Safeword po mojemu – o bezpieczeństwie w relacjach BDSM cz. 1

safewordSafeword po mojemu

Od paru lat, nie przesadzam, zabieram się do napisania tego tekstu i wreszcie zostałem skutecznie sprowokowany.

Dupochron, jak w tytule – po mojemu, nie roszczę sobie prawa do jedynej słusznej interpretacji i nie twierdzę, że jeśli ktoś ma zupełnie inaczej, myśli zupełnie inaczej, to jest głupi i ma wszy.
Ba, wręcz standardowo zachęcam do polemiki, jeśli ktoś zauważy, że gdzieś się bardzo mylę, jestem głupi i sam mam wszy. Jednak dopóki ktoś mi nie wyjaśni, to rezerwuję sobie prawo pisania w tonie „tak powinno być, bo ja tak uważam”
Podstawowe nieporozumienie – safeword NIE JEST dla uległej/maso. Safeword (SW) jest dla mnie dominującego.
To ja chcę mieć pewność, że w razie problemów padnie coś, co wybije mnie z tego specyficznego stanu skupienia, w którym jestem.

Bez SW co chwila jakaś durna część mózgu z tyłu głowy analizuje czy owo „błagam, przestań”, tudzież „zabiję cię skurwysynu” nie różni się tonem, nie jest poważnie, czy jedynie mocniej nakręca ją mówienie tego. Z safewordem to odpada, nie ma problemu. Mogę skupić się na tym, co istotne.
Ten element jest najważniejszy, pozostałe są drugorzędne. „Safe” jest dla mnie, bym wiedział, a nie zgadywał. Co z tego, że w 99% przypadków będę miał rację, skoro ten 1% mogę bardzo łatwo wyeliminować?

W BDSM za dużo jest sytuacji, w której top nie ma prawa się mylić. Oczywiście, że każdy się raz na jakiś czas myli, nie ma cudów, ale dobrowolne rezygnowanie z tak skutecznego narzędzia jest zwyczajnie głupie. Tutaj błędy kosztują, nawet jeśli da się naprawić, nawet jeśli nie popsują relacji, to jednak ślad zostawiają. Po co?

Mała, ważna uwaga – safeword nie jest po to, żebym w razie innego błędu mógł mówić „miałaś safe, trzeba było użyć”. Warto się dowiedzieć i zrozumieć, czemu SW nie padło, ale odpowiedzialność i tak ponoszę ja. Niewerbalne sygnały są równie ważne, istnienie „safe” nie jest uzasadnieniem głupich błędów.

Ale i istnienie niewerbalnych sygnałów nie uzasadnia rezygnacji z safe, bo niby zbędne.
Dotychczasowe uzasadnienia braku SW, jakie słyszałem, też się nie bronią. Długi staż, doskonała znajomość własnych reakcji, brak potrzeby używania – nie sprawiają, że „safe” przeszkadza. Ba, w praktyce, z mojego doświadczenia safeword nie pada praktycznie nigdy. Naprawdę. To nie jest tak, że uległe/maso tym rzucają dla rozrywki, by wkurwić/nakręcić (choć się zdarzało), ale w zasadzie SW praktycznie nie pada, a jeśli już, to tylko stop na chwilę, by poprawić coś, co wymaga poprawy, a ja tego nie widzę.
Serio, w czym przeszkadza? To czemu negować sens istnienia – nie ogarniam.
Uzasadnienia sytuacji, w których faktycznie przeszkadza – rozbrajają mnie.

Zauważyłem trzy główne grupy:
Pierwsza to ludzie, którzy uważają, że bez safeworda jest realistycznie, lepiej, wyższy poziom. Istnienie SW im to zabiera. Nad maksymalnym urealnianiem wszystkiego pochylę się innym razem, bo też mnie niesamowicie bawi, ale jako uzasadnienie – brawo, czujecie się lepsi, czujecie, że pieprzycie się lepiej, fajniej, mocniej niż inni. Brawo. Najlepiej po scenie puszczać z taśmy oklaski. Tylko byleby się taśmy nie pomyliły kiedyś, bo poleci sitcomowy śmiech widowni.

Czucie się lepszym, bo się pieprzycie fajniej niż Zośka z księgowości i prawdziwiej niż Vallarr z fetlajfa – nie zrozumiem. Zawsze znajdzie się jakiś Azjata, który zrobi to, co wy – lepiej, mocniej, ostrzej. Do boju, rywalizować!
Do potrzeby urealniania wszystkiego wrócę, fajny temat.

Druga grupa to sub/maso, którzy „nie potrzebują”. Z dowolnego powodu. Bo albo są przekonani, że SW użyją natychmiast, albo nigdy. Ta grupa jest totalnie nieszkodliwa, i tak decyduje druga osoba, a w większości przypadków przerwie wcześniej, niż oni sami by przerwali.
Bo brak jest safeworda, brak pewności, w efekcie mniejsze doznania. Sprawdzone u mnie, przerywam znacznie szybciej, niż mógłbym. Na wszelki wypadek, by nie ryzykować. Strzelanie sobie w stopę, nieszkodliwe, ale co kto lubi. Z rozsądnymi sadystami ani brak, ani istnienie nie zaszkodzi.

Co do panikar, które „safe” podobno rzucą natychmiast – hej, tyle się mówi o przesuwaniu granic, to jest idealny moment.
Tak, wymaga pracy, w przeciwieństwie do powiedzenia „dobra, nie ma safeword, spoko”. Ale czy ktokolwiek ma wątpliwości, która opcja jest lepsza? Która daje więcej satysfakcji i prowadzi do mniejszej ilości błędów? No właśnie.

Natomiast trzecia grupa to jest sedno całego problemu. To są sadyści, którzy nie cierpią safeworda. Którzy „safe” nie traktują jako przydatnego narzędzia, a jedynie upierdliwą przeszkodę w zaspokojeniu własnych potrzeb. To jest ta garstka absolutnie nieomylnych, wszechwiedzących sadystów, którzy nie są w stanie popełnić błędu – to uległa/maso się myli, on wie lepiej, zrobił dobrze. SW jest zbędny, on wie, on nigdy nie miał, „safe” jest głupie, zaufaj.
Wszyscy chyba wiemy, że nie są nieomylni i ufać nie warto.

Ta ostatnia grupa, w moim mniemaniu, uzasadnia jednie słuszność powtarzania w kółko, że „safe” w relacji BDSM ma być.
Oczywiście – jak ktoś jest w długiej relacji, znają się doskonale, „safe” praktycznie nie pada, to może z niego w ogóle zrezygnować i niemal na pewno nic się nie stanie, ale głosy tych osób, że safeword jest dla nich zbędny, wypowiadane z przekonaniem i wiarą w to – tylko pomagają małym skurwysynkom z trzeciej grupy.
Świetnie, że wy macie wyczucie, kiedy można zignorować zasady, świetnie, że potraficie przekonująco uzasadnić, że wy nie potrzebujecie. Naprawdę, wierzę.
Udowadnianie, że w takim razie SW w BDSM może być zbędny, że nie jest podstawową zasadą, że brak „safe” na początku relacji jest wcale nie wyraźnym znakiem ostrzegawczym, a preferencją – razi mnie bardzo.

Ignorujcie na własne życzenie, ale proszę – bez chwalenia się, że wy jesteście tacy wspaniali, że „safe” nie ma sensu. Dla was nie ma, ok. Jak inni będą na waszym etapie, to też mogą tak zdecydować. Nie zmienia to podstawowej, ogólnej zasady:
Safeword ma być.

autor: Vallarr

 

Powiązane:
BDSM wprowadzenie

Consent musi być – o bezpieczeństwie w relacjach BDSM cz. 2

Jedna myśl na temat “Safeword po mojemu – o bezpieczeństwie w relacjach BDSM cz. 1

Dodaj komentarz