Summer’s Almost Gone

Summer's Almost Gone - Megaera - opowiadanie erotyczneSummer’s Almost Gone – megaera – opowiadanie erotyczne

Leżymy obok siebie w wysokiej trawie. Mężczyzna i ja. A pomiędzy nami sierpień. Najokrutniejszy w roku miesiąc, który jest głęboko zasmucającą i bezlitosną metaforą stanu naszego romansu.

Mieliśmy swoje lato i było ono kurwa piękne. Idealne. Słoneczne, gorące, wolne, leniwe, namiętne, przepełnione pasją i nadzieją i planami. Tyloma przychodzącymi zupełnie bezmyślnie i znikąd planami i nadziejami. Niezwerbalizowanymi, ale wypełniającymi nas po brzegi. Bo latem wszystko jest dobre, wszystko wydaje się możliwe i wszystko idzie w dobrym kierunku. Upał rozleniwia i pozwala nie pamiętać o rzeczywistości. Niby w niej funkcjonujesz, ale przed jej bolączkami chroni cię niewidzialna bańka wakacji, które trwają. I ciągle masz tyle czasu. Na wszystko. I to wszystko zapowiada się tak pysznie, że koniecznie chcesz spróbować. I ciągle, ciągle wydaje ci się, że wszystko się po prostu stanie. Że skoro to lato jest tak idiotycznie przyjemne, to znaczy, że robisz je jak należy i jest dokładnie takie, jakie miało być.

Ale później przychodzi sierpień. Niby ciągle lato, ale już jakieś inne. Dzień kończy się wcześniej i zaczynasz zauważać, że wieczory zrobiły się jakoś dokuczliwie chłodne. Bańka zaczyna przepuszczać. Pozwala wkradać się tym cienkim igiełkom rzeczywistości, które dokuczliwymi ukłuciami przypominają ci o prawdziwym świecie. O twoich prawdziwych planach, potrzebach i nadziejach. O wszystkim, co chciałeś zrobić jeszcze maju, a co nadal czeka na realizację. I przede wszystkim o tym, jak miało wyglądać twoje lato i jak dalece rozminęło się z twoimi oczekiwaniami. W sierpniu zaczynasz rozumieć, że nie ma już czasu. Że omamił cię upał i ze zwykłego lenistwa pozwoliłeś sobie zadowolić się ledwie namiastką tego, czego chcesz od tych kilku słonecznych miesięcy w roku. Tym doraźnym przyjemnościom, które były łatwo dostępne. Gównianemu urlopowi last minute w okazyjnej cenie i krótkiemu weekendowi za miastem, które nijak nie są tą egzotyczną podróżą na drugi koniec świata, którą planowałeś całą zimę. A czas niepostrzeżenie przepłynął ci przez palce i nie jesteś wcale tam, gdzie miałeś być i nic nie jest tak, jak sobie wyobrażałeś.

Im bardziej bańka przepuszcza, tym boleśniej zaczynasz rozumieć, że tego lata już nie uratujesz. To trochę smutne i nieprzyjemnie sentymentalne. Ale też motywujące. Dlatego zaczynasz myśleć o kolejnym lecie, które będzie inne i lepsze i któremu nie pozwolisz zmarnować swojego czasu. Szybko przestajesz pamiętać o przyjemnościach, których dostarczyły ci te gorące miesiące. Może kiedy trwały, to wydawały się bezbłędnie dobre, ale nadchodzący koniec zmienia twoją perspektywę na surowszą. Sierpień dokucza ci dotkliwym poczuciem przemijania, przypomina o każdej straconej szansie na doskonałe lato i musisz obiecać sobie, że stać cię na więcej żeby nie oszaleć. Babie lato dynda nad tobą jak szubienica i ze wszystkich sił starasz się przed nią uchronić. Skoro już musisz wrócić do rzeczywistości, to tym razem na pewno zaprojektujesz ją lepiej.

I tak leżymy w wysokiej trawie. Mężczyzna i ja. A pomiędzy nami sierpień naszego romansu. W sumie to zajebiście złośliwy zbieg okoliczności, że ten nasz prywatny schyłek trafił akurat na schyłek wakacji. Dwa zgony o jednej porze. Jakby nawet natura przypominała nam o nieuchronności końca. Zresztą wszystko nam przypomina. Moja ciągle letnia sukienka rozrzucona niedbale na udach odsłania smutny, szarozielony pejzaż znikających siniaków, które dawno już przestały tętnić purpurowym fioletem. Jego telefon brzęczy wiadomościami od kobiety, która pragnie go lepiej i mocniej niż ja kiedykolwiek potrafiłam. I oboje leżymy w tym drętwym milczeniu, które nigdy wcześniej nam nie dokuczało. Nawet ta pieprzona planeta, którą przyszliśmy oglądać traci swój czerwony blask i ginie w odmętach granatowego nieba.

Jeszcze się bronimy. Jeszcze trzymamy się tego lata. I wszystkich jego nadziei. Żadne z nas nie składa broni. Nikt nie wkłada swetra żeby nie przyznać, że wieczory nie są już takie gorące. Nikt nie odpowiada na wiadomości z prawdziwego świata. Nikt nie ośmieli się pierwszy spakować zabawek. I nikt też nie przyzna, że ta ledwie widoczna, pomarańczowa kropka Marsa na niebie oddaliła się za bardzo, by warto było leżeć dla niej w trawie w środku nocy. Po prostu leżymy. Mężczyzna i ja.

Czekając, kto pierwszy zapyta, czy idziemy do domu.

.

autorka: megaera


To może być również interesujące:

Never more opowiadanie erotyczne 

Public relations opowiadanie erotyczne 

Pocałunek w górach – opowiadanie erotyczne

They cannot see me naked – opowiadanie erotyczne

Giles Vranckx i jego kobiety – galeria na Odcienie Czerwieni

Inkuby, koszmary i „Nocna mara” Füssliego

Kobiety Brodziaka – galeria na Odcienie Czerwieni


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

Dodaj komentarz