Uczynił mnie swoją obsesją

Obsesja opowiadane erotyczne Uczynił mnie swoją obsesją – Obsesja – opowiadanie erotyczne

Szykuję poranną kawę. Rozkładam na biurku laptop, przygotowuję papiery. Rozpoczynam dzień w pracy. Prawie codziennie tak samo, ale od kilku dni inaczej, od kilku dni bez niego. Prawie czyni różnicę.

Mam dla siebie dwa kwadranse, zanim nie dopadnie mnie potrzebujący pracownik, poszukujący kontrahent. Zamykam drzwi swojego gabinetu, usadawiam się wygodnie w fotelu. Loguję swój profil, otwieram komunikator i czekam. Za każdym razem tej chwili towarzyszy miłe uczucie oczekiwania i niewiadomej. Przyjemność chwili porównywalna do tej, która pojawiała się, gdy z zaciekawieniem zaglądałam to torby, z którą mama wracała z zakupów.

I nagle… wyświetla się jego nick-name. Pomarańczowa, pulsująca jakoby w tańcu koperta sygnalizuje, że oto po czasie milczenia, ma mi coś do powiedzenia. Łomot serca, czuję wypieki na policzkach i bez zastanowienia sięgam klawiszy, by nie stracić nic z sekund, które dzielą mnie od kontaktu z nim. Nie istotne, co chce mi powiedzieć. Nie ważne, o co chodzi, bo oto jest. Po przerwie jest znów przy mnie. Mój wzrok, nie widzący niczego naokoło, wpatrzony w otwierające się okno dialogowe, a proces ów trwa całą wieczność. Patientia vincit omnia. Nie rozumiałam dotychczas tych słów, a które nadają znaczenie całej tej sytuacji. Resztkami sił opanowuję drżenie kolan i tylko cichy, rytmiczny stukot obcasów, mimowolnie uderzających o posadzkę, przypomina mi o czekaniu. I oto jest. Jest! Mrużę oczy, tak jakbym chciała skupić się na każdej literze wpisanego tekstu – Chcę Ciebie. Bądź gotowa. Dziś o 18:30. Ursynowska 26 m 9.

Burza myśli nie pozwala mi się ogarnąć. Co mam dziś do zrobienia? Jakie priorytety? Co może na mnie poczekać, a co nie cierpi zwłoki? Chwila, opanuj się kobieto, to do ciebie nie podobne! Poukładana i zorganizowana na co dzień, teraz tracisz zdrowy rozsądek. W myślach karcę się, choć nie wiem po co? Przecież dojrzałam właśnie do amoku, do opętania, do szaleństwa.
– Będę! – wystukuję znaczący wyraz w okno dialogowe, wciskam „ENTER” i zamykam oczy. Zaciskam je tak mocno, jakbym chciała nie widzieć własnych myśli i własnych słabości. Minuty pędzą, jak oszalałe, a ja czuję euforię. Mam siłę, mam energię, ale nie chce mi się pracować. Przed oczami mam tylko jego wzrok. Ten jakże wymowny w pokerowej twarzy. Silny, zdecydowany, dumny wzrok mężczyzny, który pokazał mi moje miejsce. A raczej pokazał mi swoje miejsce w mojej głowie. Który posiadł wszelkie moje myśli. Sięgam po telefon, odwołuję spotkanie z kontrahentem. Kłamię jak z nut, wymyślając na poczekaniu głupie wytłumaczenie. Kręcę się po firmie, przynoszę, odnoszę papiery, sprawdzam pocztę co pięć minut, ale to wszystko nie ma sensu. Czekam tylko i wyłącznie na godzinę szesnastą, aby uciec z tego gmachu i przygotować się na spotkanie z nim.

W każdej wolnej chwili przypominam sobie jego dotyk, jego smak, zapach i głos. Zamykam oczy i nieświadomie zaciskam uda, czując lęk i podniecenie. Nie pierwszy raz przecież, ale po raz pierwszy sama przed sobą przyznaję się do tego. Lęk i podniecenie.

Czas mija szybko. Pakuję swoje rzeczy i jestem gotowa. Wychodzę. Biegnę. Podskakuję. Jak kotka. Jak dziewczynka, która biegnie na ulubioną karuzelę w wesołym miasteczku, by sycić się adrenaliną, strachem, kokietując wrażenia własnym piskiem.

Jadę do domu, dobrze znaną mi trasą. Jadę szybko, jestem radosna i spięta jednocześnie. Reaguję gwałtownie i zbyt pochopnie na pojawiające się na drodze sygnały. Hamuję, ruszam, nerwowo zmieniam biegi.

W domu kręcę się od szafy do toaletki, oglądam, wybieram, przykładam do siebie bieliznę, zastanawiam się nad sukienką … Myślami sięgam zakamarków mojej pamięci… Jakie pozostawił dla mnie wskazówki? Co lubi? Czego sobie życzy? Pończochy, szpilki, zrzekam się majtek na rzecz ukochanych kulek. Tak… miałam je nosić przy sobie. Noszę. Nosiłam także wtedy, kiedy wydawało mi się, że już niczego ode mnie nie oczekuje, nie wymaga. Chusta i okulary! W końcu spełniam to, czego nie zdążyłam podarować mu wcześniej. Jaką radość sprawia mi spełnianie w tej chwili jego życzeń, choćby miały być kaprysami pustymi. Oto pierwsza taka myśl rozpromieniła się w mojej głowie… tego ode mnie oczekuje. W tym oczekiwaniu moja przyjemność, w tym zaspokajaniu moje podniecenie, w tej świadomości moje spełnienie. Pierwszy raz jego zadowolenie ponad moją, a mnie to tak dalece podnieca. Jeszcze tylko muśnięcie zapachem, torebka, do której pakuję prezent dla niego. Małe etui, finezyjnie przewiązane bordową kokardą a w środku mój zapach. Moje soki misternie opakowane w ciemnobrązowe liście cygara Cohiba. Sięgam po kluczyki i wyjeżdżam na spotkanie. Jadę do niego. A jeszcze wczoraj tak bardzo tęskniłam. Nie potrafiłam się odnaleźć w tej pustce, którą mi podarował, a która tak wiele zmieniła.

Na początku nie było nic. Potem przyszedł czas na złość, wściekłość, upór i niedowierzanie. Ten świat zamknął się szybciej, nim zdążył się otworzyć. Nim zdążył się otworzyć na pragnienia, rozkosz, rozpustę, która przecież była obiecana. A teraz została mi zabrana, jak odebrany dziecku prezent, w procesie wymierzenia najbardziej sprawiedliwej kary.

Nie mogłam zrozumieć tego odtrącenia przyczyny. Pojawił się więc bunt i zawziętość, która jest przecież moją drugą skórą.
W końcu przyszła tęsknota. Tęsknota za tym, czego doświadczyłam? Nie. Za tym, co czułam? Nie. Za tym, na co jeszcze czekałam. Smutek i tęsknota za czymkolwiek z jego strony. Doświadczyłam niemocy, czułam się bezwolna w swojej własnej obsesji. Uczucia dla mnie nowe, niepokojące, ale akceptowane. Poczułam w sobie uległość, marzyłam o czymkolwiek. Zaufałam. Teraz jestem gotowa. Nie czuję zazdrości, nie czuję zawiści, czekam na cokolwiek. Oto pierwszy raz w życiu pokonałam swoją dumę. Pierwszy raz w życiu moje pragnienie i żądza są od niej silniejsze. Do tej pory dumna i wyniosła, rozkapryszona, ubóstwiająca swoją próżność. Dzisiaj tylko pragnę zostać przyjęta.

Wierzę, że to tylko próba. Że jest to czas dany mi po to, aby to wszystko do mnie dotarło. Jestem opętana, jestem zniewolona własnymi myślami.
Nie wiem, jak do tego doszło. Nie wiem, w którym momencie dałam sobie odebrać kontrolę, a przecież bez danej mi pustki nie wiedziałabym nawet o tym. Straciłam kontrolę, ale pragnę.

Nie jestem urażona, nie jestem przestraszona. Jestem zachwycona. Zachłyśnięta. Pierwszy raz w życiu świadomie i ostatecznie dopuszczam do siebie myśl, że czekam na jego skinienie. Przekroczyłam rubikon po raz pierwszy. Oczywiście, że mogłabym, jak zwykle, nie dać temu zgody, ale sedno tkwi w tym, że chciałam ją dać.

A teraz jadę do niego. Droga mija mi szybko, bez większych przeszkód. Wzrokiem odnajduję wskazany numer, szukam miejsca do zaparkowania. Wysiadam i mimowolnie błądzę wzrokiem od okna do okna. Wchodzę do właściwej bramy… w mgnieniu oka na myśl przychodzi mi praska brama. Moje oddanie i szczytowanie pod presją jego palców. Wchodzę do środka i przemierzam wąską, rustykalną klatkę schodową, stopień za stopniem przypominając sobie drewniane schody krakowskiej kamienicy i jego wzrok na plecach. Idę wolno, a serce tłucze się głośno i regularnie w mojej piersi. Widzę drzwi i kieruję wzrok na wizjer. Być może chce mnie zobaczyć w moim onieśmieleniu, w mojej niepewności, w moim oczekiwaniu. Staję pod drzwiami, sięgam dzwonka i czekam. Stopy równo ustawione na małej wycieraczce. Pedantycznie złączone kolana, drżący od niespokojnego ciała rąbek szerokiej sukienki. Ta chwila trwa wiecznie. Ani na moment nie tracę wiary, że wystawił mnie na próbę. Nie teraz, nie w taki sposób. Ale jest to bardziej moja modlitwa niźli pewność. Już raz wystawił mnie na próbę, pozbawiając mnie wszelkiej pewności. Pozwolił pokochać kompleks gryzeldy.

Nagle drzwi się uchylają. Wąska przestrzeń zaprasza do środka. Jak zwykle wskazał drogę, ale przejść przez nie muszę sama. Nie zastanawiam się, nie mam wątpliwości. Wchodzę do środka i cicho zamykam za sobą drzwi. Nie mam śmiałości odezwać się nawet jednym słowem. Zdejmuję płaszcz. W pomieszczeniu otoczonym mrokiem zdejmuję okulary i chustę. Wszystkie przedmioty zostawiam na fotelu, nie tracąc na tę czynność ani sekundy dłużej, niż potrzeba. Idę przed siebie wolno, statecznie krocząc ku niewiadomej. Staję w drzwiach i spotykam się z jego wzrokiem. W jednym momencie spuszczam swój silny, zaborczy, kokieteryjny dotychczas wzrok, bo nie mogę znieść tego newralgicznego momentu. Oto jestem. Stoję. Czekam. Gotowa. Oddana. Prawdziwie i bez gier okrywających nieśmiałość sytuacji. Nic nie zależy ode mnie. Poddałam się odpisując jedno, wszystko mówiące słowo – będę! Stoję w tej ciszy obnażona, pomimo kompletu ubrań.

Słyszę kroki. Wolne, miękkie i spokojne kroki. Nie panuję nad ciałem, które drży i spina się do granicy bólu. Czuję się słaba i wątła, ale czekam. Mimochodem podnoszę wzrok i sięgam jego oczu. Kątem oka dostrzegam uśmiech na jego twarzy. Jest spokojna, opanowana, pogodna i przyjazna. Odnajduję w sobie błogość, stan początkowy relaksu całego ciała i umysłu mego. W tej samej chwili mojego policzka dosięgają palce jego dłoni. Silnej, zimnej, spoconej dłoni, której kształt odciska się rumieniem na mojej skórze. Zaskakuje mnie i rozluźnia jednocześnie, bo oto nastał moment na który czekałam. Kontakt. Jakikolwiek, byle był. Pragnę każdy, który jest przeznaczony dla mnie. Pojawił się nasz kontakt. Upragniony, wyczekany, bolesny i pieszczący zarazem. Za tym jednym ruchem moja głowa odwraca się ku zimnej ścianie, za zawrotem głowy tracę pion i coraz bardziej sięgam podłogi. Padam na kolana, potem na otwarte dłonie i jak kotka przybieram najbardziej bezpieczną dla siebie pozycję. I oto jestem u jego stóp, sprowadzona do parteru jednym uderzeniem, a może tylko gestem. Cicha i oczekująca. Moje bycie ma teraz nowy wymiar. Ambiwalentne uczucia niosą satysfakcję, którą czuję na skórze, we włosach, w myślach, w wilgoci między udami. Powoli dochodzą do moich zmysłów bodźce z zewnątrz. Czuję kadzidełko o zapachu opium, słyszę w tle ciche rytmy orkiestrowego Bolero, Maurice Ravel’a, którym uwarunkował mnie seksualnie, roztaczają wizję ceremonialnego wręcz seksu podczas koncertu.

Czuję ciepło. Błogie, oblewające mnie całą ciepło i niczym nie zmącony spokój. W tym właśnie momencie pojawia się doskonale znany mi chłód. To chłód dłoni, która obejmuje mój kark i ściskając go, daje mi nieziemskie doznania sensoryczne. Palce sięgają włosów. Swobodnie dotykają głowy i przeczesując włosy, delikatnie pieszczą skórę. Ten dotyk zapisuję w pamięci moich doznań. Wodzę oczyma wyobraźni za każdym ich ruchem. Jestem spokojna i w całości poddaję się jego woli. Mój oddech staje się głębszy, gdy czuję zbierający uścisk. Moje włosy zebrane w garść, ciągną od skóry wiodąc moją głowę ku górze. Jednym, mocnym szarpnięciem podnosi mnie na równe nogi. Podrywa się całe moje ciało, by ból był lżejszy.

Czuję na swoim policzku oddech. Za nim ciepłe, wilgotne usta. Mam zamknięte oczy, aby niczym nie zmącić trwającej chwili. Kiedy tak stoję, a moja głowa przyparta do ściany, nie dostawszy żadnej przestrzeni na poruszenie się, pada polecenie
– Otwórz oczy.
Chwilę walczę ze sobą, ale otwieram oczy ledwo widząc cokolwiek przed sobą. Mgła i ciemne maleńkie punkciki wirują przed oczami, za kotarą których widzę uśmiechniętą, łagodną jego twarz.
– Widzę Twoją zmianę, cieszą mnie narodziny Twojej uległości. Potrzebowałaś czasu i przestrzeni dla swojego pragnienia i żądzy. Jestem zadowolony. Twoja piękna próżność leżała dziś przede mną. Mam dla Ciebie nagrodę Suko. Zasłużyłaś na nią.

Widzę jak wyciąga wąską, srebrną, metalową obrożę z maleńką, kształtną kłódką. Czuję pod brodą jego palce. Palce, które unoszą moją twarz ku górze, pozwalając mi spojrzeć głęboko w jego szaroniebieskie, wyraźne tęczówki. Widzę swoje własne w nich odbicie. Szeroko otwarte oczy, na wpół otwarte usta i pogodny wyraz twarzy. Tak, zdecydowanie pogodny. Czuję zimno. Kolejny chłód. Pan umieszcza metalowe cacko na mojej szyi. Delikatnie drżę, co mnie dodatkowo onieśmiela. Zerkam więc w oczy mojego Pana, są radosne, pełne dumy, satysfakcji i akceptacji. Jeszcze tydzień temu zapewne dyskutowałabym z każdym jego słowem, z każdym pomysłem tylko dlatego, by mieć swoje słowo.. najlepiej ostatnie.. by kontrolować …

Dzisiaj przyjmuję prezent z milczącą dumą i niewypowiedzianą pokorą.. bo wiem, że na to właśnie czekałam. Srebrny atrybut mojej świeżej kobiecości prezentuje się wyśmienicie na moim ciele, a Pan otwiera szeroko ramiona jak drzwi, w które wchodzę. Wtulam się chowając twarz w jego ramię. Chowając oczy i całą siebie. Czuję uścisk ramiom, które podnoszą mnie i utuloną przenoszą do pokoju, po czym kładą na łóżku z delikatnością, jaką obdarza się niemowlę. Układa mnie w pościeli, jak na ołtarzu mojego oddania, okrywa niezmąconej bieli prześcieradłem i mocno tuli. Jestem spokojna, wyciszona, szczęśliwa. Narodziła się moja kobiecość, moja uległość, moje oddanie. Jestem Kobietą-Księżniczką-Suką, tak bardzo rozpieszczaną przez mojego Pana. I tak też się czuję. Uwielbiam swoje nim zauroczenie do granic rozsądku, do granic szaleństwa.

.

autorka: Obsesja


To może być również interesujące:

 Giles Vranckx i jego kobiety

Dotyk i zmysłowość w serii XConfessions Erika Lust

Inkuby, koszmary i „Nocna mara” Füssliego

Walery, hrabia Ostroróg, erotyka retro i akty naszych prababek

Merz: Jestem całkiem spokojną wariatką

Kobiety Brodziaka


Spodobał Ci się ten wpis? Uważasz że jeszcze komuś może się przydać?  BĘDZIE NAM BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zalajkujesz go albo udostępnisz na swoim profilu na Facebooku,
  • dasz nam o tym znać komentarzem,
  • zalajkujesz albo dodasz do obserwowanych nasz profil,

Dodaj komentarz