyrzucałam z siebie błagalnym tonem, zasłaniając się rękoma i patrząc na niego przez łzy.
– Powiedziałem, że jeszcze nie skończyłem!

Podniosłam się i posłusznie wypięłam tyłek, bo wiedziałam, że nie ma co z nim dyskutować, kiedy jest w tym stanie. Szlochałam przez zaciśnięte zęby, a kolejne ciosy bujały moim ciałem. Zaczęłam szczerze żałować, że bez sensu go prowokowałam. Mogłam przecież przesiedzieć to śniadanie grzecznie i skromnie i po prostu zerżnęlibyśmy się po powrocie do pokoju. Na chuj mi były te głupie gierki?

Robiło mi się niedobrze z bólu, kiedy mężczyzna przestał. Upadłam na materac i zwinęłam się w smutny, łkający kłębek. Mężczyzna usiadł obok opierając się plecami o zagłówek łóżka i wyciągnął nogi wzdłuż mojego ciała. Podniosłam głowę i położyłam ją na jego udzie, a on zaczął głaskać moje włosy. Skubałam palcami materiał jego spodni i powoli się uspokajałam.

– Przepraszam – powiedziałam cicho. – To było głupie, naprawdę przepraszam. Nie zrobię tego więcej.
– Zrobisz – powiedział lekko się śmiejąc. – Zrobisz to jeszcze nie raz, bo jesteś małą, zepsutą prowokatorką. Między innymi dlatego cię kocham.
Znowu wybuchłam płaczem.
– No już, uspokój się już. Wszystko jest już dobrze – powiedział zsuwając się niżej i mocno mnie obejmując.
– To pocałuj mnie wreszcie!

Zaśmiał się znowu i pocałował mnie w czoło. Podniosłam twarz do góry i sięgnęłam do jego ust. Całowaliśmy się lekko, a ja dotykałam jego twarzy pokrytej krótkim, szorstkim zarostem. Znowu robiło mi się przyjemnie i zaczęłam mocniej zaciskać uda. Wracała do mnie fala podniecenia, którą na chwilę stłumiło lanie. Rozprostowałam ciało i sięgnęłam dłonią do wnętrza jego uda, ale mężczyzna strącił ją pewnym gestem.

– Nie mamy na to czasu. Musimy zaraz wychodzić.
– Naprawdę? – zapytałam z lekkim rozczarowaniem w głosie. Chciałam z nim zostać w tym łóżku na zawsze. Pieprzyć się, tulić i znowu pieprzyć.
– Naprawdę. Mamy plany. Miałaś mi pokazać swój Gdańsk, a ja zaplanowałem obiad w Sopocie. Znam tam świetną knajpkę.
– No dobrze, to wstawajmy – za dobrze wiedziałam, czym kończy się dyskutowanie z jego planami.

Podniosłam się z łóżka, wzięłam ubrania z walizki rozwalonej na środku pokoju i poszłam do łazienki doprowadzić się do ładu. Kiedy wyszłam mężczyzna stał przed drzwiami nagi.
– Czyli jednak? – zapytałam z uśmiechem znacząco unosząc brwi.
– Nie! Po prostu muszę wskoczyć pod prysznic – cmoknął mnie w policzek i wszedł do łazienki.

Byłam gotowa do wyjścia, ale wiedziałam, że mam przynajmniej 10 minut zanim mężczyzna się ogarnie. Usiadłam przy biurku ustawionym w kącie pokoju, nalałam sobie wody i zapaliłam papierosa. Przez wysokie okno patrzyłam na rzekę i malownicze budynki na jej drugim brzegu. Było wczesne popołudnie i dzień zapowiadał się pięknie. Zresztą kochałabym Gdańsk nawet w ulewie i śnieżycy. To miasto zawsze było moim sielankowym miejscem na ziemi, miałam stąd same cudowne wspomnienia i za każdym razem, kiedy do niego wjeżdżałam zatykało mnie jakieś przepełnione sentymentem wzruszenie.

– Gotowa? – pytanie wyrwało mnie z zamyślenia.
– Tak, możemy iść – odgasiłam papierosa i wysypałam zawartość popielniczki do kosza pod biurkiem.

Złapałam wiosenny płaszcz i wyszliśmy z hotelu. Uliczkami starego miasta ruszyliśmy w kierunku dworca. Mężczyzna całą drogę oplatał mnie mocno ramieniem, co zawsze utrudniało mi marsz, ale przed czym nigdy nie protestowałam. Dopiero na peronie dworca zwolnił uścisk i złapał mnie za rękę żeby łatwiej było nam wsiąść do kolejki.

Jechaliśmy na zachód – do mojego Gdańska. Do części miasta, w której kiedyś pomieszkiwałam i w której czułam się jak w drugim domu. Wysiedliśmy w Oliwie, doszliśmy do ulicy Piastowskiej i ruszyliśmy w kierunku morza. Minęliśmy długą aleję urokliwych domków i dobrnęliśmy do blokowiska. Za jednym z charakterystycznych dla tego miasta falowców skręciliśmy w osiedle i urządziłam mężczyźnie najnudniejszą wycieczkę krajoznawczą w dziejach ludzkości. Pokazywałam mu, gdzie mieszkałam, gdzie robiłam zakupy, na który plac zabaw zabierałyśmy dziecko mojej koleżanki i gdzie mieszkał starszy pan, który uwięziony w wózku inwalidzkim musiał słuchać piosenek, które śpiewałam mu sama będąc jeszcze dzieckiem.

Ruszyliśmy dalej. Idąc w kierunku plaży opowiadałam o każdym zdarzeniu i wspomnieniu jakie wiązało się dla mnie w tym miejscem. Kiedy schodziliśmy na promenadę mijając drewniane straszydło, które kiedyś było Bacówką u Józka zauważyliśmy, że ludzie pokazują sobie coś na niebie za nami. Odwróciliśmy się z ciekawości i zobaczyliśmy wysoki słup czarnego dymu, który unosił się nad miastem. W pierwszym momencie nie zwróciliśmy na niego większej uwagi i szliśmy dalej nadmorską promenadą w kierunku Sopotu, gdzie mieliśmy zjeść obiad.

Próbowałam snuć swoje sentymentalne opowieści, ale słup dymu za plecami nie dawał mi spokoju. Ludzie idący z naprzeciwka pokazywali go sobie palcem, a ja mimowolnie co chwila odwracałam głowę i miałam wrażenie, że za każdym razem czarne kłębowisko jest coraz wyższe.
– To musi być jakiś wielki pożar – powiedziałam w końcu do mężczyzny.
– Pewnie tak. Ciekawe, co się pali. Wygląda, że to gdzieś w okolicy naszego hotelu.

Te słowa sprawiły, że mój umysł wykonał nagle absurdalną woltę i ogarnęło mnie kompletne przerażenie. Przypomniałam sobie zawartość popielniczki wysypaną w pośpiechu do kosza pod biurkiem. Przypomniałam sobie, że był z plastiku i nie miałam już cienia wątpliwości, że ten potworny pożar to moja sprawka. Spaliłam hotel! To jasne! Oczywiście, że spaliłam hotel. Na pewno niedokładnie odgasiłam papierosa, który stopił plastik, od niego zajęła się wykładzina, później długie firanki i ciężkie kotary i poszło! O mój kurwa boże, co ja zrobiłam?!

W ułamku sekundy zamieniłam się z oazy sielankowego spokoju przepełnionego gdańską szczęśliwością w kompletnie spanikowany kłębek nerwów. Przestałam się odzywać i zaczęłam iść szybciej ciągnąc za sobą mężczyznę. Kilka razy mówił mi żebym zwolniła, ja na chwilę opanowywałam ten marszobieg, tylko po to żeby za moment znów zacząć zapierdalać przed siebie. Po mojej głowie tłukły się obrazy ludzi w panice uciekających z płonącego hotelu i wozów strażackich, które bezskutecznie walczyły z płomieniami zajmującymi sąsiednie budynki.

Raz za razem nerwowo spoglądałam za siebie licząc, że słup dymu zniknie, ale on nadal szalał na niebie. Robiło mi się niedobrze.
– Ej, dziecinko, co się z tobą dzieje? Coś się stało? – mężczyzna nie mógł nie zauważyć, że zachowuję się dziwnie. Zatrzymał się na chwilę i mocno mnie przytulił.
– Nic się nie dzieje, wszystko w porządku – wymamrotałam wciśnięta w jego ramię.
– To czemu tak nagle zamilkłaś? Zdenerwowałaś się czymś?

Chciałam krzyczeć w panice, że spaliłam hotel. Że musimy natychmiast wracać i sprawdzić, czy budynek jeszcze tam stoi i czy nikt przeze mnie nie zginął w ogniu. Wiedziałam jednak, że nie mogę tego zrobić. Rozumiałam, że to absurdalne. Na jakimś logicznym poziomie wiedziałam, że nie spaliłam żadnego hotelu, że to głupie, ale rozum nie zawsze wygrywa z emocjami, a te trzymały go właśnie w silnym Nelsonie kompletnie irracjonalnego i niewytłumaczalnego lęku.
– Nie, nie wiem, po prostu źle się poczułam. Nieważne, chodźmy dalej, bo robię się głodna.

Dotarliśmy do Sopotu i wybraliśmy się na spacer po molo. Myślałam, że oszaleję. Robiłam się wściekła na mężczyznę, że nawymyślał tych wszystkich głupot, które tylko odwlekają moment powrotu. Nic mnie nie cieszyło, byłam rozdrażniona, a na jego pytania odpowiadałam zdawkowo i złośliwie. Atmosfera między nami robiła się nieznośna.

Mężczyzna nie rozumiał, co się ze mną dzieje i słusznie się wkurwiał, a ja nie byłam w stanie ani się wytłumaczyć ani sprzedać mu wiarygodnej wymówki. Wychodziłam na niewdzięcznego bachora, który nie potrafi docenić romantycznych gestów i wysiłku, jaki włożył w zorganizowanie mi tego cudownego weekendu. Byłam na siebie wściekła. Wiedziałam, że zaraz wszystko spierdolę, pokłócimy się i resztę dnia spędzimy w nerwowym milczeniu przepełnionym wyrzutami, które rzuci się cieniem na cały ten wyjazd.

W końcu dotarliśmy do restauracji i zaczynałam czuć się lepiej. Wiedziałam, że zaraz to wszystko się skończy. Że już niedługo pojedziemy do hotelu. Tylko zjeść. Zjeść i jechać. Wrzucałam w siebie obiad w zatrważającym tempie, chcąc jak najszybciej skończyć tę emocjonalną gehennę i wracać. Natychmiast wracać. Żołądek miałam ściśniętym lękiem jak stalową obręczą i nie miałam pojęcia jakim cudem cokolwiek w niego mieszczę.

Mężczyzna nie odzywał się już słowem. Wiedziałam, że kipi. Nie tak, jak rano. Teraz kipiał z wściekłości, ale miałam już to w dupie. Czułam się skrzywdzona. To ja cierpiałam. Nieważne, że robiłam to sobie sama, łatwiej mi było winić jego i jego głupie plany. Zresztą, co za różnica. Jeśli hotel spłonął, to może sobie wsadzić te nerwy w dupę. Tylko kurwa wracajmy!

Zapłaciliśmy i ruszyliśmy w kierunku sopockiego dworca. Maszerowaliśmy w górę Monciakiem, a mężczyzna nadal nie puszczał mojej ręki. Ściskał ją z taką wściekłością, że myślałam, że połamie mi palce. W zatłoczonym SKMie przynajmniej nie mogłam gapić się na słup dymu. Mogłam wyobrażać sobie, że zniknął, że już go tam nie ma. Może okaże się, że pali się zupełnie gdzie indziej, a to, że pożar wybuchł w naszych okolicach było tylko złudzeniem optycznym.

Niestety, kiedy wysiedliśmy w Gdańsku zobaczyłam, że słup gęstego, czarnego dymu, który był teraz znacznie bliżej, góruje dokładnie nad miejscem, w kierunku którego zmierzamy. Wszystko we mnie zamarło. Nie miałam już żadnych wątpliwości, że spowodowałam jakąś gigantyczną tragedię. Spodziewałam się, że za chwilę zatrzyma nas jakiś kordon wozów strażackich ustawionych dookoła Starego Miasta.

Szłam przed siebie jak na ścięcie, ale żadne wozy strażackie, żadna policja ani żadne ambulansy nie pojawiły się na naszej drodze. Gdzieś na Świętojańskiej dotarło do mnie, że pożar jest znacznie dalej niż nasz hotel. Ta świadomość uderzyła we mnie jak stutonowy młot, który jednym rąbnięcie skruszył w mak betonową konstrukcję z lęku, która wypełniała całe moje wnętrze. Nie wytrzymałam i rozpłakałam się z jakiejś mieszanki ulgi, politowania nad własną, bezbrzeżną głupotą i wściekłości na tę potworną słabość wobec własnych, absurdalnych emocji.

Mężczyzna zauważył, że maszeruję za nim płacząc. Zatrzymał się i złapał dłońmi moją twarz.
– O matko, dziecinko, co się stało? – zapytał z troską i szczerym przejęciem.
– Nic, nic się nie stało, wszystko jest dobrze – wybełkotałam krztusząc się szlochem i mocno przywarłam całym ciałem do jego ramienia.
– Nie płacz, wszystko jest w porządku – mówił spokojnym głosem całując mnie po twarzy.
– Wiem, przepraszam, tak strasznie cię przepraszam. Nie wiem, co mi się pojebało. Byłam okropna. Przepraszam.
– Ok, nic się nie stało, nie przejmuj się tym. Nie jestem na ciebie zły – nie wiem, skąd miał do mnie tyle cierpliwości. Na jego miejscu strzeliłabym sobie w pysk i odwróciła się na pięcie. To był jeden z tych momentów, kiedy kochałam go do szaleństwa i zrobiłabym wszystko żeby wynagrodzić mu swoje zachowanie.
– Ale ja jestem na siebie zła. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Nie chcę się tak zachowywać nigdy.
– Wiem maleńka, nie martw się, to nieważne. No już, nie płacz, zaraz będziemy w hotelu.

Tulił mnie jeszcze chwilę, a ja powoli się uspokajałam. Przynajmniej na tyle, że mogliśmy ruszyć dalej. Dopiero teraz poczułam chłód wczesnego, majowego wieczoru i zaczął dokuczać mi ból nóg zmęczonych wielogodzinnym marszem. Dotarliśmy do hotelu od strony tylnego wejścia. Mężczyzna podszedł do recepcji odebrać klucz do pokoju i zagadnął recepcjonistkę o pożar.
– Pali się zbiornik paliwa w Rafinerii Gdańskiej. Ale proszę się nie martwić. Wygląda to strasznie, ale pożar jest daleko i nic nam nie grozi – powiedziała z uśmiechem, a ja miałam ochotę ją ucałować za te słowa.

Przeszliśmy przez budynek i wyszliśmy na hotelowy taras od strony Rybackiego Pobrzeża.
– Chcesz na chwilę usiąść? – zapytał mężczyzna wskazując krzesła w ogródku.
– Chętnie. Z przyjemnością napiję się piwa – powoli wracał mój dobry nastrój i czułam, że musze odreagować. Zamówiliśmy alkohol i jakieś przekąski. Siedzieliśmy rozmawiając o pierdołach i tym przeklętym pożarze, który stąd widoczny był jak na dłoni. Jasna łuna rozświetlała zapadający nad miastem zmrok, a ja nie potrafiłam już myśleć o tej pożodze z należytym przerażeniem, bo czułam tylko nieskończoną ulgę. Kiedy zrobiło się zbyt chłodno, by siedzieć na zewnątrz, wróciliśmy do pokoju.

– Muszę się wykąpać – powiedziałam do mężczyzny, kiedy zamykał za nami drzwi.
Weszłam do łazienki, rozebrałam się i wskoczyłam do wanny. Nie napełniłam jej jednak wodą, tylko stanęłam pod prysznicem. Po chwili dołączył do mnie mężczyzna. Staliśmy razem w ciepłym strumieniu wody, a on zaczął jak zawsze myć moje ciało. Schodziły ze mnie resztki napięcia i moje mięśnie biernie poddawały się łagodnemu dotykowi. Czułam się jak pacynka. Przymykałam oczy, kiedy woda spływała po mojej twarzy i otwierałam je, żeby widzieć jak mężczyzna w skupieniu namydla każdy centymetr mojej skóry.

Kiedy spłynęły ze mnie ostatnie ślady pachnącej piany wyszłam spod strumienia wody i usiadłam w drugim kącie wanny. Podciągnęłam kolana pod brodę i z czułym uśmiechem patrzyłam jak mężczyzna się kąpie. Uwielbiałam jego ciało i lubiłam patrzeć jak się dotyka, myje, ubiera, dba o siebie. Teraz był spokojny i zrelaksowany i wydawał mi się najpiękniejszym człowiekiem na świecie. Kiedy skończył, pomógł mi wstać i wyjść z wanny. Dokładnie wytarł moje ciało i owinął je ręcznikiem. Wyszłam z łazienki zostawiając go samego.

Był późny wieczór, ale nie musiałam zapalać światła. Mrok na zewnątrz i w pokoju rozświetlała czerwono pomarańczowa łuna pożaru, która tańczyła za oknem i rozlewała się po ścianach, suficie i podłodze rzucając wszędzie ruchome cienie. Słup dymu, który się z niej wynurzał ginął gdzieś wysoko w ciemności nocnego nieba. Podeszłam do okna, rozsunęłam firanki i przyglądałam się temu absurdalnie malowniczemu pejzażowi płonącego miasta.

Mężczyzna stanął za mną i zsunął ręcznik z mojego ciała. Gładził moje plecy i delikatnie całował kark. Kiedy mocniej złapał ręką mój pośladek boleśnie przypomniało mi się poranne lanie.
– Pochyl się – szepnął mi do ucha.

Oparłam wyprostowane ręce o ramę okna, uniosłam się na palcach i wypięłam tyłek. Mężczyzna odsunął się ode mnie na krok. Wiedziałam, że na mnie patrzy, ale ja nie mogłam oderwać wzroku od krajobrazu za oknem. Serce zaczynało mi bić coraz mocniej, a podniecenie rozszerzało mi źrenice i skraplało się potem we wnętrzach dłoni. Zaczęłam lekko bujać biodrami.

– Jesteś taka kurwa piękna – mężczyzna warknął mi do ucha łapiąc mnie mocno za włosy. – Nie masz pojęcia, jak bardzo cię kocham ty cudowna dziwko.
– Ja ciebie też – odpowiedziałam odwracając głowę i całując go w usta.
Mężczyzna nie odrywając ode mnie ust, przesunął dłonią po moich pośladkach i wsunął ją między uda. Palcami rozsmarował po ich wnętrzu wilgoć, która dosłownie wylewała się z mojej cipki. Ruszyłam biodrami próbując nadziać się na jego palce, ale on zabrał rękę i znowu się ode mnie odsunął.
– Pochyl się niżej.

Zsunęłam dłonie po ramie okna i uniosłam wyżej tyłek. Poczułam za sobą jego biodra. Jednym, mocnym pchnięciem mężczyzna wszedł we mnie sterczącym fiutem, wyrywając z mojego gardła głośne westchnięcie. Chwycił mnie dłońmi za talię i zaczął pieprzyć. Nie potrzebowałam wiele. Mężczyzna nie zdążył nawet złapać miarowego tempa, kiedy doszłam po raz pierwszy. Jęknęłam cicho i na chwilę ugięły się pode mną kolana, ale natychmiast wyprostowałam drżące nogi i zaparłam się mocniej rękoma.

Męskie biodra z impetem odbijały się od moich pośladków. Pieprzył mnie z taką cudowną wściekłością, że z trudem utrzymywałam równowagę. Zwalniał na krótką chwilę, by pochylić się nade mną i boleśnie gryźć skórę na moich plecach i karku, po czym znowu przyspieszał. Wiłam się uciekając przed jego zębami, a wtedy łapał mnie znowu za biodra i zaczynał dziko rżnąć. Doszłam kolejny raz, kiedy chwycił moje włosy i zadarł moją głowę wysoko do góry.
– Popatrz jak pięknie – szepnął mi do ucha.

Widok za oknem był kurwa majestatyczny. Zawsze gardziłam tanimi sentymentami, ale ta wybuchowa mieszanka emocji z całego, długiego dnia, dokuczające z każdym uderzeniem męskich bioder siniaki na tyłku i ten piekielny pejzaż za oknem doprowadzały mnie do szału. Wydawało mi się, że ta sytuacja, ten seks, wysadzi moje zmysły w powietrze. Że nie mogą wytrzymać tego napięcia, które pulsowało między naszymi ciałami. Miałam w dupie, czy widzą nas przechodnie – a może podniecało mnie to jeszcze bardziej.

Zaczęłam mocniej bujać biodrami w przód i w tył nabijając się na fiuta z pełnym impetem. Wiedziałam, że to lubi, wiedziałam, co robić. Czułam, że dochodzi, kiedy sięgnął ręką do mojego karku. Pociągnął mnie do tyłu tak, że straciłam oparcie i próbowałam chwycić dłońmi jego biodra żeby się nie przewrócić.

Z męskiego gardła zaczęły wyrywać się odgłosy podniecenia, które po prostu uwielbiałam. Ruszał się we mnie chaotycznie, a ja wsunęłam dłoń między uda, dotknęłam cipki i czekałam na moment, kiedy będziemy mogli dojść razem. W uszach dźwięczały mi przekleństwa wymieszane z deklaracjami miłości, które mężczyzna mruczał zduszonym głosem. Miarowo zaciskałam mięśnie cipki na jego fiucie, energicznie masowałam swoją łechtaczkę – orgazm wstrząsnął moim ciałem dokładnie w chwili, w której mężczyzna dziko wrzasnął z rozkoszy.

Popchnął mnie do przodu i przywarł do mnie całym ciałem dociskając moje piersi i brzuch do zimnej szyby. Złapał mnie dłońmi za nadgarstki i szeroko rozsunął moje ręce tak, że wyglądałam jakby ukrzyżował mnie w tym oknie. Wszystko we mnie drżało, a mężczyzna głośno dyszał, liżąc moje ucho.
– Kurwa, uwielbiam cię… uwielbiam… – wyrzucił z siebie i poczułam jak wysuwa się ze mnie jego mięknący fiut pociągając za sobą strużkę lepkiej spermy, która spłynęła po wnętrzu mojego uda.

Mężczyzna chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą na łóżko. Zwinęłam się w kłębek próbując opanować drżenie mięśni. Spocone, męskie ciało leżało na wprost mnie i miałam ochotę sięgnąć po nie i wziąć całe dla siebie. Oplotłam jego biodro nogą i patrzyłam mu prosto w zamglone oczy ocierając dłonią pot z jego czoła. Mężczyzna sięgnął między moje uda i przeciągnął palcami po cipce wywołując we mnie kolejny dreszcz i zbierając z niej mieszankę spermy i mojej własnej wilgoci. Wsunął mokre palce w moje usta i pozwolił mi je oblizać, po czym mocno mnie pocałował. Uwielbiałam tę bezwstydną intymność, w której wszystko mieszało się ze sobą i łączyło w jakąś brudną, wulgarną, przepiękną całość.

– Kocham cię – powiedziałam cicho i przekręciłam ciało na bok odwracając się do mężczyzny plecami. Wtulił się w nie mocno wsuwając jedno ramię pod moją głowę i obejmując mnie drugim. Leżeliśmy tak bez słowa. Nie zaciągnęliśmy zasłon, bo widok był zbyt zniewalający żeby się od niego odciąć. Zasypialiśmy w blasku pożogi, która wydawała mi się niemożliwa do ugaszenia. Była tłem całego tego nieprawdopodobnego dnia i wydawało się właściwe, żeby została z nami jeszcze przynajmniej na noc.

Rano nie było już po niej śladu. Kiedy w samo południe wymeldowywaliśmy się z hotelu, recepcjonista z przejęciem powiedział nam, że w pożarze zginęły trzy osoby i życzył udanej podróży.


To może być również interesujące:

 Giles Vranckx i jego kobiety

Dotyk i zmysłowość w serii XConfessions Erika Lust

Inkuby, koszmary i „Nocna mara” Füssliego

Walery, hrabia Ostroróg, erotyka retro i akty naszych prababek

Merz: Jestem całkiem spokojną wariatką

Kobiety Brodziaka


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

Dodaj komentarz